poniedziałek, 15 grudnia 2014

Petycja do Ministerstwa Zdrowia

Oto  Petycja wzywająca do utworzenia Narodowego Programu Karmienia Naturalnego, poniżej jej treść: 

"Minister Zdrowia Bartosz Arłukowicz
Prezes Rady Ministrów Ewa Kopacz
ul. Miodowa 15
00-952 Warszawa
(22) 634 93 26
kancelaria@mz.gov.pl, sprm@kprm.gov.pl

Szanowny Panie Ministrze,

Jak wiadomo WHO zaleca wyłączne karmienie piersią przez 6 miesięcy, a następnie karmienie piersią uzupełniane posiłkami stałymi do końca drugiego roku życia lub dłużej. Międzynarodowe organizacje pediatryczne oraz gastroenterologiczne np. ESPHGAN, AAP, oraz wiele innych, również stoją na podobnym stanowisku.

Od wielu lat jednak w Polsce maleje liczba matek karmiących naturalnie swoje dzieci. Około 90 % matek tuż po porodzie, deklaruje chęć karmienia piersią, jednak w kolejnych miesiącach jest to coraz mniejsza liczba, w 6 miesiącu życia dzieci już tylko około 15 % matek w Polsce karmi swoje dzieci piersią, zaś matek karmiących dzieci powyżej roku jest już tylko około kilku procent. Karmienie piersią, a raczej jego brak ma bardzo poważne skutki zdrowotne, ekonomiczne i społeczne dla naszego kraju. Tak mała liczba dzieci karmionych piersią oznacza o wiele większą zapadalność na choroby, długofalowe negatywne skutki zdrowotne ( także w wieku dorosłym), mniejsze możliwości intelektualne, u dzieci pozbawionych mleka
matki. To również brak profilaktyki chorób nowotworowych u matek. Wszystko to przekłada się na bardzo negatywne skutki ekonomiczne, których to koszty oczywiście ponosić musi całe polskie społeczeństwo.

Pomimo tych zagrożeń w Polsce nie ma kompleksowego systemu wsparcia karmienia piersią. Sprawy związane z karmieniem naturalnym są w naszym kraju marginalizowane i bagatelizowane. Zagadnienia prawidłowego żywienia dzieci rozwiązują i finansują firmy produkujące i sprzedające na polskim rynku mieszanki do sztucznego żywienia dzieci. Odbywa się to przy pełnej aprobacie i we współpracy z narodowymi instytutami zdrowia ( CZD, IMiD) i ogólnopolskimi towarzystwami naukowymi
zajmującymi się zdrowiem dzieci w naszym kraju ( Polskie Tow. Pediatryczne, Polskie Tow. Gastroenterologii Hepatologii i Żywienia Dzieci oraz inne). Ministerstwo Zdrowia wydaje kilkadziesiąt milionów złotych każdego roku na refundację sztucznych mieszanek, jednocześnie dopuszcza, by były one dostarczane do szpitali po rażąco zaniżonych cenach. Dozwolona jest także promocja mieszanek w mediach. Budzi to nasze ogromne oburzenie i jest rażąco niemoralnym i niedopuszczalnym
działaniem. Dziwi przyzwolenie i brak radykalnej reakcji na taką sytuację z Państwa strony jako Ministerstwa Zdrowia, taką postawę odbieramy jako ciche przyzwolenie na te praktyki.

Najnowsze zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci z 2014 r., przedstawione w  schemacie w kwestii ilości posiłków, do którego sięgać będzie personel medyczny, oraz skierowany jest on również do rodziców, rekomenduje: 7 posiłków w pierwszym miesiącu życia, 6 posiłków na dobę dla dziecka 2 miesięcznego i dalszy spadek ilości karmień w kolejnych miesiącach dla dzieci karmionych piersią. Jest to całkowicie niezgodne z aktualną wiedzą medyczną w zakresie karmienia naturalnego, ponieważ w pierwszych miesiącach życia dziecka zalecane jest karmienie piersią według potrzeb dziecka 8-12 razy na dobę.

Fakt zaprezentowania zaleceń dla dzieci żywionych sztucznymi mieszankami, jako ogólnie obowiązujących, również dla dzieci karmionych wyłącznie piersią, świadczy o skrajnej nieodpowiedzialności autorów schematu żywienia niemowląt, oraz może doprowadzić do zagrożenia zdrowia i życia dzieci karmionych piersią. Niestety już powstały kolejne publikacje, oparte na tym schemacie PTGHiŻD, zalecające dzieciom karmionym piersią głodowe liczby posiłków, gwarantujące jednocześnie ich matkom zanik laktacji.

Takie działania bolą szczególnie, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że na budowę skutecznego systemu wsparcia karmienia naturalnego, edukację personelu medycznego, wyposażenie szpitali i promocję wśród kobiet ciężarnych i matek nie wydano prawie nic w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Setki tysięcy matek w Polsce, każdego roku przedwcześnie przerywa karmienie naturalne, bo system opieki okołoporodowej, z powodu braku wiedzy, głębokich zaniedbań, często lenistwa oraz niebagatelnych profitów, znacznie chętniej promuje żywienie sztuczne niż karmienie naturalne. Aby zaniechania te nie wyszły na jaw nie prowadzi się w Polsce od wielu lat profesjonalnego monitoringu jakości i długości karmienia naturalnego.

Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 września 2012 r. w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych z zakresu opieki okołoporodowej podkreśla znaczenie i gwarantuje odpowiednie wsparcie matki w zakresie laktacji. Jednak standard ten dotyczy tylko opieki sprawowanej nad kobietą w przypadku fizjologicznego porodu i połogu, czyli de facto, w Polsce, kilkunastu procent kobiet. Pozostałe kobiety, w zdecydowanej większości, rodzące nawet z minimalną interwencją medyczną, są tego prawa pozbawione, czyli dyskryminowane, a co za tym idzie, ich dzieci również.
Personel medyczny kontaktujący się z ciężarną, odpowiedzialny za poród i opiekę nad matką i dzieckiem w szpitalu, oraz zapewniający opiekę pediatryczną poza szpitalną, nie jest należycie przygotowany do realizacji swoich zadań. Wiedza z zakresu fizjologii laktacji i rozwiązywania problemów związanych z karmieniem naturalnym jest niewielka, często nieaktualna, zaś podnoszenie kwalifikacji odbywa się najczęściej na własny koszt. Liczba personelu jest również zbyt mała w stosunku do zapotrzebowania wynikającego z świadczeń gwarantowanych przez standardy opieki okołoporodowej. Zdecydowanie brakuje fachowo przeszkolonych osób mogących udzielać wsparcia laktacyjnego na różnych poziomach. Istnieje uzasadniona obawa, że gdy tak przygotowany do pracy personel zacznie wdrażać kuriozalne, najnowsze rekomendacje
Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci, w kwestii ilości posiłków, odbije się to bardzo negatywnie na zdrowiu naszych dzieci.


Karmienie naturalne jest jedyną optymalną metodą żywienia wcześniaków, noworodków urodzonych o czasie, niemowląt i małych dzieci. Jako takie powinno być modelem normatywnym i punktem odniesienia. Uniemożliwianie, bądź utrudnianie przez państwo (przez brak odpowiednich warunków i stosownych uwarunkowań prawnych) dziecku karmienia go mlekiem matki jest łamaniem Konwencji Praw Człowieka i Konwencji Praw Dziecka ratyfikowanych przez Polskę.

W związku z powyższym pilnie wnioskujemy o :

Jak najszybsze uruchomienie Narodowego Programu Karmienia Naturalnego, obejmującego edukację i zwiększenie liczby personelu, wyposażenie szpitali i długofalowe działania promocyjne, oraz powszechny dostęp do refundowanego przez państwo wsparcia laktacyjnego.

Rozszerzenia prawnej ochrony karmienia naturalnego, wynikającego z Rozporządzenia Ministra Zdrowia w kwestii Standardu Opieki Okołoporodowej, gwarantowanej dotychczas tylko matkom i ich dzieciom w przypadku porodu fizjologicznego, na wszystkie dzieci urodzone o czasie i ich matki.

Nadania Komunikatowi Ministerstwa Zdrowia z dnia 29 marca 2013 r. „w zakresie karmienia piersią jako wzorcowego sposobu żywienia niemowląt” mocy prawnej. Komunikaty, które nie stanowią prawa i są nagminnie lekceważone są nam do niczego nie potrzebne. Nie świadczą one o Państwa zaangażowaniu w sprawę, wręcz przeciwnie, dowodzą świadomego działania na naszą szkodę.

Podjęcia natychmiastowych działań mających na celu wyjaśnienie przyczyn powstania tak skandalicznych rekomendacji w schemacie żywienia niemowląt oraz wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do osób, które się do tego przyczyniły.

Powołania do życia instytucji, odpowiedzialnej za monitorowanie, nadzór, badania oraz aktualizację wiedzy z zakresu karmienia naturalnego.

Podjęcie powyżej wymienionych działań, znacząco poprawi perspektywy optymalnego rozwoju naszych dzieci, obniży zagrożenia i postępującą otyłość. Cywilizowane kraje zaczynają od profilaktyki, jaką jest karmienie naturalne, gdyż jest to możliwość kreowania ogromnych oszczędności w budżecie kraju. Optymalne żywienie wczesne obniży wydatki Ministerstwa Zdrowia o setki milionów złotych każdego roku, a dzieciom i ich matkom zapewni długofalowe pozytywne skutki zdrowotne,.
Karmienie piersią to jeden z najważniejszych elementów promocji zdrowia człowieka. Dlatego prosimy o pozytywne i pilne rozpatrzenie naszej petycji.
Dziękujemy,

INICJATYWA MATEK KARMIĄCYCH NATURALNIE

Hanna Krawsz



Poniżej przytaczam jeszcze treść komunikatu Ministerstwa Zdrowia z dnia 29 marca 2013r. , który wg naszych postulatów powinien uzyskać moc prawną ( rozporządzenia, ustawy ) .

" Departament Matki i Dziecka rekomenduje wyłączne karmienie piersią jako optymalny i wzorcowy sposób żywienia niemowląt do ukończenia 6 miesiąca życia oraz kontynuację karmienia piersią przy jednoczesnym podawaniu pokarmów uzupełniających nawet do ukończenia przez dziecko drugiego roku życia i dłużej*. Jeśli z obiektywnych powodów nie ma możliwości podania dziecku mleka matki biologicznej, wówczas sztuczna mieszanka dobrana stosownie do sytuacji klinicznej dziecka jest akceptowalnym rozwiązaniem. Jednakże karmienie preparatami zastępującymi mleko kobiece (sztucznymi mieszankami) łączy się ze zwiększonym ryzykiem infekcji u niemowląt, między innymi: przewodu pokarmowego oraz zapalenia ucha.

Karmienie piersią jest jedynym naturalnym sposobem żywienia niemowląt i żaden preparat zastępujący mleko kobiece nie posiada identycznych właściwości co mleko kobiece, dlatego sformułowania takie jak: naturalny, fizjologiczny, inspirowany mlekiem matki, humanizowany, umatczyniony, bliski lub najbliższy mleku matki, wzorowany na mleku matki mogą zostać uznane za wprowadzające w błąd konsumenta, sugerując równoważność (lub podobieństwo) preparatu mlekozastępczego z mlekiem kobiecym i karmieniem naturalnym.

Karmienie piersią odgrywa ważną rolę w profilaktyce zdrowotnej, w tym w zapobieganiu cukrzycy oraz otyłości u dzieci, młodzieży i w dorosłym życiu a także astmy i atopowego zapalenia skóry. Obniża również ryzyko wystąpienia zespołu nagłej śmierci niemowląt (SIDS).

