Anna urodziła swoje dzieci, córkę i syna w domu, mimo że wiele osób nie rozumiało jej potrzeby dobrego, zgodnego z naturą, domowego porodu. Na szczęście najbliżsi to rozumieli i wspierali... Dzięki temu dziś możecie poczytać o magicznych chwilach, jakie były udziałem Anny, jej Męża i ich Położnej...
Milenka
Przygotowania
Rok 2007 wiosna i nasze przygotowania do ślubu,
sprawy organizacyjne, nauki, zaproszenia. Koniec studiów, egzaminy.
Robię test, mamy dwie kreseczki. Niespodziewane, nieplanowane,
zupełne zaskoczenie... Ciąża przebiega prawidłowo. W 20 tygodniu
jedziemy podejrzeć maluszka na usg 3D. Wszystko jest w jak
najlepszym porządku. W brzuszku mieszka dziewczynka, przewidywana
data jej wyjścia to 28 stycznia 2008 roku!
Ślub, prezenty, zabawa do białego rana. Jestem w
24 tygodniu ciąży, jednak brzuszka niemal nie widać. Goście którzy
nie wiedzieli, że oczekujemy dziecka, zauważyli to dopiero na
poprawinach, dzień po ślubie, kiedy miałam bardziej dopasowaną
sukienkę.
W
końcu zamieszkujemy razem, w swoim małym mieszkanku, brzuch rośnie
z dnia na dzień jak szalony- do dziś śmieję się, że Milenka
czekała z rośnięciem, żeby mama weszła w suknię :D
Nieuchronnie
zbliżający się poród i ogromny strach. Strach przed tym, co
widziałam jako studentka,
będąc
na sali porodowej. Strach przed tym czego się nasłuchałam od
ciotek, koleżanek, czego się naczytałam.... Wiem jedno- ja nie
chcę rodzić w taki sposób, nie chcę być kolejnym przypadkiem w
taśmówce, nie chcę lewatyw, golenia, przebijania, nacinania,
oksytocyny i leżenia jak wywrócona na plecy biedronka. Chcę
urodzić tak jak natura każe, tak jak będzie dla mnie i dla
dzidziusia najlepiej. Przypomina mi się program dokumentalny który
oglądałam lata wcześniej w jednej z kobiecych telewizji. Program o
kobiecie, która właśnie urodziła w domu. Ja też tak chcę, ale
czy to nie zbytnia fantazja? Czy nam się tak uda?? Zaczynam szukać,
przekopuję internet w poszukiwaniu położnej, która mogłaby nam
towarzyszyć, niestety bezowocnie....Miesiąc przed porodem trafiam w
sklepie na gazetę dla ciężarówek, a na pierwszej stronie wielkimi
literami „Poród domowy”. Oczywiście kupuję. Pędzę do domu i
czytam. Udaje się znaleźć namiary na położną, która mogłaby
nam pomóc. Rozmawiam z mężem, nie jest przekonany, a ja wiem, że
poród domowy to jest to, czego chcę i potrzebuję. Muszę go jakoś
przekonać. Na szczęście mąż jest mądrym człowiekiem, do którego
trafiają rzeczowe argumenty, nie kieruje się babcinymi zabobonami.
Jedziemy na spotkanie na Naszą Położną. Jest mały problem, bo
zgłosiliśmy się bardzo późno. Na szczęście Nasza Położna to
wyrozumiała kobieta i udaje się wszystko poustalać, porobić
niezbędne badania. Jeszcze na ostatnim usg, zmuszona jestem
wysłuchać kazania pani ginekolog, która chyba minęła
się z powołaniem- powinna była zostać księdzem. Oczywiście
słucham tu i ówdzie że „wariaci", „nieodpowiedzialni”, „
jak to tak można”, „ja to bym się bała w domu”, „a jak
nie daj Boże coś się stanie??” Na szczęście wcale, a wcale mnie
to nie rusza. Udaje się wszystko przygotować i spokojnie, bez
stresu sobie czekamy.
