piątek, 26 kwietnia 2013
Zakończenie akcji zbiórki w serwisie wspieramkulture.pl
Kochani, zakończyła się akcja zbierania na wydanie bezpłatnej książki za pomocą serwisu wspieramkulture.pl...
Bardzo, bardzo Wam dziękuję, że byliście ze mną i wspieraliście ten projekt...♥
67 osób wsparło go swoimi wpłatami, zebraliśmy prawie połowę potrzebnej kwoty, dokładnie 4049 zł, niestety zgodnie z zasadami serwisu, ponieważ nie udało się zebrać całej kwoty, wszystkie pieniądze powinny automatycznie wrócić do darczyńców w ciągu 8 dni...
Chciałabym jednak Wam wszystkim powiedzieć, że nie traktuję tego jako porażki, wręcz przeciwnie, ponieważ jak na tak niszowy projekt udało się dotrzeć do wielu ludzi, o projekcie oraz o samych porodach w domu mówiło się w różnych mediach... Z pewnością tez dzięki udostępnianiu znajomym, wiele ludzi się tematem zainteresowało, albo przynajmniej w ich świadomości zarejestrowało się, że coś takiego jak poród w domu istnieje, wiele osób zapoznało się z opowieściami opublikowanymi na blogu...
Na tej jednej zbiórce projekt się nie kończy.
PROJEKT RODZIMY W DOMU trwa nadal, opowieści będą publikowane cały czas na blogu, zaś sama książka na pewno się ukaże, może nie w identycznym kształcie, jak zakładałam na początku, ale kwestia jej wydania po prostu przesunie się w czasie.
Książka jest tylko jedną z wielu form, jakich w projekcie chcę użyć.
Projekt "Rodzimy w domu" jest, od początku, z założenia wielopłaszczyznowy, w niedługim czasie zamierzam zrealizować wystawę fotograficzną, pt. " Rodzimy w domu- Miejsca"... ale o tym za parę dni napiszę szerzej w blogu- na szczęście liczę na to, że tutaj nie trzeba będzie pozyskiwać środków ;)
Jestem szczęśliwa, że tyle wspaniałych ludzi ta sprawa zaangażowała, nie tylko finansowo, że kibicowaliście i mam nadzieję, że kibicować będziecie nadal... ♥
Ten projekt będzie jeszcze długo trwał... ponieważ praca nad zbiórką funduszy i przeróżny odzew na nią, utwierdził mnie, iż w społeczeństwie polskim jest bardzo niska świadomość czym są porody domowe, jak wypadają w porównaniu do szpitalnych itd... Nadal rządzą szkodliwe mity...
Mam nadzieję, że osiągniemy kiedyś poziom porodów w domu, taki jak w Holandii ( 40-45 % )
Gorąco zachęcam, nadsyłajcie opowieści, zdjęcia...
niech to będzie niekończąca się opowieść...,
a z wybranych powstanie książka. Na pewno.
Uściski i stukrotnie Wszystkim dziękuję :)
Hania ♥
sobota, 20 kwietnia 2013
Zuzia, Bartosz i Małgosia. Porody zwyczajne - niezwyczajne ;)
Niejednokrotnie opowiadając o porodach domowych słyszę pełne przestrachu zapytania:
" Co będzie jak dziecko owinie się pępowiną ?" i następnie snute są wizje pod tytułem "za późno na cesarkę"... Pytają mamy, straszą ( ci mniej kompetentni ) lekarze...
" Co będzie jak dziecko owinie się pępowiną ?" i następnie snute są wizje pod tytułem "za późno na cesarkę"... Pytają mamy, straszą ( ci mniej kompetentni ) lekarze...
Otóż, jeśli tylko pozwolić zadziałać mądrej Naturze..., pod opieka położnych, bez niepotrzebnych, panicznych reakcji i interwencji medycznych, Ola spokojnie urodziła trójkę zdrowych dzieci w domu, w tym dwójkę owiniętych pępowiną.
Dzięki pozycjom porodowym, które mama przybrała instynktownie, natura poradziła sobie doskonale z tym, z czym często nie radzą sobie lekarze mimo armii sprzętu medycznego...
Pewnie też niektórzy z czytelników uważają, że jeśli worek owodniowy nie pęknie sam, niezbędny jest zabieg przebicia. Otóż moi drodzy, jeśli tak sądziliście, mylicie się...
Natura jest nie tylko mądra ale i hojna, obdarza nas czasami pięknymi niespodziankami, tak jak w tym przypadku. Małgosia- najmłodsza córeczka Oli, urodziła się dodatkowo w całym worku owodniowym. Rodzice uwiecznili ten niezwykły moment i teraz dzielą się tym z nami...
Szacunek należy się również dla wspaniałych położnych, które pomagały, a nie zakłócały przebiegu porodów.
Dzięki pozycjom porodowym, które mama przybrała instynktownie, natura poradziła sobie doskonale z tym, z czym często nie radzą sobie lekarze mimo armii sprzętu medycznego...
Pewnie też niektórzy z czytelników uważają, że jeśli worek owodniowy nie pęknie sam, niezbędny jest zabieg przebicia. Otóż moi drodzy, jeśli tak sądziliście, mylicie się...
Natura jest nie tylko mądra ale i hojna, obdarza nas czasami pięknymi niespodziankami, tak jak w tym przypadku. Małgosia- najmłodsza córeczka Oli, urodziła się dodatkowo w całym worku owodniowym. Rodzice uwiecznili ten niezwykły moment i teraz dzielą się tym z nami...
Szacunek należy się również dla wspaniałych położnych, które pomagały, a nie zakłócały przebiegu porodów.
Dziękuję Olu z serca za tą, potrójną relację z cudnych porodów <3
Zuzię, pierwsze dzieciątko
zaplanowaliśmy szybciutko po ślubie. Nigdy wcześniej ani później
nie borykaliśmy się z podjęciem decyzji „rodzimy w domu, czy
w szpitalu”. W ogóle nie istniał dla nas taki dylemat. Zupełnie
jasne było to, że dzidziuch w brzuchu chorobotwórczy nie jest,
toteż nie było potrzeby myśleć o porodzie jako jakimś szpitalnym
zabiegu.
Temat został błyskawicznie ogarnięty,
już na początku ciąży zabukowałam sobie czas Marii – jak się
później okazało - ukochanej i niezbędnej położnej!
Towarzyszyły nam sztampowe pytania i zagadnienia, a czy to
bezpieczne, a czy będzie lekarz, jak to? Nie będzie lekarza?!
Początkowo chcieliśmy z tym walczyć, z ludźmi, którzy świadomie
lub nie, próbowali wybić nam z głowy narodziny w domu. Czas
pokazał, że słowami nie ma sensu. Ludzie mówili swoje, a my
uśmiechaliśmy się i robiliśmy swoje.
Mateusz, podobnie jak i ja
był absolutnie przekonany do porodu domowego i absolutnie przeciwny
ingerencji szpitalnej w tak intymne przeżycie. Bo kiedy rodzi się
dziecko, jest to czas tylko i wyłącznie przeznaczony rodzinie.
Zuzia cudnie rozwijała się w swoim
cichym cieplutkim domostwie i spokojnie czekała na „swój moment”.
Zrobiło się już zupełnie wiosennie, maj 2009 roku rozpoczął się
na dobre. Nagle, w końcówce mojej „okrągłej formy”, doznałam
niezrozumiałego przypływu energii. Ujście dla niej znajdowałam w
wielokrotnym praniu i prasowaniu ubranek naszej pierworodnej. Swoją
drogą szczęściara mała – tylko jej osóbka doznała podobnego
gestu z mojej strony. Młodsze rodzeństwo Zuzy zostało niecnie
pozbawione uprasowanych i w kosteczkę poskładanych ciuszków, na
rzecz chwili czasu dla rodzicielki :) Przyszły mi nawet do głowy
wiosenne porządki, co cichaczem uskuteczniałam, nim mąż powrócił
z pracy. Tym oto sposobem udało mi się wypucować wszelkie okna w
naszym malutkim mieszkanku, co by dziecię miało lepsze widoki.
Byłam już wówczas w tzw. "terminie". Strachu nie było żadnego bo i nie
widziałam jeszcze czym to wszystko pachnie. Ciężko jest sobie
wyobrazić uczucia, emocje i ból towarzyszący porodowi, jeśli się
tego nie doświadczyło.
A zatem czekałam cierpliwie i... mniej
cierpliwie.
W nocy 14 maja, około 3-ciej obudził mnie
dziwny regularny ból. Miałam wrażenie, że dostałam okres. Ze
spokojem siadłam na łóżku, włączyłam stoper i odmierzałam
skurcze. Regularne, jak w zegarku, co 15 minut. I bolały coś tam
trochę..Nie mogłam uwierzyć, że to już się dzieje! Po kilku
skurczach powtarzałam sobie: jeszcze raz, jak będzie skurcz to
budzę Mateusza! A potem podobnie z kolejnym... W końcu mąż
obudzony został słowami, "Mateusz, chyba się zaczyna..!"
Mąż zadzwonił do położnej i
zgodnie z zaleceniem weszłam do wanny na dłuuugi czas. Zupełnie
się wyciszyłam, skurcze przytłumiły się nieco, ale jedynie na
chwilkę. W dalszym ciągu były do bólu regularne. Dosłownie: do
bólu! Marysia przyjechała do nas około 5-tej. Zbadała, oceniła i
powiedziała, "Kobieto do 14 powinnaś urodzić!"
Bolały mnie plecy, okrutnie. Nie
pomógł TENS, ale pomogły kochane ręce Mateusza. Była też,
bliska naszej rodzinie Kinga, wprawiająca się położna. Na zmianę
z mężem masowali mi plecy.
Próbowałam jeszcze moczyć się
trochę w wodzie, jednak zdecydowanie wygodniej czułam się na
lądzie. Nie planowaliśmy dokładnego miejsca porodu, nasze
mieszkanko było tak małe, ze mogłam urodzić w każdym kącie.
Moje ciało zdecydowanie wiedziało jakie pozycje będą dla mnie
odpowiednie i gdzie ma dokonać się najważniejsze. Ja jedynie szłam
za instynktem. Za mną podążał Mateusz, wiernie znosząc każdy
mój jęk i każdy humor.
Zuzia nijak nie chciała wstawić się
w kanał rodny, co dla mnie było tym bardziej bolesne, że położna
przewalała mi brzuchem na prawo i lewo. W skurczu. Oj bolało! Przez
myśl mi nawet nie przeszło, ze mógłby to być powód transferu do
szpitala.
Jedyne, czego bałam się jak ognia,
było pęknięcie krocza. Chyba sam fakt przyprawiał mnie o mdłości.
No i pękło. Nie wiem kiedy, nie miałam czasu się nad tym
zastanawiać.
Przyjęłam pozycję kucającą, o czym zresztą dowiedziałam się po fakcie, od męża. Tak było
najlepiej. Mateusza miałam za sobą. Następnego dnia pokazywał mi
ślady moich paznokci na jego dłoniach...
Było już po 13ej, kiedy kolejny
skurcz party pokazał światu główkę naszej córeczki. Z
obecnej perspektywy, był to cudny czas, ale gdy wówczas słyszałam:
"zobacz jest już główka, ojej ma takie czarne
włoski..dotknij..pogłaskaj", myślałam tylko: dajcie mi spokój
z główką, ja już nie mam siły, rezygnuję! Chwila wytchnienia i
kolejny skurcz i nagle ulga, już nie boli, a do mojej piersi tuli
się Malutkie Różowiutkie Stworzonko. Zuzanna. Nasza córeczka!
Potem łożysko. W tym czasie nasze
dziecię tuliło się do taty. Potem wróciło do mamy na obiad,
ponieważ właśnie dochodziła 14-sta:)
Najedzoną Zuzankę tatuś porwał do
mierzenia i ważenia, a ja w tym czasie miałam chwilę na prysznic.
Potrzebowałam kilku szwów, co rzecz jasna napawało mnie
przerażeniem, a w ostatecznym rozrachunku nie było takie straszne.
Najważniejsze było to, że nasze Maleństwo jest przytulane i
szczęśliwe.
Gdzieś w międzyczasie Marysia zadbała
o neonatologa. Mówiąc szczerze pamiętam to jak przez mgłę. Moje
zmęczenie sięgnęło zenitu i nie miałam siły nawet na pożywny
rosołek porodowy ;)
Oboje z mężem runęliśmy do łóżka,
nasza Kruszyna przyssała się na bliżej nieokreślony czas, a
położne zajęły się biurokracją. Nawiasem mówiąc, należy im tego serdecznie
współczuć! Zdążyłam się wyspać, a Maria jeszcze siedziała w
papierach. Później położna zostawiła nas, przypominając
o dobroczynnej mazi płodowej naszej Zuzi i że możemy małego "brudaska" "pohodować sobie" kilka dni.
![]() |
Zuzia |
Zaczęło się życie we troje. Cicho. Spokojnie. Bezpiecznie. U siebie. Nie musieliśmy nigdzie wracać, byliśmy w domu! Po kilku dniach, kiedy nabrałam sił, Zuzia zaliczyła swój pierwszy spacer. Dopiero gdy całkowicie wróciły mi siły zaczęliśmy myśleć o wizycie u lekarza, ewentualnych szczepieniach itp... Życie toczyło się...
![]() |
Ola z Zuzią |
Ponieważ historia lubi się powtarzać, a my należymy do ludzi otwartych na życie... rok później zakiełkowało małe Ziarenko!
Od początku byliśmy pewni, że mamy
synka, toteż mówiliśmy do niego po imieniu. Bartosz rozwijał się
prawidłowo, rósł nieziemsko. Porównywałam badania - jak to
facecik- większy, cięższy, silniejszy:) Zuzia często pytała:
"mamusiu, a w którym pokoju będzie się Baltos lodził?" Czyli
znów wiadomo było, że nie ma mowy o szpitalu. Instynktowne pytanie
dziecka. Ono wie, ze poród jest czymś zupełnie naturalnym. Gdzie
może być bardziej naturalnie, zwyczajnie, niż w domu.. Sporadyczne
pytania i sugestie już nie robiły na nas wrażenia. Z uśmiechem
czekaliśmy na Bartosza.