Departament Matki i Dziecka jednocześnie zaznacza, że powinno się szanować wybór kobiet, które rezygnują z karmienia piersią ze względów innych niż medyczne, jeżeli są świadome ryzyka związanego z karmieniem sztucznym oraz konsekwencji ekonomicznych."



                          












sobota, 15 listopada 2014

Czy można karmić piersią w miejscach publicznych ?


W październiku wyrzucono z przestrzeni publicznej, karmiącą piersią w galerii handlowej w Radomiu- ochrona "zaprosiła" mamę aby karmiła w toalecie... tak ochrona postrzega swoje obowiązki w tej galerii handlowej. Dyrekcja nie przeprosiła za wyproszenie matki z przestrzeni publicznej, ubolewa jedynie nad pomyłką, mama miała zostać wyprowadzona do "pokoju karmień" ...

Zacytuję tutaj fragment artykułu jaki ukazał się w "Gazecie.pl " , który dotyczy aspektu prawnego takiej sytuacji

  cytuję : "W polskim porządku prawnym nie ma wyraźnych przepisów, które regulowałyby, gdzie i w jakich sytuacjach matki mogą czy też nie mogą karmić piersią swoich dzieci. Pozostaje to więc raczej kwestią regulowaną przez normy kulturowe niż prawne - komentuje Anna Błaszczak z Zespołu ds. Równego Traktowania i Ochrony Praw Osób z Niepełnosprawnościami w Biurze RPO.Dodaje, że należy przy tym jednak uwzględnić, że w Polsce macierzyństwo znajduje się pod szczególną ochroną, podobnie jak dobro dziecka - i dobra te są wysoko cenione społecznie. Wyproszenie matki karmiącej z centrum handlowego może być również uznane za przejaw dyskryminacji ze względu na macierzyństwo i ze względu na płeć. Zgodnie z ustawą o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania zakazane jest m.in. nierówne traktowanie ze względu na płeć w dostępie do usług - w tym przypadku usług centrum handlowego.

- Ofiary takiej dyskryminacji mogą się domagać odszkodowania na podstawie tej ustawy czy nawet zadośćuczynienia na podstawie przepisów Kodeksu cywilnego o ochronie dóbr osobistych. Dodatkowo przedsiębiorca prowadzący centrum handlowe może zostać ukarany grzywną za popełnienie wykroczenia z art. 138 Kodeksu wykroczeń, polegającego na odmowie świadczenia usługi bez uzasadnionej przyczyny - wyjaśnia Błaszczak.

W pierwszej kolejności ze skargą należy zwrócić się do kierownika centrum handlowego, a w przypadku nieosiągnięcia zamierzonego rezultatu podjąć kroki prawne. Osoby doświadczające dyskryminacji mogą również składać skargi do RPO."
koniec cytatu.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,138764,16791834,Mama_wyproszona_z_galerii__Kazali_jej_karmic_syna.html?lokale=zielonagora#sondaz
link do artykułu

Ledwo ucichła jedna afera, w listopadzie wybuchła podobna na Pomorzu, w Sopocie, w restauracji La Marea kelner wyprosił mamę karmiącą do toalety, ponieważ takie dostał zalecenie postępowania w przypadku mam karmiących w tym przybytku szumnie zwanym restauracją.

http://dziecko.trojmiasto.pl/Karmiaca-piersia-matka-upomniana-przez-kelnera-w-restauracji-n85206.html#
link do artykułu

 Szkoda, że od razu nie przygotowali stolika w toalecie, gdzie sadzaliby rodziców z małymi dziećmi karmionymi piersią. Właściciel ( Janusz Grzyb ) na oburzone komentarze na facebook, odpowiedział, że "promowanie macierzyństwa powinno się odbywać w czterech ścianach"...
Właściciel restauracji zaznacza, że w La Marea mamy nie raz karmiły dzieci przy stole lub przewijały je w toalecie i nikt nigdy nie robił problemu.

Czytaj więcej na:
http://dziecko.trojmiasto.pl/Karmiaca-piersia-matka-upomniana-przez-kelnera-w-restauracji-n85206.html#tri
Bardzo by przydała się tutaj ikonka "walenie głowa w ścianę " :P  Fantastyczne jest to, że społeczeństwo zareagowało bojkotując knajpę.

https://www.facebook.com/LaMareaSopot?sk=reviews
Link do recenzji knajpy- dodaj swoją

W internecie znów gorące dyskusje na temat tego, czy mamy mogą karmić wszędzie...Same mamy maja czasem wątpliwości, czy prawo stoi po ich stronie...
Chciałam więc przypomnieć materiał, który został nagrany tuz po aferze radomskiej, gdzie ja wraz z posłem, prawnikiem Ryszardem Kaliszem, rozmawiamy o tym jakie prawa ma mama karmiąca w przestrzeni publicznej...

http://www.tvn24.pl/tak-jest,39,m/czy-mozna-karmic-piersia-w-miejscu-publicznym,479106.html
link do filmu


  MAMA MA PRAWO 
KARMIĆ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ


Po aferze w Radomiu otrzymaliśmy list z Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego, które zaoferowało się prowadzić pro bono sprawy  związane z naruszenieami praw matek...

" Dzień Dobry, oglądałem właśnie Panią w Tvn24. Gratuluje dobrego wystąpienia! Jestem przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego -organizacji prawników wspierających pro bono osoby doświadczające dyskryminacji. Sytuacje przedstawione przez Panią naszym zdaniem są właśnie przejawami dyskryminacji. Z chęcią poprowadzimy pro bono postępowanie o odszkodowanie za naruszenie praw matki karmiącej. Jeśli któraś z mam spotkałaby się z podobną sytuacją, proszę się do nas zwrócić, z chęcią przyjrzymy się sprawie. Wesprzemy matki w walce o ich prawa. Pozdrawiam serdecznie,
Krzysztof Šmiszek PTPA - w razie potrzeby kontakt: ksmiszek@ptpa.org.pl  "


Bardzo dziękuję organizacji PTPA i przewodniczącemu za wsparcie.  Dobrze wiedzieć, gdzie się w razie czego zwrócić. Pokażmy, ze naszych praw nie da się łamać bezkarnie...

Nie bójmy się karmić piersią wszędzie, mamy do tego prawo, a nasze dziecko ma prawo do najlepszego pokarmu, oraz do zaspokojenia swojego głodu, wszędzie, a w toaletach niech sami jedzą ci, którzy uważają, że jest to stosowne do tego miejsce. My nie jemy w toaletach i nie karmimy tam naszych dzieci, byłoby to naruszenie praw dziecka oraz narażenie go na utratę zdrowia.


            KARMIMY PIERSIĄ, 
BO 
NASZE DZIECI SĄ TEGO WARTE !!!



środa, 17 września 2014

Jak (nie) wspierają w Karmieniu Piersią - relacja mamy...


Druga w tym sezonie Opowieść Karmicielki... Czy kobiety chcące karmić piersią otrzymują odpowiednie wsparcie ? Oj długo by pisać i mówić na ten temat... Przeczytajcie jak było u tej mamy... Jestem pełna podziwu, że Spełniona Mama po takim "wsparciu" jednak karmi piersią... 





W czerwcu tego roku po raz pierwszy zostałam mamą! Oczywiście całą ciążę poświęciłam na czytanie o rozwoju dziecka ale gdzieś umknęło mi karmienie piersią. Myślałam, że to oczywista sprawa i do tego bardzo prosta! Błąd! Poród wspominam traumatycznie - zakończony cesarskim cięciem w pełnej narkozie. Po obudzeniu usłyszałam, że synek przestał oddychać i jest na noworodkowym OiOMie ! 
 "Jak wszystko będzie OK - jeszcze dziś na chwilę go Pani przyniesiemy ! Tu jest zgoda na dokarmianie MM - proszę podpisać.." W ogromnym szoku (ciąża była idealna!) - podpisałam i zalałam się łzami bo nie wiedziałam co się dzieje z synkiem, a przecież musi coś jeść więc dla jego dobra podpiszę..
Maleństwo zobaczyłam jeszcze tego samego dnia, na jakieś 30 min przystawiłam go do piersi ale z racji totalnie płaskich sutków - porobił mi sine ślady dookoła, a sutka nie złapał :( Nikt nawet nie pomyślał by mi pomóc, doradzić.. Jak płacze to znaczy, że głodny -proszę przyjść po mleko... słyszałam. Leżała ze mną na sali dziewczyna, która urodziła syna ważącego 4200 g i położne wmawiały jej, że nie ma tyle mleka by go wykarmić! Niestety taki sobie szpital wybrałam..

Powracając do mojego synka - częściowo go przystawiałam, troszkę ściągałam i karmiłam butlą, a trochę podawałam mleko krowie modyfikowane. Trzeciego dnia po urodzeniu okazało się, że malutki ma wadę serca. Nie myślałam o karmieniu piersią - byłam załamana.. Mój idealny świat legł w gruzach...

Synek tak rozleniwił się przez butlę, że coraz mniej ssał pierś - dookoła słyszałam głosy, że "ma chore serduszko, jest słaby, nie męcz go i podaj mleko mod.." - o zgrozo sama w to uwierzyłam! Siedziałam z laktatorem 24 h ale i tak nie dawałam rady w ten sposób go wykarmić, więc był dokarmiany. Czułam się z tym okropnie - co to za kobieta, która nie umie wykarmić swojego dziecka?! Któregoś dnia na wizycie położnej pożaliłam jej się, że tak bardzo chciałabym karmić piersią, a nie mogę! Liczyłam, że mnie podtrzyma na duchu, doradzi na co usłyszałam " Dziewczyno! Po co Ci kolejny problem? Nie jestem zwolenniczką głodzenia dzieci. Nie każda kobieta może karmić swoje dziecko. Jak do następnej wizyty nie zaczniesz karmić piersią to powiem Ci jak FAJNIE wstrzymać laktację". Te słowa były ciosem prosto w serce !

Popłakałam się i zmotywowałam jeszcze bardziej :) Zaczęłam częściej przystawiać synka, a mniej ścìągać choć w dalszym ciągu przynajmniej raz dziennie (zazwyczaj na wieczòr) dostawał mm, bo płakał przeraźliwie a przecież nie mogliśmy go stresować, bo i tak był słabiutki. Zmęczona psychicznie całą nieudolną historią związaną z kp postanowiłam udać się do poradni laktacyjnej.
Dzwonię i mówię, że syn ma ponad 2 miesiące i jest dokarmiany - w zamian usłyszałam, że jest za stary(!) bo do nich przychodzą dzieci 3 lub 5 dniowe i żebym nie oczekiwała cudów - ale proszę przyjść w poniedziałek. Przed tym właśnie poniedziałkiem ostatni raz podałam mm w piątek wieczorem - dlaczego to pamiętam? Bo była to mam nadzieję ostatnia butla w Naszej historii z karmieniem piersią :)

Synek od 2 tygodni jest tylko na piersi!!! Gdy słyszę o historiach z brakiem pokarmu albo określeniu "za późno" to się uśmiecham! Równo w 74 dniu życia mojego syna "załapał" o co chodzi w cycowaniu :)
Przed Nami prawdziwy test ponieważ za ok 2 msc czeka Nas operacja i wiem, że stanę na rzęsach by po niej również kontynuować kp !
  
Proszę by podpisać naszą historię : Spełniona mama :)
 
 
Autorka: Spełniona Mama
Dziękuję :)


Kochane Mamy, pamiętajcie, że istnieje grupa wsparcia na FB KARMIĄCE CYCE - GRUPA WSPARCIA MAM KARMIĄCYCH NATURALNIE   wspieramy w naturalnym karmieniu, pomagamy wyjść z karmienia/dokarmiania mlekiem krowim modyfikowanym.



poniedziałek, 15 września 2014

Mama karmiąca... opowieść Asi

Wracamy do projektu Opowieści Mam Karmiących Piersią...  Pierwsza relacja po roku...
Nie zawsze bywa łatwo, czasem zaskakuje niechęć dziecka do ssania, jednak Asia nie poddała się i dziś czerpie radość z chwil bliskości gdy karmi piersią synka... 