Godzina
zero
27 stycznia niedziela budzę się rano i mówię do
męża- dziś urodzę... Mimo, że nie mam jeszcze żadnych skurczy,
bóli itp. Czuję, że to dziś, czuję się podekscytowana, nie mogę
się doczekać, jak to będzie???. Koło 11-tej pojawiają się delikatne
ale zupełnie nieregularne skurcze. Jesteśmy u rodziców, jest
weekend, 20km od naszego mieszkania. Po obiedzie zarządzam
pakowanie, dzwonimy do Naszej Położnej. Skurcze robią się
regularne, zabieramy ostatnie niezbędne rzeczy, wsiadamy do auta i
jedziemy do domu. Drogi niemal nie pamiętam, jazda tak rozhulała
akcję, że nie byłam w stanie siedzieć w aucie. Dojeżdżamy,
boli, oj boli. Po 20-stej pojawia się Nasza Położna. Badanie i
jedynie 3cm rozwarcia. Idę pod prysznic, nieco pomaga na okrutne
bóle krzyża. Wychodzę, kolejne badanie i mamy już 5 cm.
Praktycznie od 20-stej jestem non stop na nogach, skurcz za skurczem,
spaceruję, kołyszę biodrami, a mąż dzielnie masuje mój obolały
krzyż. Masaż przynosi mi ogromną ulgę. Wszystko idzie jak należy.
O 22.30 odchodzą wody, maleńka idzie do nas. Rodzę w pozycji
stojącej, pochylona w przód i oparta o oparcie fotela, mąż stoi
za mną, masuje te nieszczęsne plecy. Dostaję do picia sok
jabłkowy, mąż z położną rozmawiają sobie i jednym okiem
oglądają jakiś film w tv, a ja jestem już w swoim świecie, na
swojej planecie, jestem tylko ja i dziecko- robię to co czuję, to
co każe mi instynkt, natura. W końcu skurcze parte, przynoszą
ulgę, wiem, że to już tuż, tuż. Kilka minut po 23-ciej mąż stwierdza, zafascynowany: „widać już główkę!, ale ma czarne włoski”.
Mówią, żebym dotknęła główki, podobno działa to motywująco,
ale ja nie chcę, chcę żeby już wyszła, bo mam wrażenie, że
zaraz rozsypie mi się miednica. Ostatni wysiłek i o 23.15 witamy
Milenkę. Straszliwie krzyczy. Dostaję ją na ręce, tulę.
Przygotowują nam posłanie, siadamy sobie, a mała dostaje cyca. Od
razu pięknie chwyta i ssie. Potem ważenie i mierzenie 3570g i 52cm,
10pkt. Wszystko w najlepszym porządku. Bez zbędnych ingerencji, bez
nacinania i tych wszystkich niepotrzebnych, zaburzających naturalny
rytm porodu, działań. Ja mam jedynie kilka drobniutkich pęknięć,
nic poważnego, sama śluzówka, nie boli, mogę siadać, chodzić,
chce mi się skakać z radości, że to już, że daliśmy radę.
Czuję się pełna energii i miłości do tego małego kudłacza.
Magia....
Koło 2 zostajemy sami, szczęśliwi, tulimy się we
trójkę, a pies zaciekawiony kręci się wokół jakby nie mógł
zrozumieć o co tu chodzi.... Jakie to niesamowite, że wczoraj
byliśmy jeszcze we dwoje, jeszcze we dwoje dzieliliśmy nasze łóżko,
a dziś jest nas już troje. Wczoraj jeszcze beztroscy, leżący
wieczorem w łóżku i oglądający film, a dziś wpatrzeni w ta małą
istotę, jak w obraz i gotowi do działania na jedno jej kwęknięcie.
Jakie to niesamowite......