Nadszedł termin porodu, cały ten czas był dla
mnie wyjątkowy. Wiedziałam, że drugi poród może być szybki i
przyznam – był lekki stres. Od porodu Zuzi zdążyliśmy
przeprowadzić się dwa razy. Aktualne mieszkanko było dla mnie nowe
– zaledwie kilkudniowe. Zapowiedzią porodu było nic innego jak
mycie okien pod nieobecność męża, a że większe mieszkanie to i
namachać się musiałam ostro.
W piątym dniu po przeprowadzce, a już
trzy dni po terminie wskazanym przez USG, chyba pojawiło się coś
na kształt skurczy. Odprawiłam moją córeczkę do zestresowanej
siostry i jak na złość nie mogłam dodzwonić się do Mateusza.
Pomaszerowałam zatem do wanny i w kąpieli zadzwoniłam do Marii, a tu zagwozdka! Maria ma rodzinną imprezę, ale obiecuje, że przyjedzie. Mąż na
szczęście też przyjechał. Od 18-stej, kiedy
to zarejestrowałam regularne skurcze, wszystko zdążyło klapnąć.
Jak przyjechała położna, około 23-ciej, to w zasadzie całkowicie się
rozregulowałam.
Po badaniu wiedziałam, że jakieś tam rozwarcie
sensowne jest i, że jest szansa na poród. Tylko nie wiadomo było kiedy.
Uzgodniłyśmy z Marią, że ona jedzie dalej się bawić, a ja mam
ją informować o przebiegu sytuacji. Krótko po jej wyjściu
skurcze się nasiliły. Znowu wskoczyłam do wody, i dałam znać
Marysi. Nie chciałam psuć jej rodzinnej atmosfery, toteż po
obdzwonieniu położnych, okazało się, że jest jedna, która wraca
właśnie z „fałszywego alarmu”. Maria obiecała pojawić się
rano jeśli nie urodzę do tej pory.
Przyjechała Edytka. Bartosz jakby
wyczuł sytuację i wyluzował. Skurcze także wyluzowały. Wszystko
wyluzowało ;) Woda pochłonęła mnie bez reszty. Trzeba było zatem
wyczołgać się na ląd, coby wzmóc akcję porodową. Bardzo marnie
się zapowiadało. Kurczyłam się nieregularnie, boleśnie i mniej
boleśnie.. Duże odstępy czasowe między skurczami prowokowały
organizację czasu. I tak upłynął wieczór i noc. Nad ranem
zjawiła się..Maria. Moje dzieci chyba potrzebują tej położnej! Ja znów się wyluzowałam. Dziewczyny odpoczywały w kuchni przy
herbatce, my oglądaliśmy kabarety. Śmiechu było co niemiara o
4-tej nad ranem!
W końcu zaczęło się na dobre.
Bartosz wiercił się jak szalony, a i Edyta nie dawała mi spokoju.
Badała w każdym skurczu. Poczułam, że odeszły mi wody. Myślałam
sobie: kurcze, czemu teraz, czemu na moim ulubionym tapczanie. Zanim
się zorientowałam, już znalazłam się w pozycji kucającej, a
Edyta wołała:" pchnij go, jeszcze troszeczkę i przytulisz
Bartoszka! " Przyznam szczerze, że w tym porodzie objawił się
mój operowy wokal. Nie przypuszczałam, że jestem w stanie coś
takiego z siebie wydobyć! Niemniej jednak niesamowicie mi to
pomagało. Także w 17 minut udało mi się wyśpiewać syna.
Cudnie
było znów poczuć tę ulgę i mieć Maleństwo przy piersi. Znowu
pękłam (jak się okazało), ale czy to ważne? Bartosz był z nami –
to się liczyło. Urodziłam w sypialni, wymalowanej dwa tygodnie
wcześniej, z kilka dni wcześniej umytymi przeze mnie oknami. Przy
moim łóżku, do którego, po szybkim prysznicu się wdrapałam i z
synem przy piersi usnęłam.
Mateusz chyba dostał kopa. Siedział
jakiś czas z dziewczynami w kuchni. Jak ochłonął, powiedział mi
co go tam trzymało.Bartosz miał owiniętą pępowinę
wokół szyi. Edyta nie panikowała, pracowała z nim. Dlatego tak
wiercił się w tym porodzie, próbował się wymotać. I z pomocą
ciotki Edyty, udało mu się! Wiem też jaki byłby schemat działania
szpitalnego. Kiepska akcja porodowa, marne skurcze, podajemy
oksytocynę. Akcja przyspiesza, pępowina się zaciska, dziecko nie
ma szans na wymotanie. Decyzja – cesarskie.
To nie mój wymysł, to
słowa doświadczonych położnych, które oprócz domowych, przyjmują
również porody w szpitalu.
Naszego synka nikt nie ponaglał, sam dobrze
wiedział ile czasu potrzebuje, żeby poradzić sobie z trudną
sytuacją. Dzięki tym marnym skurczom, dzięki Edycie, dzięki
porodowi w domu, mogłam urodzić naturalnie. Dzięki Bogu! Był to
dla nas olbrzymi cud!
Potem „procedura” standardowa. My
śpimy, dziewczyny zajmują się papierologią, całują nas na
pożegnanie i widzimy się następnego dnia. Mieliśmy problem z neonatologiem. To
był czas letnich urlopów i nikt nie chciał się do nas ruszyć.
Nieźle się nagimnastykowaliśmy, a i tak pani doktor zjawiła się
następnego dnia. Nie ukrywała zdumienia, podobnie jak i ja. Bartosz
miał 4,5 kg i 60 cm długości. Uff. Daliśmy radę i tym razem:) Wieczorem mąż przywiózł Zuzię od
cioci. Po ucałowaniu braciszka spytała: "mamusiu, to co ty masz
teraz w brzuszku?" .
Dziś Zuzia ma prawie 4 latka a Bartosz
prawie 2.
Miesiąc temu, 4 marca urodziła nam
się Małgosia. Jak już wspomniałam – lubimy dzieci. I lubimy
rodzić je w domu! Kiedy przestałam regularnie karmić
Bartosza piersią, wróciła moja płodność, ale tylko po to, żeby
zaowocować:) Nasze starsze dzieci rodziły się w miesiącach
letnich, chcieliśmy więc zobaczyć jak to będzie zimą.
Skrupulatnie zaplanowane, tak żeby zaraz zaczęła się wiosna.
Można będzie się chustować i przytulać i nie być zlanym potem,
tak jak latem. Małgola, jak jej rodzeństwo rozwijała się
dobrze, też zapowiadała się na duże i ruchliwe dziecię. Ciąża
była dość ciekawym doświadczeniem. Dwójka biegających i ciągle
„coś chcących” zewnętrznych dzieci nie pozwalała na błogi
relaks. Na szczęście był jeszcze mąż! Nie wiem jak on
poradził sobie z całym domem na głowie, kiedy ja już wysiadałam.
Nie wiem, ale kocham! I dziękuję!
Nikogo już nie dziwiło, że rodzimy w
domu. Moja najwspanialsza na świecie ginekolog, pani Mariola, jak
zwykle wspierała mnie we wszystkim. Termin u położnych
zarezerwowany. Mieszkanie, tradycyjnie – zmienione. Okna umyte.
Czekamy...
Termin na 23-go lutego. I nic, cisza. Skurcze przepowiadające
ciągnęły się, miałam wrażenie, od połowy ciąży. Przestałam
już zwracać na nie uwagę. Jak nigdy wcześniej, udało mi się
nawet zaliczyć dwa razy KTG. Przy okazji drugiego, lekarz szukał mi
miejsca na patologii ciąży. Posmutniałam, bo wiedziałam, ze nic
się nie dzieje. Małgosia potrzebuje po prostu tyle czasu. W końcu
nadal byłam w terminie. Miałam jeszcze ok. tygodnia spokoju, a już
chcieli mnie kłaść. Po co?
Po piątkowym KTG, lekarz kazał mi
zgłosić się w poniedziałek na USG i we wtorek na patologię,
gdybym nie urodziła. Zamierzałam urodzić, oczywiście:)
W niedzielę 3-go marca, zupełnie
spokojnie, ba nawet z rezygnacją, przetrwałam dzień. Powoli
denerwowały mnie już telefony, esemesy z pytaniami czy już, czy
coś się dzieje, dlaczego nie rodzę.
Wieczorem wydawało mi się, że mam
coś na kształt regularnych skurczy. Zjedliśmy kolację i
pomyślałam, że można by pro forma odwieźć dzieci do siostry.
Dzieciaki doskonale zaznajomione z sytuacją wiedziały dobrze, że
wrócą zaraz po porodzie. Bardzo czekały na Małgosię. Zuzia
upewniła się tylko, że jak Małgosia się urodzi to będzie mogła
ją przytulić i pojechali. Ja w tym czasie zrobiłam sobie kąpiel.
Nie przekonały mnie te skurcze. Właściwie wydawało mi się, że
niczym nie różnią się od wcześniejszych. Mąż wrócił od
siostry. Delektowaliśmy się ciszą, sobą. Przy każdym skurczu
mówiłam: jeszcze jeden, jak będzie jeszcze jeden za 10 minut, to
dzwonie do Marii. No i tak kilka rund. W międzyczasie zebrało mi
się na przedporodowa zachciankę. Lody i cola. Między skurczami,
zupełnie na luzie, wyskoczyliśmy na stację po prowiant.
Zadzwoniłam w końcu do Marii. Kazała
mi się wyspać. Posłusznie zatem runęłam do łóżka. Budziłam
się na skurcz, czasem budził mnie Mateo, żeby powiedzieć: "Ola,
zaraz będziesz miała skurcz!" i był! Kochany mąż, zrobił mi
nawet najpyszniejszy na świecie rosołek porodowy!
Marysia przyjechała po północy. Skurcze zrobiły się bolesne. Pomagała piłka. Kołysała mnie.
Odkryłam, że w skurczu przynosi mi ulgę wypowiadanie (na wydechu)
jednego z ulubionych wyrazów naszego synka: włłłoooosy!
Niebanalne odkrycie. Myślę, że będzie kiedyś dumny z mamy.
Skurcze były bardzo długie i dość bolesne, dlatego czym prędzej
pośpieszyłam do wody. Tam mi było przyjemnie. Doświadczenie
poprzednich porodów przypominało mi, że będzie bolało. Miałam
nawet lekkiego stracha przed tym bólem. Jednak wanna okazała się
być niezłym oparciem. Rzecz jasna mąż nadal był potrzebny.
Choćby sama obecność! Nim się spostrzegłam, był już świt.
Wszystko działo się bardzo szybko, a jednocześnie wydawało mi
się, że mam mnóstwo czasu. Na przemyślenia, na wczucie się w
ekspresję porodu. Dalej byłam w wodzie, Mateusz dolewał mi tylko
ciepłej. Drzemałam między skurczami i czekałam na parte. Gdzieś
nad ranem przyszła druga położna Magda. Mieszka blisko, to wybrała
się na poranny jogging. Wszyscy byliśmy w łazience, śmialiśmy
się, opowiadaliśmy jakieś gagi i czekaliśmy na Małgosię.
Około 7-mej kolejny skurcz party i
następny. Długie, tak długie, że podczas jednego zastanawiałam
się nad sensem parcia. Pojawiło mi się w głowie pytanie, o ile
dłużej zająłby poród, gdybym nie parła, a jedynie pozwalała
nieść się temu co się dzieje. Szybko jednak zweryfikowałam moje
wywody filozoficzno – fizjologiczne. Lepiej jest poprzeć.
Zaczęła rodzić się główka, w
kilku podejściach. Nie odeszły mi wody, Małgosia rodziła się w
pęcherzu. Maria zapytała nas czy chcemy to uwiecznić.
Bezdyskusyjnie! Dla nas i dla położnictwa. Mateusz fotografował, a
ja poddawałam się temu cudnemu przeżyciu. Kiedy urodziła się
główka, zorientowałam się, że skurcz dalej trwa. Wystarczyło
porządnie się spiąć i Małgocha już płynęła do mnie. Urodziła
się w pęcherzu. Najpiękniejszy poród, jaki mogłam sobie
wymarzyć. Maria nazwała ten poród najbardziej naturalnym, porodem
"hands off". Rzeczywiście, jedyne, co zrobiła, to asekurowała
Małgosię i podała ją z wody na mój brzuch. Nie przebiła
pęcherza. Wszystko działo się tak jak powinno, naturalnie, własnym
tokiem.
Żeby tradycji stało się zadość,
nasza druga córeczka również była owinięta pępowiną. Kiedy urodziła
się główka, położna w pierwszym odruchu chciała przebić
pęcherz i zdjąć pępowinkę. Nie zrobiła tego, bo stało się coś
zdumiewającego. Wbrew większości porodom, najpierw urodził się
dolny bark, potem górny, co sprawiło, że pępowina nie zacisnęła
się na szyjce, a jedynie przygarnęła malutką do mnie. Niesamowite!
Nie pękłam! Nie było szycia. Adrenalina po tym porodzie trzymała
mnie długo. Mogłam góry przenosić. Dopiero następnego dnia lekko
opadłam z sił. Po raz kolejny utwierdziłam się w
przekonaniu, że szpital nie pozwoliłby na na taki poród! Na takie
przeżycie. Mało tego, przekonuję innych, właściwie nie ja, a
fakty.
Mateusz zmontował filmik ze zdjęć
porodowych. Przez tydzień byliśmy w takiej euforii, że oglądaliśmy
po kilka razy. Nasza pierworodna czasem mówi: "mamusiu, a puścisz
mi filmik jak się Małgosia rodziła w pęchezu?"
![]() |
Ola z Trójeczką |
![]() |
Zuzia, Bartosz i Małgosia |
Dzieci są zachwycone siostrzyczką.
Trzymanie jej na rękach skutkuje błogą ciszą w domu. Małgosia
działa jak hipnoza. Każdy się uspokaja. Tylko coś z tą
zaplanowaną wiosną kiepsko. Mimo to, dwudniowe dziecię spacer
zaliczyło. Teraz już chustowanie pełną parą i ruszamy w
poszukiwaniu wiosny!