W czasie ciąży dużo czytam. O rozwoju maleństwa w moim brzuchu, o pielęgnacji noworodka, o karmieniu piersią. Wszystko wydaje się, jeśli nie proste to na pewno do opanowania. Problemy, trudności? Wspominają coś o nawale pokarmu, poranionych brodawkach … Myślę, że to nic takiego, że na pewno dam radę. Przed porodem odwiedza mnie kilka razy Położna. Rozmawiamy wiele godzin, przygotowuje się do porodu. Wiem, że chcę karmić piersią, wydaje mi się to takie oczywiste. Dostaję gratisową butelkę. Chowam na dno szafy. Nie będzie mi nigdy potrzeba, jestem o tym przekonana. 
 
Przychodzi ten wielki Dzień. Po kilkunastu godzinach kładą na moich brzuchu mojego Synka. Wyciągam pierś, chcę podać mu siarę. Przecież tyle czytałam o jej dobrodziejstwie. I dostaję szoku. Tymek nie chce, nie ssać. Odwraca główkę… Przerażona pytam Położną. Ona ucina krótko, „ jest zmęczony porodem”. No, ale jak to, przecież czytałam, że wszystkie dzieci po porodzie tak robię, że to naturalny odruch ćwiczony już w brzuchu, co się dzieje?! Niestety muszą mu podać antybiotyk, nie ma miejsc na oddziale położniczym. Więc Jego zabierają, mnie kładą na patologii ciąży. Przyniesiemy Go jak będzie głodny mówią. Jest po 22, całą noc nie śpię, przecież zaraz przyniosą mi dziecko, muszę być w gotowości, żeby podać mu mleko. Płaczę z samotności. Głaszczę brzuszek, zawsze tak robiłam, ale nie odpowiada mi żadne kopnięcie. Jest pusty, a moje dziecko jest piętro wyżej. Nikt nie przychodzi… 

Rano zjawia się pielęgniarka. Niesie malutkie zawiniątko (Tymek ważył 2700), kładzie koło mnie i rzuca „Nie potrafi ssać” i odchodzi. Nie wiem, co robić, upał daje się we znaki, pot leje mi się z czoła, kiedy próbuję go nakłonić do jedzenia, płacze tak strasznie, że przychodzą kolejne pielęgniarki. Każda na swój sposób próbuje mi pokazać jak mam go nakarmić. W żadnej pozycji się to nie udaje. Ja jestem mokra od potu i łez. Hormony szaleją, Tymek już nie płacze. On wrzeszczy . Zjawia się moja Mama. Ona też jest zdziwiona. „Pięcioro dzieci wykarmiłam, jak to nie umie, to jakieś bzdury, wszyscy umieją”. Zwalnia się miejsce na położnictwie, przenoszą Nas. Tutaj potwierdza się diagnoza. Proszę odciągać mleko. Podamy mu w kieliszku. Jak to odciągać? Jak mam to zrobić ? Położona bierze i ściska boleśnie moją pierś. Leje się mleko, rzeka mleka. Cała koszula jest mokra. Dobrze będę tak robić. Kieliszki się zapełniają. Podają je Tymkowi. Nie płacze już, zasypia. Ja też mam na to ochotę, nic z tego. Położna oświadcza, odciąganie, co dwie godziny, karmienie co trzy. Gdzie tu czas na sen? Mama i Mąż dbają o mnie. We mnie wszystko szaleje, płaczę, pocę się od upału. Koleżanka z łóżka obok karmi swoją córeczkę. Mała pięknie je, anielski widok. Dlaczego nie jest mi to dane? Znowu płaczę…

Na drugi dzień dowiaduję się, że potrzeba więcej mleka. Piersi bolą strasznie. Każą Mężowi kupić laktator. Kupuje porządnej firmy, odciągam wyrabiając przy okazji mięśnie. W kubeczku koczy się podziałka. Proszę przynieść butelkę. Ale jak to butelkę? Mąż odnajduje dawno zapomniany przedmiot. Pytają o moją zgodę. To szpital w którym promuje się karmienie piersią. Tak, zgadzam się, chcę wyjść do domu. Małemu podają antybiotyk, jesteśmy tam pięć długi dni.

W końcu wychodzimy ze szpitala. Upał się nie zmniejsza, jest coraz większy. Nie mam siły, rytm dnia wyznacza odciąganie. Pot leje się ze mnie strumieniami. Mały ma czkawkę, mleko, które odciągałam wypił. Co robić? Panika. Mały czka, a ja płaczę, że nie mogę mu pomóc. Zjawia się Położna. Kiwa głową ze współczuciem. Dostaję laktator elektryczny od Męża. Czuję się jak krowa, w dojarni. Sprzęt wydaje nie miły dźwięk. Ciągle słyszę go w głowie. Teściowa rzuca przy okazji wizyty, „po co się męczyć”, kupuje mleko modyfikowane.

Znowu płaczę. Mija dzień za dniem, mam podawać coraz więcej mleka, co trzy godziny. Pilnuję tego bardzo. Nie raz budzę śpiącego Malca. Krzywi się chce spać, wkładam butelkę nie chce jeść. Wylewam mleko, Przecież miało kontakt ze śliną. Mówili, że nie mogę go drugi raz podać. Za chwilę Tymek zaczyna płakać, lakator pusty. Koszmar. Przystawiam Go do piersi. Wygląda jakby ssał. Czuję, że ubywa mi mleka. Pokazuję Mężowi. „nie wygląda jakby jadł” odpowiada. Odkładam do łóżeczka, zasypia. Pewnie był zmęczony myślę. Na drugi dzień pokazuję Położnej jak Go przystawiam. „Nie ssie efektywnie”-odpowiada. Czyli dalej odciągamy. Piersi cholernie bolą. Nie spacerujemy, nie oddalam się od domu, nie zapraszam gości. Wstydzę się, że to moja wina. „Życzliwa” osoba, twierdzi, że to przez to, że miałam znieczulenie, On nie potrafi ssać. Załamuję się totalnie. A więc nawet nie potrafię rozpoznać, ze moje dziecko je, przez mój niski próg bólu, On używa teraz butelki. Co ze mnie za matka…

Mijają prawie dwa miesiące. Jadę do Mojej Mamy. Proponuje daj mu pierś i weźmiemy go na spacer. Nie chcę się zgodzić. Będzie głodny, będzie płakał. Wtedy wrócimy, mówi spokojnie Mama. No dobrze, przystawiam Go. Ssie, i przełyka. Wychodzimy na spacer. Spacerujemy prawie dwie godziny z radosnym Tymkiem. Spotykamy moje koleżanki i Mamy. Wszyscy się nim zachwycają. Jestem szczęśliwa. Wracamy. Znowu Go karmię. Jest szczęśliwy. Łapie mnie mocno za palec, jakby chciał żeby czuła, jaki jest silny dzięki mnie. Odciągam mleko na noc, ale mu go nie podaję. Zamiast tego podaję pierś. Je i zasypia. Ja pierwszy raz naprawdę się wysypiam. Początek nowego dnia, jest także początkiem naszej nowej drogi. Karmię piersią ! Spełnia się moje marzenie! Udało się! Jestem najszczęśliwszą mamą na świecie !

Tymek ma obecnie prawie piętnaście miesięcy. Cały czas karmię piersią.

Moja historia nie jest jakaś niezwykła. Chciałam tylko zwrócić uwagę na problem, że może się zdarzyć taka sytuacja, że dziecko nie będzie potrafiło ssać. Przed porodem nigdzie o tym nie przeczytałam, nikt mi o tym nie powiedział. Może czułabym się pewniej gdybym o tym wiedziała. Mam żal do Położnej, że nie dostrzegła, że wtedy, kiedy Jej pokazałam Tymka nie przyznała mi racji. On wtedy już zjadał. Mogłam przestać wcześniej odciągać, było by mniej łez…

Mimo wszystko, pomimo bólu, łez, braku snu uważam, że było WARTO. Zrobiłam dla swojego dziecka to, co najlepsze-dałam mu całą siebie…

Aśka.


Autorka: Aśka,  dziękuję <3

piątek, 12 września 2014

Narodziny Olivki, poród w Irlandii.

 Olivka urodziła się w Irlandii. Poród nie mógł odbyć się całkowicie w domu, jednak większość czasu Olivka rodziła się w domowym zaciszu, przy asyście cudnej położnej... Jak się rodzi w Irlandii, chcecie wiedzieć ? Zapraszamy z Kamilą, zapoznajcie się z jej opowieścią porodową. 