Julianek
Dwie
kreski
3 listopada 2011 roku, robię test ciążowy. Po
raz drugi w swoim życiu widzę dwie kreski. Początkowo wszystko
jest dobrze, jednak koło 8 tygodnia pojawiają się niemiłe objawy,
strasznie przybieram na wadze, non stop chce mi się spać,
puchnę...Robię badania, wychodzi niedoczynność tarczycy. Martwię
się, bo oczywiście chcę drugi raz rodzić w domu, a choroba jakąś
tam przeszkodą jest. Na szczęście na drugi dzień udaje się
dostać do endokrynologa, dostaję tabletki. Kilka wizyt, leczenie
mam ustalone. Mam się nie martwić, bo przy uregulowanych hormonach
tarczycy jestem jak zdrowa kobieta. Cieszę się. W lutym dowiadujemy
się, że tym razem dołączy do nas chłopiec. Przychodzi moment,
kiedy powinnam poinformować mojego lekarza, że chcę rodzić w
domu. Jest o tyle łatwiej, że wie, że pierwsze dziecko właśnie
tam przyszło na świat. Więc przygotowana na kazanie roku
oznajmiam, że planuję rodzić w domu, pytam, czy nie ma przeciwwskazań
zdrowotnych. Jakże mnie zaskakuje stwierdzeniem, że nie, wszystko
jest ok, może pani rodzić w domu! Zero prawienia morałów, zero
pouczania i obrzucania epitetami. Dalej ciąża przebiega prawidłowo,
wszystkie badania mamy w normie, aż do wymazu. Okazuje się że mamy
następną przeszkodę na drodze- paciorkowca.... Spotykam się z
Naszą Położną , radzi terapię czosnkiem. Przyznaję, że trochę
mnie to szokuje, ale szukam i znajduję artykuł brytyjskiej położnej
zajmującej się porodami domowymi i opis terapii czosnkiem. Zaczynam
działania. Tydzień terapii i kolejny wymaz. Czas nagli, bo
praktycznie jesteśmy już w terminie. Ogromnie zdenerwowana jadę po
wynik, modlę się aby był „czysty”, bo nie wyobrażam sobie
porodu w szpitalu, zwłaszcza po tym, że pierwszy odbył się w
domu. Można sobie tylko wyobrazić jak strasznie się cieszę kiedy
odbieram oczekiwany wynik, bez bakterii. Skaczę z radości, bo
wszystko mamy już dopięte na ostatni guzik. Pozostaje jedynie
czekać na jaśnie pana Juliana, aż zdecyduje się wyjść.
Dzień przed wyznaczonym terminem mam jeszcze
wizytę u swojego ginekologa. Niestety po badaniu okazuje się, że
nic nie zapowiada rychłego porodu, do tego Julek ma zarzuconą na
kark pępowinę. Nie ukrywam , że trochę mnie to martwi. Lekarz
oznajmia, że pępowina powinna się zsunąć kiedy mały będzie
schodził do kanału rodnego. Czekamy, mija 5 lipca i nic.., każdy
dzień po wyznaczonym terminie dłuży się wieczność i to chyba
rozumieją tylko te kobiety, którym przyszło czekać na leniuszka.
Mijają kolejne dni, lato chyba najbardziej upalne w moim życiu. Mam
dość jestem, zmęczona ciążą, wierceniem malucha i gorącem.
Nareszcie
9 lipca w poniedziałek mąż ma jechać do pracy-
120km od domu, bo tak pracuje od paru miesięcy. Jest poza domem 5
dni w tygodniu- ale wstaję przed nim i mówię, żeby jednak nie
jechał do pracy, bo wydaje mi się, że chyba młody się jednak
zdecydował i coś rusza. Nastrój między nami niezbyt miły, bo poprzedni
wieczór zakończony awanturą stulecia- hormony buzowały. Na
szczęście mąż chowa żale, czekamy, są skurcze regularne ale
dość słabe, nasilają się kiedy się poruszam, więc łażę...