Z definicji państwowej jesteśmy już
rodziną wielodzietną. Chyba trzeba państwu uaktualnić to pojęcie.
Miejmy nadzieję, do następnego
domowego.
Autorka: Ola
Zdjęcia z archiwum domowego Oli.
Dziękuję :)
Dziękuję :)
W radiu o rodzeniu po ludzku...
czwartek, 18 kwietnia 2013
Masz rodzić i się nie wtrącać - najnowsze badanie nad opieką okołoporodową w szpitalach
" Lekarze i położne nie przestrzegają standardów opieki nad rodzącą, choć
te - jako rozporządzenie ministra zdrowia - obowiązują już od dwóch lat.
Kobiety słyszą w szpitalach, że to idiotyzmy"
Rozporządzenie ministra zdrowia o standardach opieki okołoporodowej weszło w życie dwa lata temu. Odnosi się tylko do porodu fizjologicznego, czyli sytuacji, w której matce i dziecku nie grożą komplikacje, nie potrzeba cesarskiego cięcia.
Fundacja Rodzić po Ludzku postanowiła sprawdzić, czy w szpitalach stosuje się standardy. W każdym z dziesięciu, które odwiedziła fundacja, okazało się, że nie.
Były to szpitale miejskie i powiatowe na Mazowszu. W każdym zaglądano na porodówkę i w oddziale noworodkowym. Nie sprawdzano klinik i wysokospecjalistycznych oddziałów, bo tam trafiają pacjentki z komplikacjami, które nie mogą mieć fizjologicznego porodu. Ankieterki przepytywały ordynatorów, położne i matki obserwowały pracę na oddziale.
Okazało się, że lekarze i pielęgniarki postrzegają standardy tylko jako dodatkowe przepisy, a nie coś, co może pomóc w ich pracy. Najgorzej z wiedzą o standardach u ordynatorów porodówek, choć to oni są odpowiedzialni za ich wdrażanie. Więcej wiedzą lekarze prowadzący oddziały noworodkowe, a najwięcej położne." Cały, bulwersujący artykuł z dnia dzisiejszego, możesz przeczytać na:
Czasem, gdy opowiadam kobietom, które rodziły tylko w szpitalu i nie mogły, czy tez nie chciały doświadczyć porodu w domu, słyszę w odpowiedzi " miałaś szczęście" i myślę sobie wówczas tak, miałam szczęście, że doświadczyłam jako jedna z nielicznych naprawdę dobrego porodu w szpitalu.
Miałam szczęście, że dotarła do mnie idea porodów domowych, a mój organizm i dzieci były na tyle zdrowe, że mogliśmy zostać dwukrotnie zakwalifikowani do porodu w domu...
Rozporządzenie ministra zdrowia o standardach opieki okołoporodowej weszło w życie dwa lata temu. Odnosi się tylko do porodu fizjologicznego, czyli sytuacji, w której matce i dziecku nie grożą komplikacje, nie potrzeba cesarskiego cięcia.
Fundacja Rodzić po Ludzku postanowiła sprawdzić, czy w szpitalach stosuje się standardy. W każdym z dziesięciu, które odwiedziła fundacja, okazało się, że nie.
Były to szpitale miejskie i powiatowe na Mazowszu. W każdym zaglądano na porodówkę i w oddziale noworodkowym. Nie sprawdzano klinik i wysokospecjalistycznych oddziałów, bo tam trafiają pacjentki z komplikacjami, które nie mogą mieć fizjologicznego porodu. Ankieterki przepytywały ordynatorów, położne i matki obserwowały pracę na oddziale.
Okazało się, że lekarze i pielęgniarki postrzegają standardy tylko jako dodatkowe przepisy, a nie coś, co może pomóc w ich pracy. Najgorzej z wiedzą o standardach u ordynatorów porodówek, choć to oni są odpowiedzialni za ich wdrażanie. Więcej wiedzą lekarze prowadzący oddziały noworodkowe, a najwięcej położne." Cały, bulwersujący artykuł z dnia dzisiejszego, możesz przeczytać na:
Czasem, gdy opowiadam kobietom, które rodziły tylko w szpitalu i nie mogły, czy tez nie chciały doświadczyć porodu w domu, słyszę w odpowiedzi " miałaś szczęście" i myślę sobie wówczas tak, miałam szczęście, że doświadczyłam jako jedna z nielicznych naprawdę dobrego porodu w szpitalu.
Miałam szczęście, że dotarła do mnie idea porodów domowych, a mój organizm i dzieci były na tyle zdrowe, że mogliśmy zostać dwukrotnie zakwalifikowani do porodu w domu...
W szczególności myślę o tym i dziekuję losowi, gdy słyszę opowieści kobiet o porodach
szpitalnych, kobiet pełnych wdzięczności za "uratowanie dziecka" i z tej
wdzięczności przełykających łzy upokorzenia i spychających złe wspomnienia, gdy ich prawa
do intymności, szacunku dla decyzji, porodu w atmosferze bezpieczeństwa, zaufania i godności
zostały pogwałcone w imię kontroli nad porodem.
Kontroli, która jest
potrzebna tylko tym lekarzom, którzy nie są na tyle kompetentni by uczestniczyć w porodzie zgodnym z naturą.
Nie jestem w stanie zrozumieć
dlaczego w innych europejskich krajach lekarze współpracują z kobietami,
szanują swoje pacjentki, a w Polsce wciąż górę bierze paternalistyczne
podejście do pacjenta, część lekarzy wyraźnie cierpi na tzw. "syndrom
boga".
Czy polscy lekarze są ulepieni z jakiejś innej gliny niż ci w Szwecji, Holandii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Irlandii i innych państwach, gdzie pierwszą podstawową zasadą jest poszanowanie praw pacjenta? Czy gdzieś zawodzi system edukacyjny w akademiach medycznych? Czy to naprawdę kwestia systemu finansowania naszej służby zdrowia ? Gdzie zasadza się etiologia tego zjawiska ?
Czy polscy lekarze są ulepieni z jakiejś innej gliny niż ci w Szwecji, Holandii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Irlandii i innych państwach, gdzie pierwszą podstawową zasadą jest poszanowanie praw pacjenta? Czy gdzieś zawodzi system edukacyjny w akademiach medycznych? Czy to naprawdę kwestia systemu finansowania naszej służby zdrowia ? Gdzie zasadza się etiologia tego zjawiska ?
Kiedy przeczytałam słowa ordynatorów cyt. "Przepisała
sobie plan jakiś taki nie wiem skąd, chciała wszystko sama, sama, sama",
"Jest tam sporo idiotyzmów, za dużo może pacjentka ingerować w poród".
przypomniał mi się natychmiast skecz Monty Pythona, gdzie pada słynna kwestia " Pani nie ma kompetencji aby urodzić ".
przypomniał mi się natychmiast skecz Monty Pythona, gdzie pada słynna kwestia " Pani nie ma kompetencji aby urodzić ".
Przyznam szczerze, że ciarki mi
przechodzą po plecach, gdyż słowa takie, świadczą o tym, iż ci konkretni lekarze
nie dokształcają się na bieżąco, nie znają światowych trendów w
medycynie, nie zapoznali się z badaniami i statystykami dotyczącymi
porodów, które to statystyki wyraźnie wskazują na to iż
najbezpieczniejszy jest taki poród, kiedy rodząca poddaje się
naturalnym procesom porodowym, a personel jedynie ją w tym wspiera, nie
kieruje, nie ingeruje. Jednym słowem, brak kompetencji tych lekarzy stwarza realne
zagrożenie dla zdrowia i życia matek oraz ich dzieci. Zastanawiający
jest i bardzo niepokojący fakt, że im wyższe stanowisko w hierarchii w
służbie medycznej, tym paradoksalnie, mniejsza znajomość światowych
standardów okołoporodowych.
Wracając do wspomnianego na początku szczęścia, myślę też sobie wówczas, chociaż nie zawsze na głos wypowiadam, że to kobietom mającym zdrowe organizmy oraz w zdrowych ciążach, a decydującym się na poród w szpitalu trzeba życzyć dużo szczęścia, ponieważ będzie im potrzebne o wiele bardziej, niż tym, które zdecydowały się na poród w domu.
Wracając do wspomnianego na początku szczęścia, myślę też sobie wówczas, chociaż nie zawsze na głos wypowiadam, że to kobietom mającym zdrowe organizmy oraz w zdrowych ciążach, a decydującym się na poród w szpitalu trzeba życzyć dużo szczęścia, ponieważ będzie im potrzebne o wiele bardziej, niż tym, które zdecydowały się na poród w domu.
środa, 17 kwietnia 2013
O porodach w domu w Radiu TokFm
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Kto chce rodzić w domu ?
Kim jesteśmy my, rodzice, którzy decydują się na poród w domu? Czy to grupa nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych oszołomów ?
Otóż nie...
Jesteśmy rodzicami przez duże R. Świadomymi z czym się wiąże rodzicielstwo, oraz biorącymi porody w swoje ręce, ponieważ to ręce Rodziców powinny być tymi, które przyjmują jako pierwsze, dziecko na świat...
Bierzemy tez odpowiedzialność za nasz poród, tak jak i za całe nasze życie.
Jesteśmy Rodzicami mającymi wiedzę na temat fizjologii porodu, a Matki znają swoje ciała i potrafią z niego odczytywać sygnały.
Ufamy sobie nawzajem, a jeśli mamy starsze dzieci, to chcemy być prawdziwie zjednoczoną rodziną. Jesteśmy Rodzicami, którzy chcą dzieci wychowywać od początku do prawdziwego życia, a nie do życia w strachu.
Nie jesteśmy przeciwnikami szpitali, jedynie uważamy, że szpitale, zgodnie z przeznaczeniem- są dla chorych oraz by ratować życie w nagłych wypadkach.
Jacy jeszcze jesteśmy? Oto kilka cytatów z artykułów...
"Kilka słów chciałabym poświęcić rodzicom, którzy decydują się na urodzenie dziecka w domu. Z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że są to najczęściej ludzie, którzy mają pełną świadomość tego, że bycie rodziną zaczyna się dużo wcześniej, niż w momencie przyjścia dziecka na świat. Poród traktują jako ważne wydarzenie, są do niego przygotowani nie tylko merytorycznie, ale także duchowo. Bardzo dobrze wiedzą czego chcą, a czego nie są w stanie zaakceptować. Domowi rodzice to ludzie na tyle dojrzali, że decydują się pójść inną drogą niż wszyscy, żeby zrealizować marzenia o tym, jak ich dziecko ma przyjść na świat. Z ciekawości zrobiłam kiedyś statystykę dotyczącą ich zawodów i najwięcej było wśród "moich" par psychologów, pedagogów, ludzi związanych z medycyną tradycyjną i niekonwencjonalną oraz artystów. Żadna położna, mając do czynienia z takimi indywidualistami nie musi się obawiać popadnięcia w rutynę!...
" Kto decyduje się na urodzenie dziecka w domu? Najczęściej są to pary, które poród traktują jako ważne wydarzenie rodzinne. Są do tego przygotowane nie tylko merytorycznie, ale także duchowo. Nie wyobrażają sobie tego, żeby ich dziecko przyszło na świat w szpitalu. Nie chcą, aby ktoś obcy zawłaszczył choćby najmniejszą część z tego, co mogą wspólnie przeżyć. Zdaniem Wandy Szotyńskiej ważne jest, aby pragnienie porodu w domu było równie silne u matki jak i u ojca dziecka. Jeżeli tak się dzieje, to „wynika to z daleko idącej wewnętrznej potrzeby obojga i dużej integracji pomiędzy kobietą i mężczyzną” - twierdzi Wanda Szotyńska. „Domowi rodzice” to ludzie dojrzali, którzy decydują się pójść drogą inną niż większość, żeby zrealizować marzenia o tym szczególnym wydarzeniu. Dobrze wiedzą czego chcą, a czego nie są w stanie zaakceptować. „Często wypływa to z ich filozofii życia, cenią naturalność, a przecież poród jest zjawiskiem naturalnym. Również tryb życia, sposób odżywiania, często wiara – odgrywają tutaj bardzo ważną rolę”.
http://www.twoje9miesiecy.com/index.php?id=134
2. szacunku dla fizjologii porodu, czyli respektowania okresów i faz porodu w odniesieniu do tej jednej, konkretnej rodzącej
3. zezwolenia na przyjmowanie przez rodzącą dogodnych pozycji w każdym okresie porodu
4. zezwolenia na badanie położnicze wewnętrzne w czasie porodu w pozycji innej niż na wznak, np. na stojąco
5. niepodejmowania zbędnych interwencji medycznych, takich jak lewatywa, golenie krocza, rutynowe nacinanie krocza, przebijanie pęcherza płodowego, zbyt wczesnego odpępniania noworodka
6. nieburzenia poczucia bezpieczeństwa, które ma fundamentalne znaczenie dla przebiegu porodu
7. konstruktywnego informowania w razie pojawienia się patologii i konieczności przewiezienia do szpitala
8. szacunku dla sposobu przeżywania aktu porodu
9. szacunku dla narodowości, kultury, religii rodziców
10. szacunku dla wierzeń rodziców związanych z rytuałami porodowymi (o ile nie przyniosą negatywnych skutków zdrowotnych matce i dziecku)
11. empatii wobec rodzącej
12. wzmacniania rodzącej i jej partnera w trudnych chwilach porodu
13. zapewnienie maksymalnie długiego kontaktu rodziców z dzieckiem po porodzie (o ile są ku temu warunki położniczo-neonatologiczne)
14. wspólnego przeżywania radości lub traumy narodzin
Poród domowy w swojej istocie nie jest tylko zdarzeniem medycznym, nie jest wydarzeniem publicznym, nie jest porodem arbitralnie kontrolowanym, nie odbiera tożsamości rodzącej i jej partnerowi, nie odziera z szacunku rodzące się dziecko."