Narodziny Olivki, 17 kwietnia, 3:30 nad ranem..
Marzyliśmy o córeczce. Takie niewinne rozmowy, kilka w przeciągu sześciu lat naszego związku. Zawsze mówiłam, że chcę mieć dziecko koło trzydziestych urodzin. Udało się! Miesiąc przed magiczną datą zobaczyłam dwie kreski na teście! Niedowierzanie.. staraliśmy się bardzo krótko, może trzy miesiące, a ja przygotowana byłam na długą walkę - pół roku wcześniej miałam operację obu jajników, cysty, niestety endometriozalne. Do tej pory słyszę w głowie słowa lekarki: "Życzę Pani, by miała Pani dzieci" A tu dwie kreski! No i ten sen... W połowie lipca śniło mi się, że jestem w domu u rodziców. W pokoju na łóżku leżało malutkie dziecko, chłopiec. Wiedziałam, że jest mój i na mnie czeka, i że nigdy więcej nie wypuszczę go z ramion. Pamiętam, że obudziłam się bardzo wzruszona i pomyślałam,że chciałabym poczuć to w rzeczywistości. Mniej więcej wtedy właśnie zaszliśmy w ciążę..
Od 6 lat mieszkamy za granicą, obecnie w Cork w Irlandii. O porodach domowych słyszałam jeszcze przed wyjazdem, ale nigdy nie interesowałam się głębiej tym tematem. W trzecim miesiącu ciąży poszłam na babskie spotkanie i jedna z dziewczyn, Joasia, powiedziała mi, że rodziła tu w domu. Zasiała ziarenko. Póżniej spotkanie z Marią, doulą, która także urodziła dwoje dzieci w domu. I rozmowy z Karoliną, moim "dobrym duchem ciążowym" i nagle okazało się, że wiele z mam z dawnego przedszkola steinerowskiego, w którym razem pracowałyśmy rodziło w domu. Maria dała mi numer telefonu do położnej i kazała dzwonić natychmiast. Pozostało przespać się z tematem i porozmawiać z Jackiem. O dziwo Jacek, po wysłuchaniu argumentów, stwierdził, że możemy spróbować. Byłam zaskoczona, bo myślałam, że będę musiała go przekonywać, a tu okazało się, że to ja miałam więcej wątpliwości (tak tez zostało do końca ciąży).
Spotkanie z Mary, naszą położną, było długie, pełne pytań i rozwiewania wątpliwości. Ale od początku wiedziałam, że jesteśmy w najlepszych rękach. Mary ma ponad 30 lat doświadczenia, odebrała kolo tysiąca porodów, powiedziała nam, że chyba widziała już wszystko, czego można w tym temacie doświadczyć. No i ta energia.. Niesamowita, ciepła, piękna osoba. Mieliśmy kilka dni na decyzję, ale tak naprawdę już wiedzieliśmy. Wracając od niej na niebie pojawiła się długa tęcza: wzięłam to za dobry omen. TAK! Muszę tu dodać, że w Irlandii rodzenie w domu, nie jest bardziej popularne niż w większości krajów europejskich. Wręcz uważane jest za fanaberię. Ale Cork ma najlepiej działający system opieki porodów domowych w całym kraju (na bazie którego obecnie pracuje się nad opracowaniem systemu krajowego). Cztery położne współpracujące ze sobą, do tego mające bardzo dobre relacje z tutejszym szpitalem, więc jeśli pojawiają się jakiekolwiek komplikacje, czy to w ciąży czy podczas porodu, twoja położna jest zawsze z tobą. Do tego cała opieka jest refundowana i bezpłatna. Położna prowadzi cię przez całą ciążę (koło 10 spotkań) razem z lekarzem ogólnym i również dba o ciebie po porodzie.
Reakcje na nasz pomysł były różne. Nie do końca chyba chcieliśmy, żeby wszyscy wiedzieli, że chcemy rodzić w domu ale wiadomość rozniosła się sama. Z jednej strony dostaliśmy wsparcie, z drugiej zdziwienie, a i nie obyło się bez sprzeciwów, szczególnie lekarzy. Ja bałam się porodu jako nieznanego doświadczenia i byłam podatna na sugestie, stąd w pewnym momencie przestałam na ten temat rozmawiać. Posiłkowałam się książkami: przede wszystkim Iny May (guru!), Preeti Agrawal, i wszystkim innym co wpadło mi w ręce na temat dobrych porodów. Postanowiłam tylko nie mówić nic Mamie, wiem, ze bardzo by się stresowała.
Cała ciąża przebiegała wzorowo. Starałam się być aktywna, chodziłam na zajęcia jogi, pracowałam do ostatniego miesiąca. Przeczytałam wszystko, co mogłam znaleźć na temat porodu. Chciałam być jak najlepiej przygotowana, tym bardziej, ze miałam świadomość, że doświadczenie to pamięta się do końca życia. Mniej więcej trzy tygodnie przed terminem okazało się, że Olivka będzie raczej dużym dzieckiem. Lekarka prowadząca ciąże domowe miała wątpliwości, czy powinnam rodzić w domu, bała się, że może być problem z wyjściem ramionek. Moja położna nie podzielała obaw, ale w takiej sytuacji musiała podporządkować się decyzji lekarki (bez zgody lekarza prowadzącego nie można rodzić tu w domu w systemie refundowanym). Usg potwierdziło, że Maluszek będzie ważył około 4 kilogramów. Ponieważ to pierwszy poród lekarka stanowczo doradzała, żebym na ostatnią jego cześć przyjechała do szpitala. Zgodziłam się. Mary zapewniała, że będzie z nami więc w dalszym ciągu czułam się bezpiecznie.
Doszliśmy do szacowanej daty porodu. I nic. Wiedziałam, że Olivka najprawdopodobniej urodzi się po terminie, bo większość dzieci w mojej i Jacka rodzinie przychodziło dwa tygodnie "po dacie". Mijały kolejne dni, chodziłam regularnie na usg sprawdzające stan wód, spotykałam się z Mary, wszystko było w najlepszym porządku. Stres pojawił się we wtorek, kiedy doszłam do jedenastego dnia po terminie. To ostateczna data, w której trzeba pojawić się w szpitalu na wywołanie porodu, w tym kraju. Na szczęście w systemie domowym można przesunąć ją do dni czternastu. Młoda lekarka, która akurat była wtedy na dyżurze nie była z tego powodu zadowolona. Podczas rozmowy stanowczo mówiła mi o pojawiającym się ryzyku i wyznaczyła termin wywołania na za dwa dni, w czwartek po południu. Po wyjściu ze szpitala zadzwoniłam do Mary. Pamiętam, że czułam się bezsilna i wkurzona: oczywiście, że nie chciałam by coś złego stało się Małej, ale czułam się wrzucona w tryb i system szpitala, bez szansy na swoje zdanie, bo przy próbie sprzeciwu słyszałam zdania typu "wolimy pani gratulować narodzin niż współczuć". Mary uspokoiła mnie i zasugerowała olej rycynowy. Pierwsza dawka dziś wieczorem. Miałyśmy dwa dni.  Olivko prrroszęęę!
Pierwszą dawkę oleju wzięłam o szóstej wieczorem. Rewelacje żołądkowe trwały do późnej nocy, ale nic poza tym. Kolejnego dnia dałam Mary znać, że owszem, miałam skurcze jelit, ale nie poruszyło to macicy w żaden sposób. Zasugerowała znowu kolejną dawkę wieczorem, podwójną. Tak tez zrobiłam, to była ostatnia szansa. Wzięłam olej o 6 wieczorem. Szybko pojawiły się lekkie skurcze, takie jak dzień wcześniej. Powoli, powoli się nasilały. Jacka nie było w domu, spędzałam czas głównie w toalecie. Zauważyłam czerwony śluz i zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie odszedł czop śluzowy. Nie brałam tego faktu, jako początku porodu, czytałam, że czop może odejść kilka dni przed rozpoczęciem akcji. Mary zadzwoniła po 8 zapytać o sytuację. Odpowiedziałam, że wszystko dobrze, skurcze lekko mocniejsze niż dzień wcześniej, co osiem, dziesięć minut, ale nic się nie dzieje. Zasugerowała, by założyć elektrody blokujące ból TENS na plecy, jeśli skurcze się nasilą i tak przespać noc. Czekając na Jacka, siedziałam na piłce do rodzenia, szukałam czegoś w necie i relaksowałam się. Skurcze przychodziły i odchodziły, ale nawet przez moment nie przeszło mi przez myśl, ze to JUŻ! 
Miałam w głowie wizję, że gdy zacznie się poród, to naprawdę będzie boleć przynajmniej tak, jak bolały mocne skurcze miesiączkowe. W międzyczasie zadzwoniłam do Karoliny, tak pogadać o niczym i pytać jak wyglądał jej początek porodu, bo ja mam skurcze co kilka minut, ale nie bolące tak bardzo (!!!). Karolina śmiała się poźniej, że ona wiedziała o rozpoczęciu się akcji i myślała, że dla mnie to oczywiste, że też wiem. A ja w błogiej nieświadomości, że przecież to ten olej rycynowy i to skurcze jelit... Jacek wrócił do domu przed 11 w nocy. Powiedziałam mu o skurczach i poprosiłam o założenie elektrod. I tak spędziłam kolejną niespełna godzinę na piłce, próbując leżeć w łóżku lub siedząc na toalecie. Bóle bardzo się nasiliły. W pewnym momencie nie było już przerw między nimi a ja przestawałam dawać sobie radę z sytuacją. W płaczu poprosiłam Jacka, by zadzwonił do Mary i zapytał co robić: w sensie czy ten cholerny olej rycynowy musi tak boleć, bo ja już nie chcę! Ciągle nie zdawałam sobie sprawy, że ja rodzę! 
Położna stwierdziła, że zaraz przyjedzie. W międzyczasie w toalecie zobaczyłam krew i na serio się wystraszyłam, czy wszystko ok z Małą. Za chwilę odeszły mi wody. Na szczęście Mary już wchodziła. Spojrzała na mnie i zapytała, czy chciałabym użyć gaz i po podaniu mi dawki zbadała mnie. Natychmiast wezwała karetkę. Już po wyjściu ze szpitala, gdy rozmawiałyśmy o porodzie powiedziała mi, ze wówczas miałam 5 cm rozwarcia! Imponujący wynik w cztery godziny (myślę, że w dużej mierze przez siedzenie na piłce i na toalecie)! Panowie ratownicy byli na serio wystraszeni, że będą musieli przyjąć poród w karetce i zaczęli trochę panikować. Nie pozwoliłam się ubrać (byłam w samej bieliźnie), za bardzo bolało, więc Jacek zarzucił tylko na mnie koc i tak wyszliśmy. Ratownicy chcieli mnie położyć na łóżku w karetce, ale nie było takiej opcji z mojej strony. Pamiętam, że przyjęłam pozycję na czworaka i powiedziałam im, że mi jest wygodnie i możemy tak jechać. Myślę, że rozbawiło to Jacka i Mary, ale panowie trzymali się procedur, kazali mi zejść i ostatecznie usiadłam na fotelu zabierając miejsce Jackowi, który dojechał później. W szpitalu byliśmy w kilka minut, jakoś doszłam do sali porodowej. 
 Dalej już nie pamiętam wiele. Jacek mowił, że kiedy wszedł stałam koło łóżka. Mary wspominała, że miałam założone pasy od KTG do badania tętna Małej przez całą akcję porodową, czego nie zarejestrowałam. Po porodzie uświadomiłam sobie, ze miałam też elektrody na plecach, których nie czułam. Mam jakieś przebłyski świadomości tylko. Wiem, że jedyną pozycją na łóżku, ktorą przyjęłam była pozycja na czworaka. Skurcze były bardzo intensywne, przestawałam sobie z nimi radzić, bo nie miałam przerw na oddech. Następowały jeden po drugim, prawie bez przerwy i to jeszcze od momentu, kiedy byliśmy w domu. Prosiłam o środek znieczulający, Mary zwlekała, czekała, wiedziała, że będę wdzięczna, jeśli nie poda mi epiduralu. Poza tym akcja rozwijała się naprawdę szybko, a znieczulenie zwolniłoby ją i mogły się pojawić komplikacje. Tak minęły prawie trzy godziny. Pamiętam wchodzące i wychodzące pielęgniarki, bardzo miłe zresztą. Zdziwione, że jestem 13 dni po terminie, bo nigdy nie widzą ciąż tak przenoszonych (Mary powiedziała mi pózniej, że w ogóle rzadko widzą pierwsze porody bez interwencji). Po kolejnej prośbie o znieczulenie Mary postanowiła, że idziemy usiaść na toaletę: jeśli to nie pomoże to dostanę środki przeciwbólowe. Pielęgniarki były zdezorientowane, nie rozumiejąc sytuacji wyszły. Długo nie mogłam usiąść, ale w końcu się udało. Doszłam do pełnego rozwarcia. "Dobra, wracamy rodzić" zarządziła Mary i wróciliśmy do sali. Jacek był cały czas ze mną i wszystko się udało również dzięki jego zaangażowaniu, motywowaniu i przytulaniu mnie. Samo parcie w moim mniemaniu nie trwało długo, ale pamiętam, że było bolesne. Czułam schodzącą główkę- w pewnym momencie Mary kazała mi jej dotknąć. Nie miałam siły, starałam się całą energię ukierunkować w wypychanie jej, ale czułam, że tak bardzo boli. Kolejny skurcz- połowa glówki na zewnątrz, kolejny- cała główka. I po kolejnym Olivka wyleciała na zewnątrz! Pamiętam chluśnięcie wód i uczucie ciałka wychodzącego na zewnątrz. I ulga! Zrobiłam to! Wzruszenie Jacka. Za chwilę płacz Małej. I dostałam ją na pierś. 
Mary zgasiła światło, pozwoliła nam na intymność. Jacek przeciął pępowinę, gdy przestała pulsować. Po zważeniu Olivki (4150kg) i zastrzyku z witaminą K Jacek dostał ją na pierś. Ja musiałam urodzić łożysko, udało się po zastrzyku z oksytocyną. Później Mała wróciła do mnie na pierwsze karmienie. I zostawiono nas tak na godzinę na cieszenie się sobą. Koło 8 rano przewieziono nas na salę poporodową, ostatnie formalności i Jacek z Mary wrócili do domu (Jacek zdawał egzamin spawalniczy za kilka godzin!), a my zostałyśmy w szpitalu do wieczora. Po tym jak Olivka została sprawdzona przez pediatrę i miała test słuchu wyszłyśmy do domu w tej samej dobie. Całe doświadczenie szpitalne bardzo pozytywne. No i udało się nie stawić na wyznaczoną datę wywołania!  
 