Koło 7-mej zawozi 4,5 letnią Milenkę do babć 20km od nas, a ja
dzwonię do położnej i szybko ogarniam mieszkanie, bo przecież
wstyd do bałaganu ludzi prosić :D. Położna przyjeżdża po 8-mej, ale
po badaniu okazuje się, że rozwarcie jedynie na opuszek. Czuję się
zdruzgotana..., jak to tak? Na pocieszenie dostaję zapewnienie, że to
normalne i czasem poprzedza poród o kilka dni! Ale jak to? Ja chcę
urodzić dzisiaj, a nie za kilka dni! Spaceruję, ale skurcze nadal
słabe...Mam wyznaczoną wizytę u ginekologa na 11-stą gdybym nie
urodziła, więc decydujemy, że jedziemy, niech zobaczy, co tam mały
wyczynia. Międzyczasie położna idzie na kawę ze znajomą. W aucie
skurcze pięknie się nasilają- oj działa na mnie auto, działa :).
Troszkę się spóźniamy i lekarz zdziwiony: „Myślałem, że pani
już nie przyjdzie, że już urodziła”. Ha! Badanie i mamy
rozwarcie na 2cm, w usg bez zmian, pępowina nadal na karku, jak
ręcznik kąpielowy. Dostajemy wskazanie- iść na spacer, więc
jedziemy po suczkę do domu, a potem do parku miejskiego. Mamy
szczęście, bo to dzień bez upału pierwszy od wielu dni, jest
chłodniej, pochmurno, ale nie pada. Łazimy po parku, pies biega jak
szalony, a moje skurcze robią się mocniejsze. W końcu mówię do
męża, że zapomniałam, że to tak boli ;). W domu jesteśmy przed
13-stą. Zapada decyzja, że wszyscy są głodni, więc
zamawiamy... pizzę. Przecież muszę mieć siłę, żeby rodzić,
nie? Pan z pizzą przyjeżdża dopiero po ponad godzinie, a ja
w międzyczasie spaceruję, bujam się w trakcie skurczu, bo brzuch
boli okropnie. Nie mam bólów w krzyżu tym razem. Tym razem boli
brzuch, bardzo boli. Zjadamy pizzę, a położna pyta „to co, jemy i
rodzimy?” ja odpowiadam, że oczywiście. Przed 15-stą mam dopiero 3cm. Dużo piję
więc często korzystam z toalety, a za każdym razem mam wówczas skurcz
za skurczem, nie wiem dlaczego? Łazienka tak na mnie działa, jak
auto. Więc idę do wc, a tam przez 10 minut dokładnie skurcz za
skurczem, coraz silniejsze. W końcu udaje mi się wyjść, a w
nagrodę czeka mnie kolejne badanie i niespodzianka, bo mamy już
5cm! Niestety brzuch boli tak, jakby mnie ktoś kroił piłą, więc
postanawiam iść pod prysznic, pomaga. Mąż szybciutko wychodzi z
pieskiem. Stoję pod prysznicem i czuję pierwszy skurcz party!
Myślę, że to za szybko, przecież przed chwilką miałam 5cm.
Dostaję przykaz wyjścia z brodzika, akurat wraca mąż i jest tak
zdziwiony, bo nie było go tylko 10 minut, a ja już jestem tam, na
swojej porodowej planecie. Przechodzimy do salonu. Tym razem rodzę
w pozycji kucznej i klęczącej na zmianę, podtrzymywana przez męża. Odchodzą wody, a ja się martwię byle
nie na dywan, bo przecież nowy... Na szczęście dywan
jest zabezpieczony. Mamy skurcze parte, niestety młody się
cofa. Coś jest nie tak. Muszę mu pomóc, tak zaleca położna,
muszę wspomóc grawitację swoim parciem- jak w szpitalu... Nareszcie, po drugim takim wspomaganym skurczu, udaje się! Po 10
minutowej II fazie porodu o godzinie 16.10, jest! Ale wygląda jak
smerf, niebieski, nie płacze! Pępowina niestety nie zsunęła się,
ale okręciła i trzymała malucha, dlatego cofał się w przerwie
między skurczami. Słyszę wrzask, ulga, kilka oddechów i jest już
różowiutki, tylko buźka jeszcze lekko niebieska zostaje.