http://www.dobrzeurodzeni.pl/?i=48&idd=28
" Nie ma znaczenia, który to jest poród. Niektóre spośród pań decydują się na poród domowy, będąc w pierwszej ciąży, inne zaś – rodząc po raz kolejny. Czynnikiem zasadniczym jest podejście do życia. Z moich obserwacji wynika, że na taki poród decydują się w głównej mierze osoby, dla których możliwość decydowania o sobie jest bardzo istotna. Ponadto są to ludzie, dla których poród jest czymś więcej aniżeli tylko medycznym przeżyciem. Zdecydowanie najliczniejszą grupą wybierającą poród domowy są osoby wykonujące wolne zawody – artyści, dziennikarze. Także psycholodzy; jest też spora reprezentacja pracowników służby zdrowia. "
http://dzielnicarodzica.pl/18011/18/artykuly/ciaza_i_porod/porod/Zamienic_szpital_na_dom
"Kobiety kierują się również dobrymi i złymi doświadczeniami koleżanek, znajomych, które rodziły w szpitalu lub w domu. Jest wiele mam, które 2, 3 razy rodziły w szpitalu, a kolejny raz chcą rodzić w domu, gdyż mają złe doświadczenia z hospitalizacji. Tych rodzących mam najwięcej. Miały one poczucie przedmiotowego traktowania, niewłaściwej opieki, stąd ich decyzja o porodzie w domu. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której w szpitalu jest tylko jedna lub dwie położne dla kilku rodzących; dodatkowo położne te mają do wypełnienia wiele dodatkowych obowiązków administracyjnych. W warunkach domowego porodu jest jedna lub dwie położne, a jedna rodząca. My współuczestniczymy w rodzeniu w każdej minucie porodu: wspieramy kobietę, pomagamy stosownie do jej potrzeb, czuwamy nad bezpieczeństwem rodzącego się dziecka. Wspieramy również ojca uczestniczącego w porodzie; całą rodzinę na trudnym progu rodzicielstwa, jakim są narodziny dziecka w rodzinnym gnieździe."
http://www.prozdrowie.pl/Artykuly/Ciaza-i-Dziecko/Porod-i-polog/Porod-w-domu-fanaberia-czy-powrot-do-natury
"- Dlaczego zdecydowałaś się rodzić w domu?
- Nie widziałam żadnego powodu, dla którego nie miałabym rodzić w domu. Ciąża to przecież nie choroba.Poza tym jestem niezależna i mam zaufanie do swojego ciała. Znana propagatorka porodów naturalnych, autorka wielu publikacji na ten temat, antropolożka Sheila Kitzniger, porównała kiedyś poród w szpitalu do lotu samolotem. Wchodzisz i zdajesz się na pilota. To on ma doprowadzić cię do celu. Natomiast rodzenie w domu jest jak pływanie łódką. Sama jesteś sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Masz team pomocniczy, no ale to ty prowadzisz. Zrozumiałam, że chcę rodzić w domu, kiedy na studiach pokazano nam dwa filmy o porodach. Jeden z porodu w domu i zaraz potem drugi o porodzie w szpitalu. Różnica była ogromna na niekorzyść porodu szpitalnego."
http://www.mamazone.pl/artykuly/ciaza-i-porod/porod-i-polog/szkola-rodzenia/2012/jak-wyglada-porod-w-domu.aspx
"Badania pokazują, że przyszli rodzice, decydujący się na poród w warunkach domowych, są osobami bardziej świadomymi procesów rozwojowych dziecka przez cały okres ciąży. Przygotowują się do porodu z wielkim zaangażowaniem i chcą, by ich dziecko przyszło na świat w domu, nie zaś w sterylnych wnętrzach szpitala. Dla niektórych rodziców domowy poród to również możliwość ograniczenia stresu. Daje im poczucie, że matka rodzi „u siebie”, co w niewątpliwy sposób wpływa również na obniżenie stresu u dziecka. Poród domowy gwarantować może także większą prywatność i intymność, jakiej nie są raczej w stanie zapewnić polskie szpitale. Świadomość, że nikt przypadkowy, niepowołany nie będzie obecny podczas porodu jest bezcenna. Pozwala także matce na większą koncentrację i zachowanie pełnej świadomości w trakcie porodu. Kobiety, które decydują się na poród w domu, zwracają również uwagę na indywidualne podejście do ciężarnej ze strony położnej. Wcześniejsze rozmowy i spotkania kształtują relację opartą na zaufaniu."
http://pielegnacjadziecka.pl/mama/bede-rodzic-w-domu
Tacy jesteśmy - my rodzice decydujący się na porody w domu :)
Nikogo nie namawiamy siłą do rodzenia w domu, ale świecimy własnym dobrym przykładem, dzieląc się wspaniałymi relacjami tu: Relacje z porodów domowych
Otóż nie...
Jesteśmy rodzicami przez duże R. Świadomymi z czym się wiąże rodzicielstwo, oraz biorącymi porody w swoje ręce, ponieważ to ręce Rodziców powinny być tymi, które przyjmują jako pierwsze, dziecko na świat...
Bierzemy tez odpowiedzialność za nasz poród, tak jak i za całe nasze życie.
Jesteśmy Rodzicami mającymi wiedzę na temat fizjologii porodu, a Matki znają swoje ciała i potrafią z niego odczytywać sygnały.
Ufamy sobie nawzajem, a jeśli mamy starsze dzieci, to chcemy być prawdziwie zjednoczoną rodziną. Jesteśmy Rodzicami, którzy chcą dzieci wychowywać od początku do prawdziwego życia, a nie do życia w strachu.
Nie jesteśmy przeciwnikami szpitali, jedynie uważamy, że szpitale, zgodnie z przeznaczeniem- są dla chorych oraz by ratować życie w nagłych wypadkach.
Jacy jeszcze jesteśmy? Oto kilka cytatów z artykułów...
"Kilka słów chciałabym poświęcić rodzicom, którzy decydują się na urodzenie dziecka w domu. Z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że są to najczęściej ludzie, którzy mają pełną świadomość tego, że bycie rodziną zaczyna się dużo wcześniej, niż w momencie przyjścia dziecka na świat. Poród traktują jako ważne wydarzenie, są do niego przygotowani nie tylko merytorycznie, ale także duchowo. Bardzo dobrze wiedzą czego chcą, a czego nie są w stanie zaakceptować. Domowi rodzice to ludzie na tyle dojrzali, że decydują się pójść inną drogą niż wszyscy, żeby zrealizować marzenia o tym, jak ich dziecko ma przyjść na świat. Z ciekawości zrobiłam kiedyś statystykę dotyczącą ich zawodów i najwięcej było wśród "moich" par psychologów, pedagogów, ludzi związanych z medycyną tradycyjną i niekonwencjonalną oraz artystów. Żadna położna, mając do czynienia z takimi indywidualistami nie musi się obawiać popadnięcia w rutynę!...
...
O tym, że porody w domu nie są jedynie
potrzebą niewielkiej grupy fanatyków świadczy wyraźny wzrost ich liczby w
wielu krajach znacznie bogatszych od naszego, a co za tym idzie
oferujących usługi medyczne na wysokim poziomie. Jednocześnie zmienia
się w tych krajach stosunek środowiska lekarskiego do porodów
przyjmowanych w domach przez położne. Bardzo mocnym argumentem na
korzyść porodów poza szpitalem okazała się także ich opłacalność
ekonomiczna, o której u nas na razie się nie wspomina.
Wiele przemawia za tym, że rodzenie w
domu nie jest tylko rodzajem mody, ani podkreślaniem niezależności
swoich poglądów. Jestem pewna, że w końcu wszyscy przywykniemy do takiej
możliwości narodzin, tak samo jak nauczyliśmy się traktować jako
oczywistą obecność ojca przy porodzie. Wiem także, że taka zmiana
poglądów wymaga czasu, dyskusji, przedstawiania argumentów. Na tej
drodze na pewno postawiłyśmy już pierwsze kroki, ale ciągle jeszcze
wiele z nas ociąga się z wyruszeniem w obranym kierunku licząc, że ktoś
podejmie ten trud za nas. A naprawdę nie warto czekać aż ktoś podaruje
nam prawdziwą niezależność."
http://www.rodzicpoludzku.pl/Pozaszpitalne-miejsca-do-porodu/Porod-domowy-relikt-czy-przyszlosc.html
http://www.twoje9miesiecy.com/index.php?id=134
" Rodzice decydujący się na poród swojego dziecka w warunkach domowych i na opiekę położnej mają określone oczekiwania.
Oczekują między innymi:
1. profesjonalnego, a jednocześnie dyskretnego nadzoru, prowadzenia i towarzyszeniaOczekują między innymi:
2. szacunku dla fizjologii porodu, czyli respektowania okresów i faz porodu w odniesieniu do tej jednej, konkretnej rodzącej
3. zezwolenia na przyjmowanie przez rodzącą dogodnych pozycji w każdym okresie porodu
4. zezwolenia na badanie położnicze wewnętrzne w czasie porodu w pozycji innej niż na wznak, np. na stojąco
5. niepodejmowania zbędnych interwencji medycznych, takich jak lewatywa, golenie krocza, rutynowe nacinanie krocza, przebijanie pęcherza płodowego, zbyt wczesnego odpępniania noworodka
6. nieburzenia poczucia bezpieczeństwa, które ma fundamentalne znaczenie dla przebiegu porodu
7. konstruktywnego informowania w razie pojawienia się patologii i konieczności przewiezienia do szpitala
8. szacunku dla sposobu przeżywania aktu porodu
9. szacunku dla narodowości, kultury, religii rodziców
10. szacunku dla wierzeń rodziców związanych z rytuałami porodowymi (o ile nie przyniosą negatywnych skutków zdrowotnych matce i dziecku)
11. empatii wobec rodzącej
12. wzmacniania rodzącej i jej partnera w trudnych chwilach porodu
13. zapewnienie maksymalnie długiego kontaktu rodziców z dzieckiem po porodzie (o ile są ku temu warunki położniczo-neonatologiczne)
14. wspólnego przeżywania radości lub traumy narodzin
Poród domowy w swojej istocie nie jest tylko zdarzeniem medycznym, nie jest wydarzeniem publicznym, nie jest porodem arbitralnie kontrolowanym, nie odbiera tożsamości rodzącej i jej partnerowi, nie odziera z szacunku rodzące się dziecko."
http://www.dobrzeurodzeni.pl/?i=48&idd=28
" Nie ma znaczenia, który to jest poród. Niektóre spośród pań decydują się na poród domowy, będąc w pierwszej ciąży, inne zaś – rodząc po raz kolejny. Czynnikiem zasadniczym jest podejście do życia. Z moich obserwacji wynika, że na taki poród decydują się w głównej mierze osoby, dla których możliwość decydowania o sobie jest bardzo istotna. Ponadto są to ludzie, dla których poród jest czymś więcej aniżeli tylko medycznym przeżyciem. Zdecydowanie najliczniejszą grupą wybierającą poród domowy są osoby wykonujące wolne zawody – artyści, dziennikarze. Także psycholodzy; jest też spora reprezentacja pracowników służby zdrowia. "
http://dzielnicarodzica.pl/18011/18/artykuly/ciaza_i_porod/porod/Zamienic_szpital_na_dom
"Kobiety kierują się również dobrymi i złymi doświadczeniami koleżanek, znajomych, które rodziły w szpitalu lub w domu. Jest wiele mam, które 2, 3 razy rodziły w szpitalu, a kolejny raz chcą rodzić w domu, gdyż mają złe doświadczenia z hospitalizacji. Tych rodzących mam najwięcej. Miały one poczucie przedmiotowego traktowania, niewłaściwej opieki, stąd ich decyzja o porodzie w domu. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której w szpitalu jest tylko jedna lub dwie położne dla kilku rodzących; dodatkowo położne te mają do wypełnienia wiele dodatkowych obowiązków administracyjnych. W warunkach domowego porodu jest jedna lub dwie położne, a jedna rodząca. My współuczestniczymy w rodzeniu w każdej minucie porodu: wspieramy kobietę, pomagamy stosownie do jej potrzeb, czuwamy nad bezpieczeństwem rodzącego się dziecka. Wspieramy również ojca uczestniczącego w porodzie; całą rodzinę na trudnym progu rodzicielstwa, jakim są narodziny dziecka w rodzinnym gnieździe."
http://www.prozdrowie.pl/Artykuly/Ciaza-i-Dziecko/Porod-i-polog/Porod-w-domu-fanaberia-czy-powrot-do-natury
"- Dlaczego zdecydowałaś się rodzić w domu?
- Nie widziałam żadnego powodu, dla którego nie miałabym rodzić w domu. Ciąża to przecież nie choroba.Poza tym jestem niezależna i mam zaufanie do swojego ciała. Znana propagatorka porodów naturalnych, autorka wielu publikacji na ten temat, antropolożka Sheila Kitzniger, porównała kiedyś poród w szpitalu do lotu samolotem. Wchodzisz i zdajesz się na pilota. To on ma doprowadzić cię do celu. Natomiast rodzenie w domu jest jak pływanie łódką. Sama jesteś sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Masz team pomocniczy, no ale to ty prowadzisz. Zrozumiałam, że chcę rodzić w domu, kiedy na studiach pokazano nam dwa filmy o porodach. Jeden z porodu w domu i zaraz potem drugi o porodzie w szpitalu. Różnica była ogromna na niekorzyść porodu szpitalnego."
http://www.mamazone.pl/artykuly/ciaza-i-porod/porod-i-polog/szkola-rodzenia/2012/jak-wyglada-porod-w-domu.aspx
"Badania pokazują, że przyszli rodzice, decydujący się na poród w warunkach domowych, są osobami bardziej świadomymi procesów rozwojowych dziecka przez cały okres ciąży. Przygotowują się do porodu z wielkim zaangażowaniem i chcą, by ich dziecko przyszło na świat w domu, nie zaś w sterylnych wnętrzach szpitala. Dla niektórych rodziców domowy poród to również możliwość ograniczenia stresu. Daje im poczucie, że matka rodzi „u siebie”, co w niewątpliwy sposób wpływa również na obniżenie stresu u dziecka. Poród domowy gwarantować może także większą prywatność i intymność, jakiej nie są raczej w stanie zapewnić polskie szpitale. Świadomość, że nikt przypadkowy, niepowołany nie będzie obecny podczas porodu jest bezcenna. Pozwala także matce na większą koncentrację i zachowanie pełnej świadomości w trakcie porodu. Kobiety, które decydują się na poród w domu, zwracają również uwagę na indywidualne podejście do ciężarnej ze strony położnej. Wcześniejsze rozmowy i spotkania kształtują relację opartą na zaufaniu."
http://pielegnacjadziecka.pl/mama/bede-rodzic-w-domu
Tacy jesteśmy - my rodzice decydujący się na porody w domu :)
Nikogo nie namawiamy siłą do rodzenia w domu, ale świecimy własnym dobrym przykładem, dzieląc się wspaniałymi relacjami tu: Relacje z porodów domowych
sobota, 13 kwietnia 2013
Józef, droga do domu.