Olivka z mamą Kamilą

 Mary opiekowała się nami jeszcze przez prawie trzy tygodnie po porodzie. Dbała o Olivkę i mnie równocześnie. Dużo rozmawiałyśmy o moim porodzie. Mimo pięknego doświadczenia miałam poczucie przejścia przez fizyczną traumę: przez fakt, że był to tak szybki i tak intensywny poród. Przez pierwszych kilka dni co chwilę wracały do mnie obrazy i uczucia. Pytałam Jacka i Mary co się działo, bo wyrzucałam z pamięci pewne sceny. Mary powiedziała mi również bardzo ciekawą rzecz: przez to, ze miałam szybki poród jest wysoce prawdopodobne, że w momencie, gdy zgłosiłabym się na wywołanie i zaaplikowano by mi oksytocynę, akcja mogłaby jeszcze znacznie przyspieszyć, poród byłby jeszcze szybszy (trzy, cztery godziny) i mógłby się skończyć nagłym cięciem cesarskim, bo Mała nie wytrzymałaby takiego tempa. Nie mówiąc o tym, że byłoby to kilka razy bardziej bolesne. Nie umiem sobie tego wyobrazić... 

Olivka z Mary- pierwsza kąpiel.

 Dla nas pomysł rodzenia w domu i uczestniczenie w tym programie okazało się być najlepszą decyzją jaką mogliśmy podjąć. Po czytaniu historii porodowych i słuchaniu przeżyć znajomych rodzących w szpitalu doceniam doświadczenie, które zostało mi dane. Mary była naszym Aniołem, przez całą ciążę, poród i opiekę w domu. Urodziłam sama, naturalnie, godnie. Dostałam tyle czasu, ile potrzebowałam: bez przyspieszania, srodków farmakologicznych, żadnych rutynowych procedur. Czułam się bezpiecznie, wiedziałam, że jestem w centrum sytuacji i wszyscy wokół są tam by mnie wspierać. Mogłam krzyczeć, płakać, być silna i słaba równocześnie, mieć momenty zwątpienia i być z siebie super dumna. Wszystko dzięki Mary i Jackowi. 
Życzę każdej z nas, by miała szansę w taki sposób przeżyć ten niesamowity czas! Kamila :)

Autorka: Kamila.  Zdjęcia z archiwum domowego.
Dziękuję Kamilo <3



środa, 10 września 2014

Jak rodziła się Noemi...

 Dziś kolejna porodowa opowieść, która czekała na publikację, aż skończą się wakacje , również blogowe ;) . Przepiękna, o porodzie, oczywiście domowym, który dał siłę Mamie... Wraz z Sabiną "życzę tak pięknego porodu wszystkim Kobietom! " .   Poczytajcie, jak to było :)


Jej siła jest ze mną…
Pragnę podzielić się historią mojego domowego porodu. Noemi kończy niebawem trzy miesiące, poród był dla mnie naprawdę wspaniałym i pięknym przeżyciem.
Spisuję tę relację w malutkich kawałeczkach, w urywkach czasu między karmieniami i innymi obowiązkami. Pisząc przeżywam ten poród jeszcze raz, piszę dla siebie samej, dla moich dzieci, także dla wszystkich kobiet rodzących kiedyś i w przyszłości, które być może wahają się, lękają porodów, macierzyństwa..
Być może ta historia może doda komuś inspiracji i odwagi
.
Wszystko zaczęło się w ubiegłe wakacje, późnego lata pewna dziewczyna dzieli się ze mną opowieścią o swoim domowym lotosowym porodzie. Jestem już wtedy mamą energicznego i dziarskiego dwulatka, nie planuję na razie kolejnego dziecka. Jednak gdy Joasia opowiada o tym porodzie w domu, o swojej spokojnej córeczce, o pępowinie której pozwolili samej odpaść po tygodniu – czuję poruszenie i zazdrość. Kiedy ja rodziłam Tadzia, w szpitalu – tak w pełni spokojnie nie było. Był początek w domu, a potem szpital i efekt izby przyjęć, światło jarzeniówek, męczące KTG, stres, napięcie, oksytocyna, leżenie na plecach, nacinanie, trudny pobyt na oddziale noworodkowym. Mimo przyjmowania porodu przez świetną zaprzyjaźnioną położną – czegoś mi w tamtym porodzie brakowało. Pełnego kontaktu ze sobą i własną mocą.  Coś mi się wydaje, że sama też niedługo zostaniesz mamą – mówi mi wtedy, rok temu, z uśmiechem Joasia. Ewa, cudownie mądra kobieta, wtedy też mówi mi to samo – że coś Jej się widzi, iż wkrótce chyba będę miała dziecko. Jak to, teraz? Wątpliwości czy to ten czas, ten moment, te okoliczności. Proszę o czas na zmierzenie się z innymi trudnościami. Mam pełno wątpliwości. Nie czuję się wcale wystarczająco dobrą matką dla Tadeusza, mojego synka. Jednocześnie ciągle jeszcze w pieluchach i w biegu.

Niespełna dwa miesiące później dopadają mnie nudności przy szykowaniu obiadu. Krojąc kolendrę, mdli mnie i już mi się przypomina początek pierwszej ciąży. Nie jest to „idealny” moment. Wątpliwości, niepewność. Dwa dni później odbieram wynik testu. Pozytywny. Czuję zaskoczenie i radość. Obawy słabną. Kiedy zresztą miałby być ten „idealny” czas? Zaraz po odebraniu wyniku mam plamienie, boję się że stracę ciążę. Przeżywamy tę obawę razem z moim mężem – Michałem. I znowu, mądre odważne kobiety- Magda i Renata - dają mi wsparcie, moc, uspokajam się. Nazajutrz lekarz potwierdza ciążę. I już się tego trzymam.
Pierwsze tygodnie ciąży były trudne. Zmęczenie, nudności, mogę właściwie całymi dniami spać. Chudnę bardzo, dużo wymiotuję. Jednocześnie mam wrażenie, że moje ciało właśnie tego bardzo potrzebuje, bardzo intensywnego oczyszczenia. Czuję się dokładnie tak jak podczas głodówki. Przewala się przeze mnie i wypływa na wierzch mnóstwo emocji do odpuszczenia, wyczyszczenia, przebaczenia w wielu relacjach. Ciało ciągle mnie prowadzi do środka, do wnętrza, odpuszczam ambicje, chodzenie do pracy, skupiam się na sobie.  W powrocie do siebie pomaga mi praca z emocjami, z oddechem. Mój organizm akceptuje właściwie jedynie dietę sokowo-kaszowo-warzywną, takie zdrowe przyzwyczajenie mi dzieciątko narzuca.  Dopiero gdzieś w połowie ciąży - nudności mijają, wraca energia, mam ochotę wychodzić do świata, wracam do pracy. 
Już od początku ciąży mam przeczucie, że tym razem będę mamą córeczki. W snach i medytacjach przychodzi piękna i mądra dziewczyna. Jednocześnie wracają wspomnienia pierwszego porodu i napływają myśli – a gdyby tak urodzić w domu, bez procedur, towarzystwa nieznanych osób?
 I jak na wezwanie zewsząd napływają do mnie idee i inspiracje – od przyjaciela Tomka, którego córeczka Gaja przyszła na świat w domu; wciąż trafiam też na dobre historie porodowe, wartościowe blogi i książki. Czytam wszystko, co możliwe na temat rodzenia w domu. Pracuję z emocjami, nastawieniem do porodu, w modlitwach proszę o poród łagodny dla mojego ciała i bezpieczny dla maleństwa. Wracam do Mamy by dopytać jak było kiedy mnie rodziła. Okazuje się, że urodziła mnie w krótkim czasie, po niewielu skurczach, przyszłam na świat spokojna i uważna. Wszystkie te informacje osadzają mnie i uspokajają. Nawiązuję kontakt z położną, którą znam z pierwszego porodu. Sprawdzamy co i jak, jakie trzeba zrobić badania. Umawiamy się, że przygotowujemy się na poród naturalny, ale bez spinania się że musi być w domu – zobaczymy jak wyjdzie. Takie podejście mi wystarcza i odpowiada. Robię wszystko, co w mojej mocy by jak najlepiej się przygotować do domowego porodu, resztę powierzam Opatrzności. Ufam intuicji własnej i położnej, ale też jej fachowości. Ufam sobie i swojemu ciału.