Przytulam, całuję i płaczę ze szczęścia. Młody dostaje pierś,
ssie. Jest jeszcze bardziej kudłaty, niż siostra, ale i podobny do
niej. Chcę iść pod prysznic, bo czuję się spocona. Mierzą
Julianka, a tam 58,5cm. Jestem w szoku, bo córka miała tylko 52cm.
Mąż na to ” ooo to pewnie ze 4kg waży”, rozbawia mnie
strasznie, więc odpowiadam „Coś ty zwariował? Przecież ja nie
dałabym urodzić 4kg”! Przychodzi kolej i na ważenie, a tam 3930g.
Jestem w szoku, bo jak to tak, taki wielki, a ja obrażeń zero i tak
szybko wyszedł... Niemożliwe, science-fiction. Po prysznicu przychodzi czas
na telefony i gratulacje od zniecierpliwionych dziadków. Czuję się
fantastycznie, nic nie boli. Wieczorem przyjeżdżają babcie z
Milenką. Córcia przeszczęśliwa, bo strasznie nie mogła się
doczekać tego momentu. Dostaje go na ręce, tuli i całuje. Nagle z
tej małej Milenki staje się całkiem sporą dziewczynką, starszą
siostrą...
 |
Milenka i Julianek |
Po
2 dni po Julkowych narodzinach przyjeżdża nasza
położna z jedną ze swoich studentek, aby pobrać małemu krew na
badania przesiewowe. Studentka położnictwa, pewnie niejedną
kobietę po porodzie już widziała na zajęciach, czy praktykach. Z
zachwytem ogląda małego, a patrząc na mnie nie może pojąć, że
jak to? Ja urodziłam dziecko 2 dni temu??? Przecież to
niemożliwe, bo kobiety po porodzie nie wyglądają tak dobrze :) To
chyba był jeden z największych komplementów jakie usłyszałam w moim życiu....
Pierwszy poród był wspaniałym
doświadczeniem, mimo że bolało, bo bez tego raczej się nie da, to
był magiczny, intymny moment. Tak zbliżający dwoje, kiedyś
obcych sobie, ludzi. Narodziny rodziny. Drugi poród oprócz całej
tej magii, przyniósł jeszcze jedno- narodziny starszej siostry.
Przed pierwszym porodem planowanym w domu, kiedy
już wszyscy bliscy zostali wtajemniczeni nasłuchałam się sporo. Wiele osób próbowało mi odradzić ten "szalony", "nieodpowiedzialny"
pomysł, przekonywało, że poród to nie hop siup, że "sam się nie zrobi”. Na szczęście byłam uparta, znalazłam zrozumienie
mojego męża, ale też i paru innych osób, które mnie wspierały i
sprawiały, że byłam jeszcze bardziej pewna siebie. Po porodzie
niektórzy znajomi pytając „gdzie rodziłaś” i słysząc
odpowiedź, że w domu, rzucali kolejne pytanie, moje ulubione:
„Jejku, a co, nie zdążyliście?!?!”.
Przed drugim porodem każdy, kto wiedział, że
Milenka przyszła na świat w domu, z ciekawości oczywiście musiał
się upewnić czy i drugie dziecko też tak ;) Ano też tak, bo tak
było super. Już nie wysłuchiwałam tylu przestróg i dobrych rad.
Uznano mnie za normalną, przestałam wzbudzać aż taką sensację
swoim niecodziennym pomysłem.
Często
słyszę, że jestem jedyną, bądź jedną z niewielu, które porody
wspominają jako cudowne przeżycia. Wiem, że można skutecznie
zepsuć tą magiczną chwilę, przykre jest to, że tyle kobiet tak
bardzo źle wspomina poród, kiedy to się zmieni? Kiedy każda
kobieta będzie miała szansę na dobry poród?
 |
Anna, Milenka i Julianek |
Autorka: Anna,
zdjęcia z archiwum domowego Anny
Dziękuję Anno <3