Józef urodził się jeden dzień po mojej córce Franciszce. Położne, które towarzyszyły nam w porodzie 12.03.2011, następnego dnia, 13.03.2011, pojechały do Agnieszki.
Nie znałyśmy się wcześniej, a o powyższym fakcie zgadałyśmy przypadkiem, chyba z rok później, na grupie fejsbukowej porodów domowych. Jaki ten świat jest mały...
Dodam jeszcze, że poród Józefa był wyjątkową niespodzianką... dlaczego? To już sami przeczytajcie :)
A
było to tak...
13.03.11.
Niedzielny poranek, tzw. termin.
Skurcze krótkie i miłe, dające nadzieję początku po
prysznicu znikają.
Niedzielne południe.
Wracają co 10 minut ale są krótkie,
niebolesne i się nie nasilają. Niemniej regularność sprawia, że
dzwonię o 14.30 do Mojej Położnej z informacją. Ustalamy, że
dojedzie w ciągu godziny. Przed 16 jest u nas. Ja siedzę sobie na
skraju łóżka ubrana stosownie do okazji w mężowską koszulkę z
reklamą piwa dla rozluźnienia atmosfery :) Po badaniu 4cm
rozwarcia, skurcze bez zmian, głowa wysoko. Rozmawiamy na tematy
akwarystyczne, podróżnicze, spożywcze oraz wszelkie inne;) Nuda,
panie jednym słowem.
Badanie ok 18:00, 6 cm ale głowa nadal wysoko,
skurcze nieco częstsze i mocniejsze, luz - blues. Po 19
przyjeżdża druga Położna (zwana dalej Położną Pomocną). Mnie
już trochę mocniej bierze, więc jak zebrani rozmawiają sobie i
pija kawkę, ja zamykam oczy i oddycham głęboko. Moja Położna
wpada na pomysł, by zostawić nas samych. One idą do kuchni. O jak
nam to dobrze robi! Jak dobrze jest się przytulić!
W pokoju ciemno,
tylko świece, cicha, spokojna muzyka. Od mniej więcej tego momentu
tracę poczucie czasu i nieco słuch. Położne wracają z pomysłem
zawiązania mnie w chustę, ponieważ główka nadal nie wstawiła
się do wyjścia. Zawiązują mnie w elastyczną chustę do noszenia
dzieci. Najpierw poleguję nieco na lewym boku, potem siadam, Położna
Pomocna za mną. W czasie skurczu (coraz mocniejsze) ona dociska
chustę, Moja Położna masuje mi na nogach punkty odpowiedzialne za
pobudzenie skurczy. Pocieszają mnie, że jak tylko odejdą wody
pójdzie jak z płatka. Jestem bardzo zmęczona. Muszę wstać,
ściągamy chustę, opieram się o łóżeczko. Skurcze są naprawdę
bardzo mocne i długie dodatkowo dochodzą nieznane mi wcześniej
potworne bóle krzyżowe, rzecz trudna bo oddech ich nie łagodzi.
Na
szczęście Położna Pomocna (która jest osobą drobniutką) idzie
z pomocą i z jej maleńkich dłoni płynie wielka moc: w czasie
każdego skurczu ściska mi biodra z przeogromną wręcz siłą.
Opieranie o łóżeczko zastępuję zawieszeniem się na Mężu,
który tak bezpiecznie pachnie...
Wody zaczynają się sączyć ale
mizernie, głowa nadal wysoko. Najpierw wizualizuję lejące się
wody, później łagodnie ponaglam, a z nadejściem sławnego 7cm
operuje w myślach tylko zaawansowana łaciną. Słowo się rzekło,
kobyłka u płota. Odchodzą wody zalewając całą podłogę :) Na
szczęście liczne stare prześcieradła w pogotowiu i potopu nie ma.
Zaczynam pojękiwać, płyną ze mnie niskie tony, wibrują w całym
ciele.
I teraz tak: w poprzednich porodach był to moment kiedy
czułam ewidentnie przejście do drugiego rozdziału, kiedy czułam
wręcz kosmiczny przypływ mocy, która wchodziła we mnie jakby z
góry, wypełniała ciało i wychodziła wraz z dzieckiem. Wszystko
to ułamki sekund ale absolutnie do wyczucia. A tu nic. A raczej coś
nowego. Poczucie, że przede mną trudny etap, jakby początek
ostatecznej walki(?). Patrzę na podkłady pode mną i co
widzę??!!!!?!?!? Smółka!!!! Ale o co chodzi???
Moja wersja ciągu
dalszego: nie mogę stać już. Klękam przy łóżeczku, jedna noga
odwiedziona, nie wiele słyszę, tylko Moją Położną w tle:
oddychaj, super, świetnie, oddychaj itd. Przychodzi parcie ale
jakieś obce, nieznane. Poddaje się mu. Niewygodnie. Przesuwam się
na kolanach do naszego łóżka, klękam przy nim, oddycham,
pojękuje. Czuję, że urodziło się już trochę dziecka ale nie ma
ulgi jak przy wyjściu główki. Dotykam. Małe to i dziwne!!?!
Zaglądam i nie wiele widzę ( w pokoju oprócz świec mała lampka).
Pierwsza myśl: pępowina wypadła, ratunku!! Ale nie ma czasu na
stres. Słyszę Moją Położną: podeprzyj głowę rękami, będzie
ci wygodniej. Jeszcze jeden skurcz i czuje, że dziecię urodzone. 4
ręce pode mną łapią i pierwsze co naprawdę słyszę: Syn. Zrywam
się do wstania, bo JUŻ go chce zobaczyć i przytulić. Kładę się
na łóżku, dostaję mojego Józefa Jakuba.
![]() |
Agnieszka z Józefem, pierwsze minuty. |
Położne mnie okrywają,
czekamy na łożysko. Rodzi się w ciągu kwadransa. Potem niewielkie
szycie po malutkim pęknięciu. Ja tulę moje maleństwo i kwilę,
ono trochę ssie pierś. Po ok 1,5 h pomiary. Kładziemy się do
łóżka i jest tak dobrze...
Wersja Męża od chwili odejścia wód:
Położne do siebie: smółka! Położna Pomocna wyciąga strzykawki,
buteleczki, rozkłada walizy - wszystko na wszelki wypadek, patrzą
na siebie, są w dużym napięciu ale nie ma paniki. Stan najwyższego
alarmu. Już wiedzą, że dziecko rodzi się w ułożeniu
pośladkowym.!! To co ja dotykam myśląc, że pępowina to nic
innego jak genitalia mojego syna :) Nikt z nas nie miał pojęcia, że
głowa nie jest na dole.... o i taka to droga Józefa do domu.
P.s.
Podczas zakładania szwu doznaję olśnienia i wołam: słuchajcie,
ja już WIEM! To było 4.03! W środku nocy obudziło mnie wielkie
szarpnięcie brzucha ale za chiny ludowe nie pomyślałam, że to
obrót!! (Ja, która o ciążach -porodach wiem nie mało i a Józef
jest 4 dzieckiem). Nawet mocno się zmartwiłam, bo dziecko do świtu
nie ruszało się, mimo potrząsania, kołysania, bujania, próśb i
gróźb. Jako, że rano zaczęło fikać koziołki zapomniałam o
całej sprawie.
Dopisek
po czasie: myślę, że tak bardzo zarządzałam energią w trakcie
porodu, że taki poród był mi zapisany - stąd całkowite
wykluczenie myśli o obrocie, nie rozpoznanie go.
Zdjęcie z archiwum domowego Agnieszki.
piątek, 12 kwietnia 2013
środa, 10 kwietnia 2013
Kwiat Lotosu
Pierwsza w tym roku ;) nadesłana opowieść o porodzie lotosowym... Dlaczego tak, czy to naprawdę takie niezwykłe i co to w ogóle jest ten poród lotosowy... Ewelina, która przygotowuje się na przyjęcie swojego trzeciego maleństwa, opowiada o dwóch poprzednich porodach- domowych i jednocześnie lotosowych. Czytając, podziwiałam niezwykłą dojrzałość wówczas stosunkowo młodych rodziców...
Dziękuję Ewelino i pełnego spokoju trzeciego porodu życzę, oczywiście czekamy na uzupełniającą relację <3
Dziękuję Ewelino i pełnego spokoju trzeciego porodu życzę, oczywiście czekamy na uzupełniającą relację <3
W tym roku, w październiku pojawi się
w naszym domu trzecie Maleństwo. Tak jak w przypadku naszego Synka i
Córci, planujemy poród domowy-lotosowy. Chciałabym opisać nasze
porody i związane z nimi emocje. Każdy z naszych porodów był
inny, wyjątkowy i wspaniały:) Każdy z nich przyniósł burzę
emocji i wrażeń, ale to „ten pierwszy” przełamał tabu, to
wtedy zmieniło się nasze postrzeganie tej małej istotki, jaką
jest nienarodzone dziecko. Pierwsza ciąża i poród sprawiły, że
zaczęliśmy myśleć nie o sobie, a o tym co zrobić, aby naszemu
maleństwu w czasie porodu pomóc. Dużo czytaliśmy na temat tego,
jak poród wpływa na dziecko, przez co ono przechodzi i jak może to
być dla tej malutkiej istotki traumatyczne, jeśli nie podejdziemy
do tematu z myślą o dziecku a jedynie o matce. Ja próbowałam, na
tyle na ile to możliwe, wczuć się w rolę tego Malucha, który
rodząc się, przybywa do krainy zupełnie sobie nieznanej, całkiem
innej niż ta w której powstał. Zrodziła się we mnie wtedy nie
tylko miłość, ale i ogromne współczucie. Zrozumiałam, że poród
to coś więcej niż wydanie na świat potomka. Pomyślałam o tym
magicznym przejściu. O tym ile taki malutki człowiek musi znieść,
aby wreszcie mógł cieszyć swoją obecnością rodzinę. Doszłam
do wniosku, że w naszym dorosłym świecie nie traktujemy z
należytym szacunkiem noworodków i niemowląt, że podchodzimy do
porodu w sposób wręcz bestialski, okrutny. Chciałam i nadal chcę
zrobić wszystko, aby to się zmieniło. Postanowiłam wraz z mężem
zacząć od naszej rodziny.
Tak więc, pierwszy raz w ciążę
zaszliśmy mając - ja 18, mąż 19 lat. Kupiliśmy wcześniej
książkę na temat porodów naturalnych i tam natrafiliśmy na
wzmiankę o porodach domowych. To rozwiązanie wydało nam się tak
wspaniałe i oczywiste, że nawet przez chwilę nie braliśmy pod
uwagę porodu w szpitalu. Od dziecka często byłam pacjentką
szpitala, więc moja awersja do tych placówek była tak duża, że
właśnie porodu obawiałam się od zawsze. Nie znałam wtedy innego
wyjścia i całość napawała mnie przerażeniem. Na szczęście
dzięki pomocy internetu znaleźliśmy położną z Łodzi. Nasz
młody wiek stawał czasem na przeszkodzie, gdyż nie brano na
poważnie naszego zdeterminowania. Jednak nie poddaliśmy się i
urodziliśmy w domu nasze pierwsze dziecko.
Skurcze zaczęły się ok
godz. 9 rano, po dobrze przespanej nocy i smacznym śniadaniu:) Przez
wszystkie fazy porodu towarzyszył mi mąż, który wykazał się
ogromną odwagą opanowaniem i ogromnym wsparciem. Cały czas odkąd
zaczęły się skurcze podtrzymywał mnie i fizycznie i na duchu:). Z
uśmiechem na ustach przypominam sobie momenty, w których aby
rozchodzić skurcze, dreptałam podparta na Jego ramionach dookoła
stolika. Później kilkanaście minut w wannie z letnią wodą i
już... zaczęło się parcie. Wody odeszły w wannie. Położna
dotarła do nas właśnie w tym momencie, gdyż nie chcieliśmy
wcześniej pomocy. Pamiętam jedną obawę tłukącą mi się po
głowie, która wynikała jedynie z mojej niewiedzy. Obawiałam się,
że prąc w niewłaściwym momencie, mogę zrobić dziecku krzywdę.
Potem dopiero przeczytałam, że nie mogłabym dziecku zaszkodzić,
będąc spokojną i poddając się falom parcia. Poród był niezbyt
bolesny - przyznam, że nastawiłam się na katusze:) Synek urodził
się o godz. 15:15, 05.10.09r., był długi na 57cm, ważył 3700g
i miał 9 pkt. w skali Apgar.
Cały poród trwał ok 6 godz. Sądzę, że to szybkie
rozwiązanie wzięło się z tego, iż moja macica przygotowywała
się wcześniej do porodu, bowiem już od dwóch dni odczuwałam
nieregularne, choć częste i niezbyt bolesne skurcze. Jedyne co mogę
rzec, to to jakże jestem wdzięczna Matce Naturze za to, że
obdarzyła nas kobiety w hormony, które tak zmieniają naszą
percepcję w czasie porodu:)
Pierwszy poród pamiętam jako
niezwykły, ponieważ jednocześnie wszystko staje się jasne a
zarazem wszystko jest tak nowe. Na swój skomplikowany, niejasny dla
mnie na co dzień sposób, poród był taki cudowny! Nie paliliśmy
świeczek, nie włączyliśmy muzyki, gdyż nawet nam to nie przyszło
do głowy, wszystko było zwyczajne i proste. Tylko ja, mąż i
cisza, spokój. Nie ma strachu, jest za to coś pierwotnego i
niezwykłego.