 Mijają miesiące. W ostatnim trymestrze cudownie służy mi i relaksuje masaż Lomi Lomi. W końcu zostaje kilka tygodni do terminu. Spotykamy się z położną u nas w domu, Ona zaczyna od pytań do mojego męża – jak On ma się z tym żeby dzieciątko przyszło na świat właśnie w domu. Podoba mi się jej stanowczość i to, ze sprawdza także jego punkt widzenia. Czuję się bezpiecznie. Michał jest pełen dobrej energii, ma dobre przeczucia. Cieszy się, że będzie z nami cały czas, także już po porodzie. Siedzimy przy stole i planujemy. Lista spraw jeszcze do załatwienia. Atmosfera optymizmu. W końcu ustalone – umawiamy się na domowy poród, z zastrzeżeniem, że jeśli cokolwiek pójdzie niepewnie, pojawi się lęk, albo odejdą zielone wody – położna musi wiedzieć o wszystkim i w razie czego jedziemy do szpitala. Wszyscy mamy czuć się pewnie i bezpiecznie – to warunek.
Przygotowujemy dom, sprzątamy, sadzę kwiaty. Kilka dni przed terminem ogarnia mnie jeszcze totalne „wicie gniazda” – sprzątanie, zmiana obicia kanapy. Nagle w piątek wieczorem stwierdzam, że muszę, po prostu muszę mieć przed narodzinami nowy duży wygodny stół kuchenny, tak żeby cała rodzina się zmieściła. Nazajutrz razem z Tadkiem i Michałem jedziemy na wspólne śniadanie, celebrujemy ostatnie chwile tylko we trójkę i wybieramy stół, jest piękny! Mój mąż skręca go do późnej nocy, coś mi się zdaje, że wywieram na nim lekką presję.. Krzątamy się do późna, ja czuję się już inaczej. Blisko porodu. Idziemy spać. Nazajutrz gotuję jeszcze lekką zupę jarzynową i już czekam. Termin mam w okolicach Dnia Matki, dwa dni później jest nów księżyca – czuję, że to będzie mniej więcej wtedy, zgodnie z moim cyklem. Lada dzień. Przed porodem boję się najbardziej tego, że zgubi mnie brak wiary we własne siły, że zacznę narzekać w trakcie - że boli, że już nie mogę, że poczuję się bezsilna i się w tym pogrążę. Wiem, że to samonakręcająca się spirala. Dzielę się tym z Michałem, proszę by przypominał mi, jaka jestem dzielna, gdybym zaczęła narzekać.
Zaczyna się nazajutrz po Dniu Matki, od rana czuję się inaczej, mam napięcie w podbrzuszu jak na okres i nie mam apetytu. Ciało oczyszcza się. Ciekawi mnie czy to już. Mój synek ma tego dnia popołudniu występ z okazji Dnia Mamy w przedszkolu, wiem że to przeżywa i długo się do niego przygotowywał. Chciałabym dotrzeć na występ, a jednocześnie mam już ochotę zagłębiać się w sobie. Słucham sobie piosenek Bajmu, „Jej siła jest ze mną” nucę, czuję kontakt z moją córeczką, mam się dobrze i bezpiecznie. ”Miłość, czy Ty wiesz co znaczy mieć w sercu Jej blask” – śpiewam dla Noemi. Michał wraca z uśmiechem wcześniej z pracy, jeszcze zjadamy lekki obiad razem. Jestem pewna, że to już. Śmiejemy się, że dziecko ma już dość słuchania na okrągło Bajmu i że postanowiło wyjść z brzuszka. Kiedy odpoczywam i leżę tak jak radziła położna, nagle słyszę takie „pyk” i czuję, że pęka pęcherz płodowy. Wstaję i odchodzą wody – sprawdzamy, że są czyste. Radość, dzwonię do położnej, która jeszcze jest na dyżurze w szpitalu.
Zaraz mój synek zaczyna występ – jednak dzisiaj obejrzy go w moim zastępstwie Babcia Kwadrans po odejściu wód czuję pierwszy skurcz, trwa długo, wyraźnie czuję jak przechodzi przez całą macicę. Czuję się gotowa i już skupiam się tylko na tu i teraz. Oddycham do skurczów całą sobą i – udaje się. Ból znika i staje się po prostu silnym doświadczeniem. Nie z każdym skurczem mi się to udaje, ale wzmacnia mnie poczucie, że pracuję ze skurczami i panuję nad tym, na co mam wpływ.
Przerwy między skurczami są po prostu błogością, kiedy po prostu cieszę się, że jestem i nic nie boli. Dzwoni położna sprawdzić jak często i jak długie są skurcze. Wchodzę w jakiś inny wymiar czasu. Michał się jeszcze krząta po domu, przygotowuje podkłady i rozpala w kominku. Cieszę się, że w domu jest żywy ogień w czas porodu. Potem przychodzi do mnie mąż, a jednocześnie za oknem nagle grzmoty, burza z wielką ulewą. Śmiejemy się, że drugie imię Noemi to „Zrodzona w burzy”. Skurcze są coraz silniejsze i częstsze, ale mam poczucie że wcale nie jest najgorzej. Buczę sobie w ten ból jak stary Indianin i to mi pomaga. Po jakiejś godzinie od pierwszego skurczu czuję potrzebę wejścia do wody. Ciepła woda nasila intensywność skurczy, jednocześnie łagodzi ich odczuwanie.
Po jakiejś godzinie w wannie zaczynam się niepokoić – akcja coraz bardziej przyspiesza, a ja czuję, że dziecko jest już naprawdę bardzo nisko. Michał dzwoni do położnej – jest już w drodze do nas, wyrusza też druga położna, która ma bliżej. Mam już wyjść z wanny, co robię z pewną niechęcią. Ciężko mi już dojść do łóżka o własnych siłach. Zaczynam narzekać. Michał kochany uśmiecha się i mówi, że mi przygotował miejsce i że zaraz się wygodnie ułożę. Jego życzliwość mnie wzrusza, wstyd mi tak narzekać, gdy widzę jak się o mnie troszczy. Kładę się i czuję parte skurcze, nad którymi nie mam już żadnej kontroli. Po prostu moje ciało wypycha dziecko zupełnie samo, bez mojego udziału. Czuję się bezradna, nie wiem co robić, nie jestem pewna czy mogę już przeć. Nie dowierzam, że mogłabym mieć już rozwarcie, po zaledwie 2,5 godzinach porodu. Jednocześnie – jak na zawołanie - akcja spowalnia i przerwy między skurczami wydłużają się.
Podczas jednego ze skurczów czuję jak główka dziecka przeciska się przez moją miednicę. Wydzieram się już jakby mnie obdzierali ze skóry, a jednocześnie się cieszę, że poród idzie do przodu. Puszczam kontrolę. Za oknem rozpogadza się.
Zjawia się życzliwa i pełna ciepła Położna, jawi mi się jak piękny dobry anioł. Wnosi świeżą energię do pokoiku, Jej lekkość udziela mi się i zyskuję nowe siły. Szybko się poznajemy – sytuacja chyba jedyna w życiu, gdy podaję rękę nieznanej chwilę wcześniej kobiecie, a już za chwilę dzielimy intymny świat porodu, towarzyszy mi w sytuacji granicznej dla mnie. Po badaniu mówi mi – możesz poprzeć. Jestem zaskoczona że to już, że tak szybko doszłam do pełnego rozwarcia. I zaczynam przeć. Nie mogę sobie znaleźć pozycji, szukam miejsca. Położna mówi mi, że główeczka Noemi już jest bardzo bliziutko – faktycznie, dotykam jej, jest jak skórka brzoskwinki. Proponuje zmienić pozycję. Wkracza na to położna Ania –pełna energii, ciepła, bije z niej moc. Gdy Ją widzę zdaję sobie sprawę, że brakowało mi Jej obecności. Udziela mi się energia wszystkich osób w pokoju. Uwaga wszystkich jest skupiona na tym, żeby bezpiecznie urodzić i przyjąć Noemi. Ania pyta – Jak, gdzie chcesz urodzić? Nie wiem – odpowiadam, bo ja naprawdę nie wiem, jestem teraz poza umysłem. Jestem bólem, jestem skurczem, jestem błogością kiedy nie boli.
Położne proponują pozycję w kucki. Michał wsparty na łóżku jest dla mnie jak fotel. Przez jeden –dwa skurcze nie mogę się odnaleźć. Odpływam w przerwach miedzy skurczami, odpoczywam. Krzyczę z całych sił i te krzyki dodają mi mocy. Dobrze, mówi położna, pokrzycz jak czujesz że Ci pomaga. Dziewczyny są jak tandem, uzupełniają się.
Położna mówi, bym postawiła całe stopy na ziemi – okazało się, że kucając bezwiednie opierałam się na palcach. Staję na Ziemi pełnymi stopami i już… poszło, 2 skurcze i już, po prostu już. Noemi już jest z nami! Nasza słodka Noemi.

Potem Noemi ląduje u mnie na piersi, jest cudowna, spokojna, wyciszona. W ogóle nie krzyczy, patrzy pięknymi oczyma. Skórkę ma gładką i wygląda na wypoczętą. Patrząc na Nią, czuję się cudownie, już zapominam o wysiłku. Dziewczyny czekają jeszcze na łożysko, wszystko w porządku, pełnia radości. I tak zostaję z Małą na brzuchu ponad 2 godziny na łóżku, nikt nam nie przeszkadza, nie odcinamy pępowiny. Michał parzy kawę, ja dostaję słodką herbatę. Położne bardzo dokładnie oglądają łożysko, wszystko gra, jest w całości. Jak się okazuje, nawet nie popękałam, skończyło się na otarciu naskórka. Dziewczyny idą potem pić kawę, a my zostajemy z córeczką na brzuchu. Niesamowity czas. Maleńka na początku nie chce ssać, przytula się tylko. Po prostu sobie jest, śliczna i maleńka.



Po ponad dwóch godzinach odcinamy pępowinę – przestała tętnić. Noemi przyjmuje to spokojnie. Łożysko zachowujemy z zamiarem posadzenia drzewa. Potem wstaję i ze zdziwieniem o własnych siłach wędruję pod prysznic. Położne w tym czasie badają maleńką. Są jak dobre anioły, dbają o wszystko. Potem nas zostawiają i kładziemy się już po prostu razem spać.. Wcześniej zjadam jeszcze pół sporej chałwy.
Nazajutrz przyjeżdżają do nas obie Mamy i Tadeusz. Celebrujemy narodziny. Maleńka śpi, budzi się na karmienia. Ja odsypiam, odpoczywam. Kominek rozpalony, bije z niego ciepło, dziecko śpi tuż obok. Jest cudownie i jestem dumna z siebie, że tego dokonałam, urodziłam maleńką własnymi siłami! Wszystko odbyło się spokojnie i bezpiecznie. 
Wiem, że ten dobry i bezpieczny poród był rezultatem całego wsparcia i oddania, jakie dostałam i Miłości jakiej doświadczyłam w trakcie całej ciąży. Córeczka jest bardzo zrównoważona, spokojna. Ma piękny uśmiech i jasno daje znać o swoich potrzebach. Cieszę się, że mogłam dać Jej tak harmonijny i dobry poród, dzięki temu sama doświadczyłam własnej mocy. Dziękuję za to bardzo! Życzę tak pięknego porodu wszystkim Kobietom!

Sabina z Noemi



 Autorka tekstu: Sabina, zdjęcia z archiwum domowego autorki.
Dziękuję Sabino :)

sobota, 6 września 2014

Powitanie Bobka, czyli jak urodziłam Trolla

Dzisiaj opowieść, która troszkę czekała na publikację... Przepraszam za wakacyjne lenistwo <3

Cudny poród, który na skutek medyczno-systemowych okoliczności musiał odbyć się w domu bez asysty.  Rodzice bardzo porządnie przygotowali się do tego samodzielnego przyjęcia
. Trzymałyśmy  za ten poród mocno kciuki na jednej z grup fb, wysyłałyśmy kobiecą moc, aby wesprzeć Mamę. Nie mogło więc być inaczej, niż przepięknie i oczywiście domowo. Przeczytajcie relację porodową Eli, a na końcu czeka niespodzianka ;)


Lekarz roztaczał przede mną czarne wizje przenoszonej ciąży i miliarda komplikacji przy porodzie.
Wciskał skierowanie do szpitala i próbował zmusić, żebym dała poród wywołać. W końcu według jego obliczeń ciąża miała już 43 tygodnie.
Byłam pewna, że się myli i że jest dopiero 41 tydzień, więc spokojnie robiłam swoje. Czyli co? Czekałam czytając kolejny raz te same książki o porodach domowych. Czekało nas podwójnie ważne zadanie. Powitać na świecie trzecie dziecko i do tego zrobić to bez fachowej pomocy.

Byłam wielu rzeczy absolutnie pewna od samego początku, dlatego spokojnie przyjmowałam kolejne dni oczekiwania. Jednak nie tak spokojnie już przyjmowałam trollowanie przez moje dziecko. Najpierw Bobek obrócił się pupą do świata. Lekarze nie chcieli mi pomóc w obróceniu maleństwa, bo oczyma wyobraźni widzieli już cesarkę. Jakoś udało mi się go namówić na właściwe ułożenie. Przyjmowałam pozycję żaby, głaskałam bobasa przez brzuch i namawiałam do obrotu.

 Poprzednie dzieci rodziły się w pełnię, to postanowiło wyłamać się ze schematu i urodzić się później. Jednak żeby mi nie było za łatwo Bobek postanowił wywołać dwa „fałszywe alarmy”. Już wtedy tata przemianował Bobka na Trolla.

Czekałam więc na mojego synka planując poród, szyjąc mu pościel i gromadząc miliard innych ważnych rzeczy. Zgromadziłam muzykę do porodu, kupiłam moje ulubione kadzidełka, rozstawiłam świece, żeby dzieciątko nie rodziło się przy pełnym świetle… Jednym słowem wicie gniazda pełną parą.

W piątek 18 kwietnia Bobek zażartował sobie ze mnie trzeci raz. Cały wieczór miałam skurcze, ale kiedy tylko weszłam do wanny wszystko się zatrzymało i nie wróciło. Śmiałam się, że Bobek czeka na wielkanocną wyżerkę, koleżanki dokładały, że przygotowuje się do sobotniego malowania jajek
W sobotę wyspałam się za wszystkie czasy i nawet dwoje skaczących po domu dzieci nie dało rady obudzić mnie przed dziesiątą. W końcu najstarszy syn postanowił jęcząc wymóc na mnie podniesienie się i pomalowanie jajek. Wypiłam kawę, dobudziłam się do końca, ugotowałam jajka do malowania, spojrzałam na zegarek i nadszedł pierwszy skurcz.

Dokładnie w południe Bobek postanowił o sobie przypomnieć. Byłam pewna, że znów robi sobie z mamusi żarty więc zagotowałam wodę, rozrobiłam barwniki i zaczęliśmy zabawę. Pół godziny później byłam pewna, że tym razem, to nie żarty i poprosiłam męża, żeby córkę odprowadził do dziadków. Krótko po jego telefonie przyszła babcia i sama zabrała Zosię, a my we troje z mężem i Robertem dalej malowaliśmy jajka. W przerwach między skurczami wkładałam i wyjmowałam jajka z barwników i starałam się nie okazać synowi zniecierpliwienia, bo powoli ból stawał się coraz większy. Obiecałam mu, że zrobimy te jajka i nie mogłam tak w połowie powiedzieć, że mam dość.

W końcu nadszedł upragniony moment, kiedy skończyliśmy i mogłam wysłać syna do dziadków. Musiałam go jeszcze przekonać, że bardziej przyda się babci przy opiece nad Zosią niż mnie przy rodzeniu Bobka. Aż do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy pozwolić mu zostać. On bardzo chciał, ale kolejne skurcze przekonywały mnie, że chcę ciszy, spokoju i jak najmniejszej liczby osób. Syn w końcu zgodził się pójść do dziadków, ale musiałam mu obiecać, że jak tylko urodzę, to po niego zadzwonię i będzie mógł przyjść od razu do nas. Obiecałam i z westchnieniem ulgi, bo akurat skończył się kolejny skurcz przyjęłam chwilę, kiedy mąż zamknął drzwi na zamek. Zostaliśmy sami, a na drzwiach od zewnątrz zawisła kartka dla sąsiadów, że właśnie rodzę, przepraszam za hałasy, niech poczęstują się cukierkiem i idą do domu.

I od tego momentu przekonałam się, że całe moje planowanie, to tylko pobożne życzenia.  Muzyka do porodu pomagała mi bardzo i choć ból był coraz silniejszy tańczyłam i śpiewałam (o ile można nazwać tańcem kiwanie się ogromnego słonia i jego pojękiwanie w trakcie skurczów ). Ktoś te dźwięki nazwał wokalizacją, a ja podczas kolejnego skurczu usłyszałam sama siebie i przed oczami stanął mi ranny mors. Zapaliłam kadzidełko, ale okazało się że jego zapach nagle jakoś potwornie mnie drażni i dusi. Zarządziłam wietrzenie, bo nie mogłam oddychać. Krążyłam po pokoju podrygując, lub opierając się o stół i wydając dźwięki rannego morsa, co za każdym razem mnie niezmiernie bawiło. Śmiech jako reakcja całkowicie poza kontrolą. Uświadomienie sobie tego wywołało kolejną falę radości. Piłka do skakania leżała w kącie, bo wystarczyło, że na nią spojrzałam, i od razu ból wydawał mi się większy.

Około 14 skurcze były już na tyle silne, że postanowiłam wejść do wanny. Wiedziałam, że to potrwa, więc włączyłam radio i ulokowałam się w wannie, która nagle okazała się za mała, za płytka, niewygodna, za to ciepła woda dawała ulgę i to było najważniejsze. Pamiętałam poprzednie porody i byłam w stanie określić rodzaj skurczy. Zamknęłam się sama w łazience i starałam się czytać książkę między skurczami. Nie udawało się więc skupiłam się na radiu. Chciałam posłuchać jakiejś przyjemnej muzyki. Okazało się, że syn przestawił stację na RMF, a ja nie miałam już siły wyjść z wanny i szukać czegoś innego. Pal licho niech leci jakieś disco błysko, byle grało. O 15 zawołałam męża, żeby spytać, czy ma przygotowany aparat i zlecić ogarnięcie do porodu łóżka. Wyliczyłam między kolejnymi skurczami gdzie co leży, co ma gdzie położyć…

Nie udało mi się skończyć zdania, bo odeszły mi wody. Nadal mam jeszcze dużo czasu – pomyślałam, bo odejście wód jeszcze o niczym nie świadczy. Skurcz za skurczem sprawiały, że powoli miałam już dość bólu. Przy każdym kolejnym skupiałam się na tym, czego się nauczyłam. Nie napinać mięśni, nie zapierać się nogami o brzeg wanny, starać się rozluźnić twarz, skupić się na dziecku. Starałam się pamiętać o tym wszystkim i jakoś o dziwo mi się to udawało. Czułam kontrolę nad swoim ciałem, ale tylko od wewnątrz. To co działo się na zewnątrz było zupełnie poza mną. Zorientowałam się, że mąż nie wyszedł z łazienki, za to „wisi” nade mną oczekując na coś. Na co? Nie wiem, zapomniałam co mówiłam. Zupełnie nie zauważyłam, że podczas jednego ze skurczy szarpnęłam głową do tyłu nabijając sobie guza o ścianę, mąż spytał mnie czy rzeczywiście chcę słuchać audycji o Janie Pawle II…

Co? Jaka audycja? Kit z radiem, niech się tam wydziera co chce. Ja tu rodzę! Nie dotykaj mnie!!! Uświadomiłam sobie, że nie odzywam się, za to mężowi dałam po łapach, żeby nie dotykał mojego kolana Skupiałam się na Bobku. Czułam jak powoli w trakcie skurczu przesuwa się i odpycha nogami. To było magiczne i niesamowite. Czułam jak moje maleństwo pomaga mi i sobie. Chyba powinnam już wyjść – pomyślałam w trakcie wyjątkowo silnego skurczu. Znów porównałam poprzednie porody i przypomniałam sobie, że chwilę przed skurczami partymi pojawiał się ból z tyłu pleców, a wzdłuż kręgosłupa przechodził mi „prąd”. Tym razem jednak miało być inaczej. Skurcz płynnie zmienił się w party a ja zdziwiona zakomunikowałam mężowi: Wychodzi.

Ja z wanny nie wychodzę, dziecko wychodzi. Niesamowite uczucie kontrolowania skurczy. Czułam, że chcę przeć, ale nie poganiałam malucha. To on musi mi narzucić tempo, to on decyduje jak szybko pojawi się na świecie. Czułam jak maleństwo podczas skurczu przesuwa się coraz bliżej i bliżej. Jeden skurcz, drugi, a przy trzecim wyszła główka. Chwilkę potem poczułam jak obraca się i bardzo mocno odbija się nogami. Wtedy pomogłam mu wyjść do końca.

Mąż ogarniał aparat, a ja tuliłam synka. Synka?

Ty mały trollu jesteś dziewczynką. Urodziłam kolejna modelkę, w szelkach z pępowinki. Mąż okrył ją pieluchą i stojąc nad nami dygotał ze wzruszenia. Magiczne i wspaniałe uczucie patrzeć na jego szczęście, na naszą spokojną i różowiutką córeńkę. Głaskałam ją i tuliłam popłakując z radości.

Pół godziny później urodziło się łożysko, przewiązaliśmy pępowinę i tym razem to ja ją odcięłam. Myślałam, że mąż będzie chciał zrobić to sam, ale uznał, że to ja powinnam, należy mi się Wziął małą na ręce a ja ogarnęłam się i poszłam do pokoju. Usiadłam  w fotelu i delektowałam się chwilą.

Ten cudowny i najwspanialszy moment, kiedy bierze się w ramiona swoje nowo narodzone dziecko jest najlepszy w życiu kobiety. Ja miałam to szczęście trzy razy i każdy z nich będzie moim najpiękniejszym wspomnieniem...

Trollusia kilka godzin po narodzinach
  

Autorka: Ela, zdjęcie z archiwum domowego autorki  

Dziękuję Elu 

ZBIÓR PRZYDATNYCH LINKÓW O KARMIENIU PIERSIĄ


Na grupie " Karmiące Cyce na Ulice " (FB), którą założyłam kilka lat temu i konsekwentnie prowadzę , bardzo często prosicie o linki do artykułów, na najcześciej pojawiające się tematy. Postanowiłam więc , że stworzę na blogu miejsce, gdzie umieszczę ważne linki, do których odsyłam Rodziców chcących wiedzieć więcej o KP, lub szukających odpowiedzi na nurtujące je pytania...



OGÓLNIE O LAKTACJI I KARMIENIU PIERSIĄ

FIZJOLOGIA LAKTACJI


WYTYCZNE ORGANIZACJI ZDROWIA
KARMIENIE PIERSIĄ W STANDARDZIE OPIEKI OKOŁOPORODOWEJ MZ
ZALECENIA MINISTERSTWA ZDROWIA 
KOMUNIKAT MINISTERSTWA ZDROWIA W/S ŻYWIENIA NIEMOWLĄT

SIATKI CENTYLOWE WHO DLA DZIECI KARMIONYCH PIERSIĄ 

WAGA DZIEWCZYNKI
WAGA CHŁOPCY

WZROST DZIEWCZYNKI
WZROST CHŁOPCY 


LEKI

STOSOWANIE LEKÓW PRZY KARMIENIU PIERSIĄ- OGÓLNE ZASADY


ŻYWIENIE DZIECKA KARMIONEGO NATURALNIE



STOMATOLOGIA A KARMIENIE PIERSIĄ  
KARMIENIE PIERSIĄ NIE POWODUJE PRÓCHNICY U DZIECI
ZNIECZULENIE STOMATOLOGICZNE  A KARMIENIE PIERSIĄ



  MATKA KARMIĄCA W PRACY - PRAWO- KODEKS PRACY 

CZAS PRACY -ETATY 
PRZERWA W PRACY, WYMIAR ORAZ DO KTÓREGO ROKU ŻYCIA DZIECKA 

 ZBIÓR W TRAKCIE CIĄGŁEGO UZUPEŁNIANIA
w przygotowaniu FAQ najczesciej zadawanych pytań na grupie wparcia dla mam karmiących naturalnie KCNU  

niedziela, 1 czerwca 2014

Karmiące Cyce na Ulice 2014


W ramach wyjątkowego Tygodnia Promocji Karmienia Piersią, który odbywa się w Polsce w dniach 26maja-1 czerwca Karmiące Cyce na Ulice organizują z tej okazji flashmob Karmiących Mam.
Chcemy pokazać i podkreślić, że matki maja prawo karmić piersią wszędzie w przestrzeni publicznej, a dzieci mają prawo do najlepszego pokarmu, jaki można im dać i jest to istotny element promocji zdrowia. Chcemy tez pokazać, że karmienie piersią nie ogranicza się w czasie do sześciu pierwszych miesięcy.





Miasta wg kolejności alfabetycznej: 

BIAŁYSTOK zaprasza:
1 czerwca 2014 roku, niedziela, godz. 12.00 – flashmob, Karmiące cyce na ulice, plac przed Teatrem Węgierki ( Emilia Jaworska )

BYDGOSZCZ 1 czerwca, niedziela g. 12.00 ,Wyspa Młyńska- stoisko Mlekoteki które znajdziecie na Wyspie Młyńskiej podczas Bajkowej Bydgoszczy ( Joanna Piskuła )

GDYNIA 1 czerwca , niedziela g. 10:30 - 12:30 Piknik "Kocham życie. Pełną piersią!" przy stole piknikowym w Parku Rady Europy (od strony Teatru Muzycznego). ( Kaja Bluma )

GORZÓW - 1.06, niedziela, godz. 12:00, pomnik A. Mickiewicza (po drugiej stronie AWF) spotkanie flashmobowe Mam Karmiących Piersią ( Anna Szulwińska )

KONIN- 1 czerwca, niedziela, g. 13.00 Park Chopina Stary Konin spotkanie flashmobowe Mam Karmiących Piersią .( Kamila Jakimowicz )

KRAKÓW - 1 czerwca , niedziela g. 12.00 Karmiące Mamy spotykają się przy Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego na Powiślu, a potem przemieszczą się bliżej smoka i Smoczej Jamy gdzie odbywa się impreza miejska. ( Olga Płuciennik )

ŁÓDŹ- 1 czerwca, niedziela, g. 13:00 Park im. Adama Mickiewicza, Sjesta w Julianowskim spotkanie Mam Karmiących Piersią obok placu zabaw w parku ( Marta Janiszewska-Desperak )

POZNAŃ - 1 czerwca , niedziela g. 11 spotkanie flashmobowe Mam Karmiących Piersią - Plaża miejska między mostami Rocha i Chrobrego - przy KontenerART ( Justyna Socha )