Poród w domu dał mi ogromną siłę i wiarę we własne możliwości. Poczucie tego, że panuję nad tym wspaniałym wydarzeniem, nad momentem przejścia mojego dziecka do nowego świata. Poczucie, że zapewniam mu odpowiedni klimat i warunki do godnego początku, bez lęku. Co dziwne, nie bałam się, czułam, że to iż zamiast w szpitalu jestem w domu, jest czymś właściwym, naturalnym. Szpital jest przecież dla ludzi chorych, potrzebujących pomocy. Ja byłam zdrowa, moje dziecko też, więc nic nie stało na przeszkodzie. Lekarze w czasie obu ciąż pytali mnie czy nie boję się tego, że w czasie porodu domowego stanie się coś złego, że nie mam tam zapewnionej odpowiedniej opieki w razie sytuacji krytycznej (poza pomocą położnej). Nie umiem do końca tego wyjaśnić, jednak nie miałam takich obaw. Wiedziałam instynktownie, że w szpitalu bałabym się a wtedy moje opanowanie ulotni się i mnie sparaliżuje strach. Bałam się, że będę musiała podporządkować się woli pielęgniarek i lekarza. Być może musiałabym zażyć jakieś leki na przyspieszenie porodu (za każdym razem rodziłam 9 dni po terminie). Ja tego zamieszania nie chciałam. Nie chciałam, aby ktoś zakłócał mi ten czas, ten moment. Nie chciałam aby ktoś obcy, beż żadnego zaangażowania emocjonalnego, dotykał moje nowo narodzone dziecko, kogoś dla mnie tak ważnego. Poza tym ja wiedziałam, że nic złego się nie stanie! Ktoś może powiedzieć, że to tylko przekonanie, a różne rzeczy mogą się zdarzyć. Jednakże ja uważam, że dużo złego może stać się również w szpitalu, gdyż ludzie i tak nie mają na wszystko wpływu, choćby nie wiem jak bardzo chcieli.
Poród w domu dał mi ogromną siłę i wiarę we własne możliwości. Poczucie tego, że panuję nad tym wspaniałym wydarzeniem, nad momentem przejścia mojego dziecka do nowego świata. Poczucie, że zapewniam mu odpowiedni klimat i warunki do godnego początku, bez lęku. Co dziwne, nie bałam się, czułam, że to iż zamiast w szpitalu jestem w domu, jest czymś właściwym, naturalnym. Szpital jest przecież dla ludzi chorych, potrzebujących pomocy. Ja byłam zdrowa, moje dziecko też, więc nic nie stało na przeszkodzie. Lekarze w czasie obu ciąż pytali mnie czy nie boję się tego, że w czasie porodu domowego stanie się coś złego, że nie mam tam zapewnionej odpowiedniej opieki w razie sytuacji krytycznej (poza pomocą położnej). Nie umiem do końca tego wyjaśnić, jednak nie miałam takich obaw. Wiedziałam instynktownie, że w szpitalu bałabym się a wtedy moje opanowanie ulotni się i mnie sparaliżuje strach. Bałam się, że będę musiała podporządkować się woli pielęgniarek i lekarza. Być może musiałabym zażyć jakieś leki na przyspieszenie porodu (za każdym razem rodziłam 9 dni po terminie). Ja tego zamieszania nie chciałam. Nie chciałam, aby ktoś zakłócał mi ten czas, ten moment. Nie chciałam aby ktoś obcy, beż żadnego zaangażowania emocjonalnego, dotykał moje nowo narodzone dziecko, kogoś dla mnie tak ważnego. Poza tym ja wiedziałam, że nic złego się nie stanie! Ktoś może powiedzieć, że to tylko przekonanie, a różne rzeczy mogą się zdarzyć. Jednakże ja uważam, że dużo złego może stać się również w szpitalu, gdyż ludzie i tak nie mają na wszystko wpływu, choćby nie wiem jak bardzo chcieli.
Moja druga ciąża również
przebiegała wzorowo, chociaż w trzecim trymestrze podczas badania
usg zaszła pomyłka, która wprowadziła w nasze dusze duży
niepokój. Mianowicie niekompetentni lekarze podejrzewali u mnie
wystąpienie łożyska przodującego, co wykluczało poród w domu. W
grę w takim przypadku wchodziło jedynie cesarskie cięcie. Na
szczęście ponowne usg, u innego specjalisty, wykluczyło tę
ogromnie przykrą dla mnie nowinę. W czasie tej ciąży obawiałam
się jedynie, że poród może boleć bardziej niż za pierwszym
razem. Poza tym czułam instynktownie, że Córeczka urodzi się w
nocy a to również nie dodawało mi animuszu. Jak już pisałam
powyżej - pozytywne podejście i nastawienie to podstawa, ale ja
niestety nastawiłam się na duży ból. Bóle zaczęły się o 20.
Położna musiała dojechać do nas (do Koszalina, bo tam
przenieśliśmy się z Łodzi) z Gdańska, więc została
poinformowana od razu o rozpoczętej akcji. Na szczęście była to
kobieta, potrafiąca wyczuć kiedy jest potrzebna.
Cały czas
spędziłam z mężem, podczas gdy ona trzymała się na uboczu, tak
aby nie zakłócić naszego rytmu przechodzenia przez skurcze. Ten
poród był bardziej bolesny (mimo tego, że pobyt w wodzie w wannie
bardzo uśmierzał ból), jednakże uważam, że to z racji zmęczenia
i pracowitego dnia - dzieciątko urodziło
się o 3:20 w nocy, a ja nie drzemałam ani w czasie
dnia, ani w czasie skurczy. Cały poród pamiętam bardzo
niewyraźnie, tak jak gdyby był to sen nie jawa. Senna/nocna
atmosfera. Cudowne znieczulające działanie hormonów i zmęczenie
spowodowały, że poddałam się wszystkiemu co następowało bez
żadnych oporów, nie próbowałam - jak za pierwszym razem, panować
nad wszystkim. Wyłączyłam myślenie i oddałam się całkowicie w
ręce swojego ciała... Choć to dziwnie brzmi, tak właśnie było.
Nie wiem czy to wynikało tylko z braku sił. Tym razem również nie
było świec ani muzyki. Za oknem noc a w pokoju została zapalona
jedna lampa, dająca bardzo niewiele światła. Jak przez mgłę
pamiętam, że kołysałam się z mężem w rytm skurczy. Zdarzały
się wtedy chwile słabości, że nie dam rady. Teraz myślę, że na
swój sposób sama się dopingowałam tym biadoleniem:) Wszystko
jednak nabrało wyrazu w momencie otrzymania mojej Malutkiej. Czułam
się wtedy jak nowo narodzona i co dziwne - nabrałam ogromnej
energii :). Poród trwał 7godzin. Córeczka urodziła się
01.08.11r., mierzyła 55cm i ważyła 3540g, miała 10
pkt w skali Apgar.
Nasz dwuletni wtedy Synek nie był
obecny przy porodzie. Planowaliśmy, że gdyby poród zaczął się w
ciągu dnia Natan pozostałby pod opieką swojej ulubionej sąsiadki.
Z racji na późną porę postanowiliśmy poczekać na jego pobudkę.
Jednak Synek przespał całą noc snem sprawiedliwego w sąsiednim
pokoju, za co jesteśmy mu ogromnie wdzięczni:) Dopiero ok godz 6
obudził się i przywitał spodziewanego-niespodziewanego gościa.
Chciałabym jeszcze dodać, że nasze
Maluchy rodziły się LOTOSOWO, czyli po porodzie nie miały
odcinanej pępowiny. Moje doświadczenia z porodem lotosowym w obu
połogach były takie same – bardzo pozytywne. Dzieci zachowywały
się prawie w identyczny sposób. Razem z mężem opiekowaliśmy się
Maleństwem, jednak to ja zajęłam się łożyskiem.
Po urodzeniu
łożyska przenieśliśmy je na durszlak, znajdujący się w misce,
którą trzymaliśmy cały czas blisko dziecka. Po kilku godzinach
(po odpoczynku) obmyłam łożysko ciepłą wodą, usunęłam krew i
osuszyłam w pieluszce tetrowej. Przed owinięciem łożyska w świeżą
i suchą pieluchę, obsypałam je solą morską średniej grubości
(ta wydaje nam się najlepsza), zawinęłam i położyłam do miski,
którą ustawiałam zawsze wyżej niż dziecko i wystarczająco
blisko malca. Sól i pieluszkę tetrową zmieniałam co 24 godziny.
W obu przypadkach pępowinka wyschła do dwóch dni i odpadła po
dziewięciu, pozostawiając ślicznie zagojone pępuszki. Łożysko
natomiast było ususzone po ok 6 dniach. Szczerze polecam porody
lotosowe, ponieważ mają wiele zalet, m.in. dzieci nie są
pozbawione tej drogocennej krwi z łożyska a na dodatek są takie
spokojne i cichutkie, jakby ukojone. Czytałam o traumie jaką
przeżywa dziecko odłączone od swojego "bliźniaka-łożyska"-
to uczucie ogromnej straty, strach i ból rozstania. Nie widziałam w
rzeczywistości jak zachowują się dzieci, które są łożyska
pozbawiane, nie wiem też co dokładnie czują, jednak to co
widziałam, gdy patrzyłam na swoje maluchy, jest nie do opisania. To
utwierdziło mnie przekonaniu, że postąpiliśmy słusznie. Dzieci
miały mniejsze zapotrzebowanie na pokarm (Drogie Mamy- polecam w ten
czas laktator), nie płakały, nie było krzyku. Leżały sobie
jedynie, gaworzyły i robiły cudne minki:). Co prawda pielęgnacja
łożyska może być dla kogoś odrażająca i wymagająca (dokładny
opis znajduje się w książce „Lotosowy poród. Narodziny w nowym
świetle”), jednakże dla mnie było to czymś przyjemnym. To tak
jakbym opiekowała się częścią mojego Skarbu.
Trudniejsze okazuje się kąpanie i ubieranie dziecka (polecamy wiązane na brzuszku bluzeczki i kaftaniki). My radziliśmy sobie postępując zgodnie z zasadami z książki. Problematyczna była zaschnięta pępowina przy pępuszku, która trochę skórę naciągała przy poruszaniu Malucha, jednak dziecko nie odczuwało bólu, to tylko nieprzyjemnie wyglądało:) Moczyłam delikatnie pępowinkę przy brzuszku, aby zmieniać jej kształt w razie potrzeby. Co do karmienia, to pamiętam jak mąż trzymał miskę z łożyskiem ( później już podkładałam pod miskę z łożyskiem poduszki, tak aby łożysko leżało wyżej niż dziecko) a ja oparta plecami na poduszkach karmiłam i delikatnie podtrzymywałam pępowinę, aby nie wykrzywiała skóry. Przy zmianie piersi musiałam delikatnie okręcić pępowinę, tak aby pozostawić skórę nie skręconą. Trzeba kombinować:). Pierwszy raz kąpaliśmy nasze dzieci po odrzuceniu łożyska. Wcześniej przemywaliśmy dzieci myjką. Nie jestem zwolenniczką kąpania dzieci od razu po porodzie. Naturalna powłoka utworzona na powierzchni skóry malucha dawała mu barierę ochronna przed naszą atmosferą i innymi czynnikami. Oczywiście z czasem jak dziecko przyzwyczai się do nowego miejsca i nie ma już pępowiny, nic nie stoi na przeszkodzie do zabaw w wodzie, które tak wszystkie maluchy uwielbiają:)
Trudniejsze okazuje się kąpanie i ubieranie dziecka (polecamy wiązane na brzuszku bluzeczki i kaftaniki). My radziliśmy sobie postępując zgodnie z zasadami z książki. Problematyczna była zaschnięta pępowina przy pępuszku, która trochę skórę naciągała przy poruszaniu Malucha, jednak dziecko nie odczuwało bólu, to tylko nieprzyjemnie wyglądało:) Moczyłam delikatnie pępowinkę przy brzuszku, aby zmieniać jej kształt w razie potrzeby. Co do karmienia, to pamiętam jak mąż trzymał miskę z łożyskiem ( później już podkładałam pod miskę z łożyskiem poduszki, tak aby łożysko leżało wyżej niż dziecko) a ja oparta plecami na poduszkach karmiłam i delikatnie podtrzymywałam pępowinę, aby nie wykrzywiała skóry. Przy zmianie piersi musiałam delikatnie okręcić pępowinę, tak aby pozostawić skórę nie skręconą. Trzeba kombinować:). Pierwszy raz kąpaliśmy nasze dzieci po odrzuceniu łożyska. Wcześniej przemywaliśmy dzieci myjką. Nie jestem zwolenniczką kąpania dzieci od razu po porodzie. Naturalna powłoka utworzona na powierzchni skóry malucha dawała mu barierę ochronna przed naszą atmosferą i innymi czynnikami. Oczywiście z czasem jak dziecko przyzwyczai się do nowego miejsca i nie ma już pępowiny, nic nie stoi na przeszkodzie do zabaw w wodzie, które tak wszystkie maluchy uwielbiają:)
Poza tym nasze pociechy nie zostały
na nic szczepione, gdyż po przeczytaniu "Listu prof. Marii
Doroty Majewskiej w sprawie szczepionek" uważamy, że
szczepienia jedynie szkodzą. Jednakże to tylko nasze przekonanie i
nie piszemy o tym po to, aby kogoś przekonywać do swoich racji:)
Obydwie położne z którymi rodziliśmy, czyli Dorotka z Łodzi i Ela z Gdyni, nie były wcześniej zaznajomione z porodami lotosowymi. Obydwie podeszły do tego poważnie i po głębszym zaznajomieniu z tematem, wspierały nas. Pani Ela dodatkowo zaznajomiła mnie z tematem naturalnego planowania rodziny. Mój pierwszy poród, w którym pod koniec asystowała Dorota, mógł w razie komplikacji lub w przypadku gdyby położna miała dyżur ( co się na szczęście nie stało) odbyć się w szpitalu Kopernika w Łodzi. Wcześniej obejrzałam dokładnie salę i powiem szczerze nie było tak źle:) Mogłabym tam rodzić naturalnie, siedzieć na piłeczce, chodzić w czasie skurczy itp. To już było coś dobrego. Jedyne co mi nie odpowiadało to niecierpliwość Doroty podczas porodu łożyska. Czułam się trochę popędzana, no i przeszkadzało mi lekkie pociąganie położnej za łożysko. To mnie stresowało i jedyny raz poczułam dyskomfort. Podczas drugiego porodu nie miałam takiego zabezpieczenia. Jedyne co nam pozostawało, to jechać do szpitala i mieć nadzieję, że spotkamy "ludzi". Dodam, że 7 dni po terminie byłam na ktg w szpitalu w Koszalinie, ale uciekłam w popłochu, gdy usłyszałam, że już powinnam być na sali z kroplówką oraz że czekanie może tylko dziecku zaszkodzić. Nie pozwoliłam sprawdzać stanu wód płodowych (co to za badanie i czy boli- nie wiem), gdyż obawiałam się niesympatycznej lekarki. Z racji na dużą odległość między nami a położną, istniało ryzyko w postaci tempa porodu (położna mogła nie zdążyć), a także terminów, w których Ela nie mogłaby przyjechać. Położna badała mnie chyba raz (nie chciałam być dotykana, a nie było też potrzeby, aby robić to częściej) za to często sprawdzała tętno Córeczki. Obydwa porody odbyły się w pozycji siedzącej - za pierwszym razem na stołku do porodu, za drugim na kanapie opierając się plecami o męża:) Również w obu przypadkach nie miałam nacinanego krocza (co jak słyszałam, w szpitalach jest częste), a jedynie w czasie pierwszego porodu delikatnie popękałam w trzech miejscach. W czasie porodu nie czułam tego nawet, jednak przy szyciu jest gorzej, tym bardziej dla takiego nadwrażliwca jak ja:)
Obydwie położne z którymi rodziliśmy, czyli Dorotka z Łodzi i Ela z Gdyni, nie były wcześniej zaznajomione z porodami lotosowymi. Obydwie podeszły do tego poważnie i po głębszym zaznajomieniu z tematem, wspierały nas. Pani Ela dodatkowo zaznajomiła mnie z tematem naturalnego planowania rodziny. Mój pierwszy poród, w którym pod koniec asystowała Dorota, mógł w razie komplikacji lub w przypadku gdyby położna miała dyżur ( co się na szczęście nie stało) odbyć się w szpitalu Kopernika w Łodzi. Wcześniej obejrzałam dokładnie salę i powiem szczerze nie było tak źle:) Mogłabym tam rodzić naturalnie, siedzieć na piłeczce, chodzić w czasie skurczy itp. To już było coś dobrego. Jedyne co mi nie odpowiadało to niecierpliwość Doroty podczas porodu łożyska. Czułam się trochę popędzana, no i przeszkadzało mi lekkie pociąganie położnej za łożysko. To mnie stresowało i jedyny raz poczułam dyskomfort. Podczas drugiego porodu nie miałam takiego zabezpieczenia. Jedyne co nam pozostawało, to jechać do szpitala i mieć nadzieję, że spotkamy "ludzi". Dodam, że 7 dni po terminie byłam na ktg w szpitalu w Koszalinie, ale uciekłam w popłochu, gdy usłyszałam, że już powinnam być na sali z kroplówką oraz że czekanie może tylko dziecku zaszkodzić. Nie pozwoliłam sprawdzać stanu wód płodowych (co to za badanie i czy boli- nie wiem), gdyż obawiałam się niesympatycznej lekarki. Z racji na dużą odległość między nami a położną, istniało ryzyko w postaci tempa porodu (położna mogła nie zdążyć), a także terminów, w których Ela nie mogłaby przyjechać. Położna badała mnie chyba raz (nie chciałam być dotykana, a nie było też potrzeby, aby robić to częściej) za to często sprawdzała tętno Córeczki. Obydwa porody odbyły się w pozycji siedzącej - za pierwszym razem na stołku do porodu, za drugim na kanapie opierając się plecami o męża:) Również w obu przypadkach nie miałam nacinanego krocza (co jak słyszałam, w szpitalach jest częste), a jedynie w czasie pierwszego porodu delikatnie popękałam w trzech miejscach. W czasie porodu nie czułam tego nawet, jednak przy szyciu jest gorzej, tym bardziej dla takiego nadwrażliwca jak ja:)
Szczerze polecam wszystkim
kobietom, aby poddały się swojemu instynktowi/intuicji tak jak ja
to zrobiłam. To nasz wewnętrzny dar i warto w niego uwierzyć! Nie
możemy pozwalać, aby strach brał nad nami górę.
Pozdrawiamy bardzo serdecznie
wszystkich czytających;)
Ewelina i Łukasz wraz z Natankiem,
Tosią i Maluszkiem, który objawi się nam jesienią.
Autorka: Ewelina,
zdjęcia z archiwum prywatnego Eweliny i Łukasza
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Rozmowa o porodzie domowym w sosrodzice.pl
„Właśnie ze względu na odpowiedzialność, jaką przyjmuję na siebie: za zdrowie dziecka i swoje, zdecydowałam się na porody w domu, ponieważ na stan zdrowia dziecka zarówno fizyczny, jak i psychiczny wpływa całokształt procesów okołoporodowych. Nie chcę oddawać swojego porodu i dziecka w ręce instytucji, gdzie zależeć to będzie od przypadkowych ludzi, będących akurat na dyżurze. Ciało wie jak rodzić. Przyjmuję odpowiedzialność za poród, świadoma, że wbrew obiegowym opiniom, szpital nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia porodu, w domu jest podobnie..."
O tym jak przygotować się do porodu domowego, czy jest bezpieczny, skąd uprzedzenia i czy każda kobieta może rodzić w domu, na te i inne pytania odpowiadam w portalu sosrodzice.pl
sobota, 6 kwietnia 2013
Rodzimy w domu w "Pytaniu na sniadanie"
Wczoraj byliśmy z całą rodziną gośćmi Moniki Richardson i Zbigniewa Zamachowskiego w programie TVP2 "Pytanie na śniadanie" .
Rozmawialiśmy o projekcie książki "Rodzimy w domu" oraz na temat porodów domowych, zdaliśmy "wstrząsającą" relację z porodu Kajtka, bardzo mnie korciło, aby podkoloryzować opowieść np. przegryzieniem pępowiny, ale się powstrzymałam resztkami woli ;) Natasza opowiedziała o swoich dalekosiężnych planach na przyszłość, a Frania została Frankiem. Ja pokazałam światu swój brzydszy profil, nie pozwoliłam Zbyszkowi "odbierać" porodów, ( wtrącanie się w czyjeś słowo było niegrzeczne, przepraszam, ). Mój mąż dzięki wystąpieniu u mojego boku, został od razu nobilitowany na "autora bloga i książki "Rodzimy w domu", zawsze mu powtarzam, żeby się trzymał blisko mnie to daleko zajdzie... Oczywiście wyczailiśmy okazję aby pozdrowić polską ikonę położnictwa domowego, kochaną Panią Irenę Chołuj ;)
Tak na serio, było bardzo sympatycznie, atmosfera na planie bardzo przyjazna. Zbigniew, jak sam przyznał, chyba równie zestresowany, co my, gdyż był to jego debiut jako prowadzącego w "Pytaniu na śniadanie". Monika jak zawsze, w pełni profesjonalna, oboje bardzo otwarci na rozmowę. Pewnie w tym temacie moglibyśmy przegadać i trzy godziny ;). Czasu było troszkę mało na rozwinięcie tematu, ale obejrzyjcie sami...
Oczywiście zapraszam cały czas do nadsyłania relacji z porodów domowych.
Przypominam, że jest to projekt niekomercyjny, książka zawierająca zbiór autentycznych relacji z porodów domowych, które nadesłały mi kobiety i podstawowe informacje o porodzie domowym będzie dostępna bezpłatnie .Stąd właśnie pieniądze na realizację zbierane od Was wszystkich- darczyńców.
Przypominam, że jest to projekt niekomercyjny, książka zawierająca zbiór autentycznych relacji z porodów domowych, które nadesłały mi kobiety i podstawowe informacje o porodzie domowym będzie dostępna bezpłatnie .Stąd właśnie pieniądze na realizację zbierane od Was wszystkich- darczyńców.
czwartek, 4 kwietnia 2013
Życie jest cudem !
Opowieść Dominiki, długa, cudna...
Cieszę się, że napisałaś o swoim można powiedzieć, wieloletnim ;) dojrzewaniu do porodu domowego, myślę, że takie doświadczenie jest nieobce wielu rodzącym w domu...
2 marca
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wydawało mi się, że nie lubię dzieci, a myśl o macierzyństwie była mi odległa jak marzenie o śniegu w środku lata, usłyszałam o porodach domowych. Pomysł, jako taki, nawet mi się spodobał - czysto teoretycznie. Wtedy jeszcze zakładałam (ba, cieszyłam się!), że jakby co, to cesarkę, ze względu na wadę wzroku, mam raczej pewną, co uznałam za słuszne i zbawienne.
Minęło kilka lat, mój zegar biologiczny kazał mi zrewidować poglądy na dzieci i widok maluchów w wieku niemowlęcym zaczął mnie podejrzanie rozczulać. Małżonek w pełni zaaprobował pomysł przedłużenia rodu i oto już za kilka miesięcy zostanę mamą. Wizja cesarskiego cięcia jako najlepszego sposobu na powicie dziecięcia, odeszła w siną dal jak kartki na mięso, kiedy dotarło do mnie, że to całkiem poważna operacja i nie ma takiej opcji, żebym się dobrowolnie pchała pod skalpel. Zwłaszcza, że stchórzyłam przed banalnym wycięciem migdałków. Za to ziarenko myśli o porodzie domowym zakiełkowało we mnie na początku ciąży i dojrzewa, dojrzewa spokojnie. Nie trzymam się jej kurczowo, obserwuję, czekam.
15 kwietnia
Im bardziej jestem w ciąży tym bardziej myśl o porodzie domowym jest mi bliższa. Zdaje się, że podświadomie zdecydowałam się gdzieś tak w okolicy drugiego miesiąca Teraz wiem już na pewno - chcę rodzić w domu. Chcę, żeby moje dziecko przyszło na świat w przyjaznej, intymnej, domowej atmosferze. Chcę, żeby po urodzeniu było tylko i wyłącznie ze mną i ze swoim tatą, otoczone naszymi, domowymi bakteriami, których, w przeciwieństwie do tych szpitalnych, wcale się nie obawiam. Nie wyobrażam sobie żebrania o to, aby pozwolono mi (tak jakby dziecko było własnością szpitala) trzymać moje maleństwo przy piersi po urodzeniu tak długo, jak będę miała taką potrzebę i ochotę. Moja przyjaciółka, której niemal siłą zabrano synka natychmiast po porodzie (bo rzecz jasna natychmiast trzeba było go zmierzyć, zważyć oraz ogólnie oporządzić), do tej pory wspomina to jako najgorszą chwilę w swoim życiu. Nie chcę, aby świecono maluchowi w oczy szpitalnymi lampami, kąpano, smarowano oczy metalem szlachetnym, niepotrzebnie dokarmiano, zatykano smoczkiem, zabierano na oddział noworodkowy „żebym sobie odpoczęła”. Odpocznę sobie po śmierci, jak mawia moja babcia. Chcę urodzić siłami natury, bez „wspomagaczy” medycznych, co w szpitalu jest mało prawdopodobne. Nie życzę sobie standardowych procedur szpitalnych - przebijania pęcherza, wszechobecnej oksytocyny, nacinania krocza, rodzenia w pozycji „zaproponowanej przez personel”, czyli wiadomo jakiej. O atrakcjach w postaci naciskania na brzuch, kleszczach i próżnociągu nawet nie myślę. Nie chcę płacić za poród rodzinny, czy to w formie cegiełki, czy też ubranka dla tatusia za 150 zł. Boję się szpitalnej rutyny. Chcę rodzić tak długo, jak długo będzie trzeba, nie wyobrażam sobie poganiania przez położne lub lekarzy, co spotyka wiele moich koleżanek. Nie dla mnie leżenie plackiem pod KTG, co po pierwsze nie ma sensu, a po drugie bywa szkodliwe. Nie chcę zależeć od humoru personelu medycznego - od pań w izbie przyjęć, poprzez lekarzy aż do salowych. W moim mieście poród najczęściej jest walką pomiędzy ów wszechwiedzącym personelem medycznym i położnicami, pardon, „pacjentkami”, jak to się teraz nazywa - tak przynajmniej wynika z relacji moich koleżanek, wszystkich, co do jednej. Nie chcę walczyć. Sala porodowa nie powinna być polem bitwy. Położnica i tak jest w niej skazana na porażkę - słysząc słynne, niezmienne od lat hasło „to dla dobra dziecka” zgodzi się na wszystko, nie pytając nawet o sens wykonywanych czynności, badań czy nazwy podawanych leków. Znając mój niepokorny charakter byłaby to bitwa pod Grunwaldem, ale nie o to mi chodzi. Nie chcę walczyć, nie chcę również przeżyć porodu na zasadzie „zacisnę zęby i jakoś to będzie” - byle szybko, byle jak. Chcę urodzić naturalnie i pięknie! Rodzi się w dużej mierze „głową”, nie sądzę, abym w szpitalu mogła się wyciszyć i zaufać instynktowi. Nie jestem chora, nie idę do szpitala!
Pragnę znaleźć położną, której zaufam, której, jeśli powie cokolwiek „dla dobra dziecka”, posłucham i będę wiedziała, że ma rację i bynajmniej nie chodzi li i jedynie o jej wygodę. Pomijając to wszystko, poród w domu stał się dla mnie absolutnie naturalną koleją rzeczy. Instynktownie czuję, że to najlepsze, co mogę zrobić dla siebie i dla małej istotki w moim łonie.