SOPOT - uwaga 31 maja - Sobota, 12:00 Piknik "Kocham życie. Pełną piersią" (w ramach TTPKP)
Trawnik przed Zatoką Sztuki ( Zuzanna Kołacz-Kordzińska )

SZCZECIN - 1 czerwca, niedziela, godz. 12.00 Piknik Jasne Błonia, przy pomniku Jana Pawła II ( Anna Mro )

WARSZAWA 1 czerwca, niedziela g. 13.00 Pole Mokotowskie Piknik Masa Krytyczna Dzieci Fundacji MaMa -(od strony Ronda Jazdy Polskiej, za pomnikiem, miejsce charakterystyczne, bo z girlandami i kocami)MOzna tez dołączyc wczesniej do marszu Dziecięca Masa Krytyczna o o 13 wylądowac z marszem na Polach... ( Hanna Li )

WROCŁAW - 1 czerwca , niedziela, g 12.00 w ramach sesji zdjęciowej Mlekoteki - flashmob Karmiących Cyców - Ruda Kita Jedności Narodowej 93a ( Justyna Walczak )

ZIELONA GÓRA, 1.czerwca, niedziela, GODZ.12. Deptak, pomnik Bachusa, poznajmy sie, pogadajmy:)
Tego dnia na deptaku ZGrana Rodzina robi duze wydarzenie na Dzien Dziecka. ( Luli Hypki )

ZACHĘCAMY BARDZO wszystkie mamy karmiące piersią, które nie chcą, nie mogą przybyć na zorganizowane spotkania, aby tego dnia ( 1 czerwca ) w całej Polsce, niezależnie od tego gdzie będą aktualnie przebywały, nakarmiły swoje dziecko w przestrzeni publicznej między godzinami 12:00-15:00 jako wyraz solidarności z wszystkimi mamami karmiącymi piersią.


https://www.facebook.com/groups/217536521602719/permalink/749177755105257/

Bądźcie z nami :) 

Media o naszej akcji :










 

wtorek, 11 marca 2014

Domowy poród Anny

Relację z swojego domowego porodu Anna napisała już dawno, rok przeleżała w jej komputerze, chwilę także w moim ( za co przepraszam) , ale dziś wreszcie możecie ją przeczytać.
Opowieść tak optymistyczna jak wiosenne słońce za oknem :)



Bardzo dobrze pamiętam mój pierwszy poród, dwa i pół roku wcześniej.
Krótko i szybko. Dojechaliśmy do szpitala na Żelaznej piętnaście minut przed tym, jak nasz syn pojawił się na świecie. Nie było czasu na żadne procedury, wenflony, lekarskie interwencje, ktg.
Weszłam do wanny i urodziłam, w towarzystwie męża i wspaniałej położnej, przy zgaszonych światłach, w ciszy. Potem dwie i pół godziny przebywaliśmy z dzieckiem. Wzorowo. Pobyt w szpitalu – w czystej sali z łazienką, w towarzystwie dwóch świetnych dziewczyn. Wymarzony poród kobiety, która planuje rodzić w szpitalu.

Cztery miesiące później ktoś zaszczepił we mnie myśl – może następnym razem w domu? „Skoro rodziłaś tak szybko, to następnym razem mogłabyś nawet nie zdążyć do szpitala“. W domu? No tak, to przecież możliwe! Wcześniej nawet o tym nie myślałam...

I przyszedł czas, żeby zacząć myśleć bardziej intensywnie. Niecałe dwa lata później – dwie kreski na plastikowej płytce. Wtedy od razu wiedziałam, że będę chciała rodzić w domu. Research, rozmowy z położną, wielki wywiad – czy rzeczywiście będę mogła. I moje przygotowania. Chyba najwięcej dała mi lektura Ireny Chołuj i Iny May Gaskin. Byłam tak podekscytowana tym, co czytałam, i przede wszystkim tym, co mnie czeka, że prawie codziennie śniło mi się, jak rodzę.
Mniej więcej miesiąc przed terminem umówiłam się z położnymi, że będę dawała znać OD RAZU, żeby na pewno zdążyły dojechać – jeśli miałoby być tak szybko, jak poprzednim razem. Modliłam się, żebym sama wiedziała, że to JUŻ, a nie – skurcze przepowiadające. Męczył mnie już wielki brzuch, coraz częstsze skurcze Braxtona – Hicksa, ale przede wszystkim – potworne przeziębienie.

Pewnej nocy nie mogłam spać, z zatkanymi zatokami i ciężką głową siedziałam na łóżku, mąż masował mi nogi, a ja jęczałam, że muszę koniecznie wyzdrowieć przed porodem, w przeciwnym razie nie będę miała siły. Nad ranem, kiedy próbowałam się przespać, obudził mnie skurcz. Sześć minut później pojawił się kolejny, po siedmiu minutach kolejny. Czekałam podekscytowana na czwarty – ale nic. Udało mi się zasnąć.

Kilka godzin później obudził mnie tupot małych nóżek, których właściciel przybiegł na poranne karmienie. Razem wręczyliśmy tacie prezent urodzinowy. Dużo śmiechu, sto-lat-sto-lat, karmienia ciąg dalszy. I bolesny skurcz, taki, jak te w nocy. Kilka sekund po nim – pęknięcie pęcherza płodowego. Ucieszyłam się, że nie ma wątpliwości – rodzę! Zaczęło się!

Wyskoczyliśmy z łóżka, mąż ogarnął telefony do położnych i do swojej siostry, która w czasie porodu miała się zająć starszakiem. Starszak chodził w piżamie po domu i „pała buff, koła wjuch, pampemp powoli jak ziuf ociemdziale...“, a ja realizowałam moje sny o porodzie.

Najpierw pod prysznic, bo choć nie jestem wypoczęta po nieprzespanej nocy, to chcę być chociaż czysta i pachnąca. Udał się akurat między skurczami. Jeszcze tylko świeży ciuch i siadam na piłkę, którą ustawiam sobie w drzwiach do dużego pokoju, pod drążkiem do ćwiczeń. Na drążku zawieszam rebozo, żeby było na czym się oprzeć. Siedzę w samym środku domu, stąd widzę wszystko: męża, który równocześnie robi owsiankę, szykuje cytrynę i sodę do mycia wanny, woła młodego na poranne zabiegi higieniczne.
Kolejny skurcz. „Anusiu. Co chcesz, żebym zrobił?“ „Przygotuj łóżko, może tam będę chciała rodzić, włącz tę płytę, którą wczoraj kupiliśmy, włącz lampki na choince, chcę, żeby było ładnie. Chcę, żeby w sypialni było ciemno. Czy Twoja siostra już jedzie?“ P
Po chwili przybiega ubrany synek i powtarzamy to, co ćwiczyliśmy na wypadek, gdyby jego ciocia nie zdążyła dojechać: wyjemy jak słonie, muczymy jak krowy, warczymy jak lwy, parskamy jak konie. Robimy głupie miny. On – udaje, ja – robię to wszystko naprawdę. Tak mijają dwa skurcze. Są chyba co jakieś cztery minuty, nie skupiam się specjalnie na mierzeniu czasu.

Mąż już wymył wannę, kroi teraz z młodym jabłka. Dzwoni domofon –dotarły położne. Śmieją się ze mnie, że rodzę na wprost wejścia. Ja też się śmieję – między skurczami są na tyle duże odstępy, że mogę spokojnie odpocząć. Co ciekawe – nie ma śladu po katarze, który męczył mnie przez ostatni tydzień, mogę spokojnie oddychać nosem, zatoki nie bolą.

Wpada zziajana ciocia młodego i przyłącza się do budowy trakcji kolejowej w jego pokoju. Niechętnie wstaję z piłki na badanie – tak mi na niej wygodnie. „No tak, tego się spodziewałam...“ „Ale co? Że dwa centymetry, że dziewięć centymetrów?“ „Siedem centymetrów. Ty do mnie pół godziny temu dzwoniłaś, że ci wody odeszły!“ O tak, dziękuję mojemu ciału, że jest dla siebie takie łaskawe.
Kolejny skurcz, otwieram usta najszerzej, jak mogę. I może ten skurcz byłby bolesny. Może. Ale dziewczyny robią coś, co sprawia, że czuję tylko wysiłek mojego ciała, a nie ból – ciepłe okłady na brzuch i równoczesny przeciwucisk miednicy wprowadzają mnie w błogostan.

Jeszcze jeden skurcz i zaczynam czuć napieranie. „Gdzie chcesz urodzić?“ Zastanawiam się chwilę – na łóżku – chyba będzie mi jakoś za miękko. W pokoju – nieee, za dużo miejsca. Jednak w wannie. Tak rodziłam młodego i było super.
Idziemy do łazienki, mąż już zdążył napełnić wannę wodą. Kucam w wodzie, robi mi się lekko (wreszcie nie trzeba dźwigać tego brzucha!) i po chwili przychodzi skurcz.
Pamiętam, żeby nie przeć, nie robić nic na siłę, że to się i tak stanie.
Nagle słyszę, jak krzyczę, wręcz wrzeszczę, czuję, że robię to z całych sił, albo raczej – to się robi samo. Przypominam sobie teraz stwierdzenie, że „wydawanie dźwięków pomaga przy porodzie“. Ja nie wydaję dźwięków, ja jestem jednym wielkim dźwiękiem, nad którym nie mam żadnego panowania. On powstaje sam, jest tak długi, że w życiu nie spodziewałabym się, że starczy mi na to powietrza w płucach. I czuję niewyobrażalną siłę, jaka we mnie jest. To mi daje taką satysfakcję, a równocześnie jest tak wyczerpujące, że kiedy fala opada, prawie przysypiam ze zmęczenia, czekając z niecierpliwością na kolejny przypływ.

Opieram się na rękach męża, między skurczami zaczynam już wyć ze zmęczenia, w skurczach nie mogę wyjść z podziwu dla tej siły, która we mnie działa. Dziewczyny coś mówią: „pięknie rodzisz“, a ja się czuję jak hochsztapler – bo to przecież nie ja, to się samo dzieje! Czuję, że to już będzie ostatni skurcz.

I jest. Sara. Kładę się w wannie z tym fioletowo-różowym stworzeniem na brzuchu tak, żeby było zanurzone. Stworzenie najpierw chwilę pojękuje, a potem otwiera szeroko oczy i pełznie na górę, jakby planowało i ćwiczyło tę wyprawę w stronę piersi co najmniej od tygodnia. Pępowina jeszcze tętni, Sara ssie i stęka, a my wszyscy czworo śmiejemy się z niej, że nie traciła czasu, tylko od razu wzięła się do roboty.

Rodzę łożysko, oddaję Sarę tacie i myję się z pomocą dziewczyn. Potem idziemy do sypialni, gdzie obłożona poduchami i przykryta kołdrą leżę z mikrodziecięciem, a położne mnie oglądają. Mąż karmi mnie niedojedzonym wcześniej śniadaniem. Po kilkunastu minutach wpada Młody i nie posiada się z radości widząc siostrę. Jest zachwycony jej malutkimi rączkami, nosem. „O, Sala jest już na łóżku, a była w brzufu mamy!“ .

Anna z dziećmi


I tak sobie gadamy, pijemy herbatkę, ja z córką wśród poduch i kolejne przysiadające się na skraju łóżka osoby. Po kilku godzinach zostajemy tylko my – we czwórkę. Jemy obiad. Mąż ogarnia jeszcze kuchnię, dzieci śpią, ja próbuję spać, ale mi nie wychodzi. Patrzę na Sarę – przykrytą naszą ciemną wielką kołdrą, w sypialni, przy świetle lampki nocnej.

Wstaniemy jutro rano – nie wiem, o której godzinie. Jak się wyśpimy. Nikt nas nie zbudzi. Jest tak normalnie – jak w normalne wakacje po wielkim wysiłku.


Autorka: Anna
Zdjęcie z archiwum domowego.


Dziękuję :)