23 kwietnia
Ja, która do niedawna na każdy, niewielki nawet ból, reagowałam, odruchowo wręcz, ibuprofenem, paracetamolem, ketonalem, w ogóle nie boję się porodu! Ból chorobowy - o tak, ten mnie przeraża. Ból porodowy wydaje mi się naturalny, akceptuję go, oswajam, wiem, że dam radę. Przeszłam kiedyś 12 km po śniegu, po górach, z kolką nerkową. Jeżeli przeżyłam tamto, przeżyję wszystko - nie wyobrażam sobie gorszego doświadczenia.
5 maja
Jedziemy na zajęcia. Szkoła Świadomego Macierzyństwa - jak ładnie to brzmi, o ileż więcej treści zawiera w sobie tak prosta w zasadzie nazwa, od popularnej „szkoły rodzenia”. Mówię mężowi, że chcę rodzić w domu. Musi to przemyśleć. OK, cieszę się, że nie podejmuje decyzji ad hoc, chcę aby miał pełną świadomość odpowiedzialności, jaką na siebie weźmiemy, aby rozważył wszelkie za i przeciw. Decyzja o wspólnym porodzie jest dla nas absolutnie naturalna i nie podlega żadnej dyskusji, ale inaczej wygląda poród rodzinny w domu, a inaczej w szpitalu. Bez Maria akceptacji mój pomysł nie ma racji bytu, bez niego nie urodzę w domu. Po zajęciach Mario nie ma żadnych wątpliwości - popiera mnie stuprocentowo. Hurra!
7 maja
Nie kryję się ze swoim pomysłem - informuję każdego, kto chce słuchać. Ciekawe, moje przyjaciółki - matki - są za, w zasadzie wszystkie popierają, chwalą moją odwagę. Dlaczego? Dla mnie odważne są kobiety decydujące się na poród w szpitalu! Babcia reaguje entuzjastycznie, mama wie, że i tak postawię na swoim, akceptuje. Tylko K., która dziecka nie ma nawet w odległych planach, roztacza przede mną czarne wizje wykrwawienia się na śmierć, pięciokrotnego owinięcia dziecka pępowiną (i w konsekwencji rzecz jasna uduszenia), opowiada mi o holenderskiej karetce czekającej pod domem, słynnej prawie jak czarna wołga itp. Mam to gdzieś. Postępuję tak, jak każe mi instynkt.
12 maja
Miałam dziś próbkę działania „Pambuka Doktora”, ginekologa, do którego zawędrowałam po skierowanie na badania. Najpierw usłyszałam, że nie mam co się bać porodu (kto się boi?), bo „lekarze znają takie specjalne sposoby, które ułatwiają poród (czyli nacięcie krocza) dzięki któremu dziecko wyskakuje jak piłka”. Czy ja mam cztery lata? Potem dowiedziałam się, że mam iść do okulisty, bo moja przerażająca wada wzroku (-3,0) może mnie kwalifikować do cesarki. Nie chcę cesarki? Ależ dlaczego, przecież każda kobieta chce! - Pan Doktór patrzy na mnie jak na istotę, delikatnie mówiąc, niespełna rozumu (chcę stąd wyjść!). Skierowanie na USG, termin za sześć tygodni, wcześniej nie ma miejsc. Nie potrzebuję badania w kierunku toksoplazmozy, jeżeli nie mam kota. Aha, mam. To powinnam się go pozbyć (dlaczego, Panie Doktorze, dlaczego???) Aha, robiłam już badania, wynik dodatni. Czyli antybiotyki. Do kiedy? Pan Doktór długo studiuje tajemniczą książeczkę – po chwili słyszę, że „tu piszą, że do końca ciąży” (CHCĘ STĄD WYJŚĆ NATYCHMIAST!). Żebrzę o skierowanie na awidność przeciwciał - nic z tego, za drogo dla NFZ. No to chociaż do poradni chorób zakaźnych. Nie, antybiotyki wystarczą. Na koniec Pan Doktór pociesza mnie, że dzięki antybiotykom mam duże szanse urodzić „w miarę zdrowe dziecko”. Do niezobaczenia, drogi Panie Doktorze. Solidna dawka stresu, którą mi Pan zafundował - gratis do wizyty sponsorowanej przez literki NFZ.
Skierowanie do zakaźnych dostaję bez problemu od lekarza pierwszego kontaktu. Powtarzam badania w szpitalu, badam również awidność przeciwciał IgG. Wszystko OK. Trafiam na przesympatyczną panią doktor (patrzcie państwo, istnieją lekarze myślący!), która wyjaśnia mi, dlaczego w ciąży niektóre badania wychodzą przekłamane, rozwiewa raz na zawsze wszelkie wątpliwości i uspokaja. Przyznaję, że nie brałam antybiotyków. „No i bardzo dobrze, tylko by zaszkodziły. Proszę słuchać instynktu, on nigdy pani nie zawiedzie” - słyszę. Cudowna kobieta!
29 maja
Dzisiaj oznajmiłam mojej, tym razem już świadomie wybranej, ginekolog, że chcę rodzić w domu. Zapytała dlaczego i bardzo uważnie słuchała odpowiedzi. Wiem, że gdybym powiedziała, „bo tak” albo, że „to taka moda”, zniechęcałaby mnie z całych sił. Upewniła się, że Mario nie ma nic przeciwko i jest to również jego, świadomy, wybór. Na razie nie ma przeciwwskazań, ale ostateczny „wyrok” zapadnie tuż przed porodem.
20 lipca
Na mojej półce z książkami zagościły nazwiska: Agrawal, Chołuj, Balaskas, Kitzinger, nocami zaczytuję się w ich słowach i po raz kolejny uświadamiam sobie, że ciąża to cudowny stan, a poród może być najpiękniejszym przeżyciem. To ciekawe - poza dr Agrawal, która prowadzi moją ciążę, i do której mam absolutne zaufanie, postrzegając ją jako wyjątkowo ciepłą, pełną empatii istotę - nigdy nie spotkałam pozostałych autorek, a jednak mam nieodparte wrażenie, że są moimi Przyjaciółkami, kimś bardzo bliskim.
2 sierpnia
Przyjechała położna. Rozmawiała głównie z Mariem, co mnie nieco zdziwiło. Wyjaśniła, że o mnie się nie obawia, natomiast zdanie przyszłego taty jest arcyważne - partner, który świadomie chce „rodzić” w domu, jest nieocenioną pomocą, natomiast partner, który wcale nie jest do tego przekonany, tylko na przykład zgadza się dla świętego spokoju, może poważnie zaszkodzić. Głównie rodzącej. OK. Mario popiera pomysł całym sercem, o ciąży i porodzie siłami natury wie już wszystko, co wiedzieć powinien, jesteśmy zespołem. Położna podkreśla, że ostateczna decyzja należy do lekarza, który mnie prowadzi. Omawiamy warunki.
6 sierpnia
Dzwoni K. Pyta, czy będę miała przygotowane ręczniki i gorącą wodę. Jezu, czy ta kobieta nie rozumie, że od XIX stulecia trochę się zmieniło? Przypomina o tym, że w szpitalu jakby co, to sala operacyjna jest non stop przygotowana. Jasne, opowieści o sali operacyjnej w stanie gotowości bojowej niemal mnie rozczulają, zwłaszcza, kiedy czytam w mediach, że we Wrocławiu nie ma anestezjologów, którzy mogliby znieczulać rodzące kobiety, w związku o znieczuleniu można sobie pomarzyć - to niemal temat na powieść science fiction. No pewnie, skoro wszyscy anestezjolodzy czekają w tych salach do cesarek…
Nie rozumiem - nikogo nie namawiam do porodów domowych, choć sama instynktownie wiem, że to najlepszy pomysł, na jaki wpadłam w życiu. Nie neguję porodów szpitalnych, cesarek - po prostu czuję, że to nie jest dla mnie. Kobieta powinna rodzić tam, gdzie czuje się bezpiecznie, z osobą, w której ma oparcie i w otoczeniu, w którym czuje się dobrze. Jeżeli będzie to szpital, jeżeli zaufa lekarzom - to fantastycznie. Jeżeli czuje, że najlepszym rozwiązaniem jest cesarka - to super. Nie mnie o tym decydować, co dla kogo najlepsze. Dla mnie najlepszy jest dom i czuję to całą sobą.
8 sierpnia
Czuję się doskonale. Szczęśliwie omijają mnie wszystkie ciążowe „atrakcje” - nie mam zgagi, bólów kręgosłupa, hemoroidów i rozstępów. Nie puchną mi nogi. Hemoglobina, pomimo, że od 18 lat nie jadam mięsa, prawie w normie „przedciążowej”. Rozpiera mnie energia, najchętniej poprzenosiłabym kilka gór. Ćwiczę jogę, taniec brzucha, pływam. Chodzimy na spacery - codziennie 10 - 15 km. Nie czuję zmęczenia. Wyciągam Maria podstępem na rower - obiecuję, że tylko na dziesięć marnych kilometrów. Szosą, żeby nie trzęsło. Po pięćdziesięciu, wśród pól i lasów czuję, że żyję.
10 września
Rodzę w domu!!!! Moja cudowna ginekolog wyraziła zgodę!!! Jestem, obie jesteśmy, zdrowe jak konie i nie ma przeciwwskazań! Pani doktor przepytuje mnie i Maria z fizjologii porodu. Przypomina, że akcja porodowa może się w pewnym momencie uspokoić, że zaczynają wtedy działać mikroskurcze, co dziecko odczuwa nader silnie, ja natomiast niekoniecznie, że jest to absolutnie normalne i nie należy się tym przejmować - choć może to wyglądać jak zanik postępowania porodu, czy jak to się po „szpitalnemu” nazywa. Prosi mnie, żebym na „wszelki” wybrała sobie jakiś szpital. Baaaardzo prosi, abym nie nastawiała się „antyszpitalnie”, bo jeżeli jednak będę zmuszona jechać na porodówkę, może to być dla mnie poważny problem - nie poradzę sobie psychicznie. Staram się z całych sił, przekonuję samą siebie, że nikt w szpitalach nie ma złych intencji, nikt tam nie zamierza zrobić mnie i mojemu dziecku krzywdy, ale nie daję rady - moja niechęć jest silniejsza. Ja po prostu MUSZĘ urodzić w domu. Szpital byłby porażką. Nie!
17 września
Dzwoni K. i zawiadamia mnie, że „koleżanki koleżanki koleżanki dziecko umarło na sepsę” i bardzo prosi, abym jednak zmądrzała. Czyli przestała się wygłupiać i pojechała na porodówkę. Dziecko co prawda miało dwa lata i urodziło się w szpitalu, w związku z czym nie widzę związku, ale K. najwyraźniej dostrzega jakiś ciąg logiczny. Mario dzwoni do niej i ostrym głosem proponuje, aby dała sobie spokój i przestała mnie denerwować. Co racja to racja - stres nie jest najlepszy, ale i tak jej informacje nie robią na mnie wrażenia. Ja naprawdę WIEM, co robię.
20 września
Termin za dwa dni. Jest przepiękna pogoda, to ostatnie dni lata. Idziemy do lasu. Mam szwendacza, chcę chodzić, chodzić!!! Wybieramy nowe ścieżki, wędrujemy w nieznane, byle dalej i dalej. Czuję się absurdalnie szczęśliwa, zachwyca mnie wszystko, intensywnie czuję zapach lasu, od runa aż po czubki sosen, krowy pasące się na pastwisku rozczulają prawie do łez. Uwielbiam być w ciąży. Nie wiem, co produkuje mój mózg, ale gdybym umiała zsyntetyzować te substancje, prozac nie miałby racji bytu. Dzwoni moja mama. Z rozmowy nici, pada zasięg. Wieczorem wracamy do cywilizacji. Mario sprawdza trasę na Google Earth - 11km. Mama, dodzwoniwszy się wreszcie, krótko i treściwie tłumaczy mi, co sądzi o naszej szalonej lekkomyślności - wszak mogłam zacząć rodzić w środku lasu. Nic to, dziś mam w sobie tyle energii, że poród pod dębem byłby czystą przyjemnością!
22 września
Nie chce mi się spać, fizycznie czuję się doskonale ale znów mam nadmiar energii. Przekonuję przyjaciółkę, z którą uskuteczniam telefoniczne rodaków rozmowy, że to jeszcze potrwa. Umawiamy się na jutro, podwiezie mnie do ginekologa. Chyba usiłuję przekonać samą siebie - wcale mi się nie spieszy do macierzyństwa, które widzę jako białą plamę na mapie przyszłości. Całe życie mogłabym być w ciąży, nigdy nie czułam się lepiej. Nie mam pomysłu na bycie mamą, choć jednocześnie wiem, że będzie dobrze. Mam zamiar jeszcze porządnie się wyspać, tymczasem spędzam noc grając zawzięcie w absolutnie bezmyślną gierkę. Chętnie poszłabym na dłuuugi spacer - piękna, ciepła noc zaprasza.
Mario śpi. Po piątej ruszam wreszcie do łóżka. Ciało zmęczone, umysł wręcz przeciwnie - mogłabym teraz wziąć udział w narodowym dyktandzie. Mario wstaje, daje mi w przelocie całusa i idzie grzebać w swoim warsztacie piętro niżej. Kładę się w końcu, wiercę i moszczę, usiłując zająć względnie wygodną pozycję i nagle słyszę dziwny dźwięk, jakby gdzieś we mnie wystrzelił korek od szampana. Zamieram i już po chwili czuję, że nie jest dobrze - chyba właśnie odchodzą mi ów słynne wody płodowe! Jak to? Jak to? JAK TO??? Już??? Cholera, miałam się wyspać!!!!!! Ta błyskotliwa myśl szaleje mi po głowie kiedy dzwonię do Maria. Po chwili małżonek jest przy mnie, a ja zaczynam biegać po domu znacząc swoją ścieżkę mokrymi śladami. W głowie szaleństwo kłębiących się myśli - miałam ugotować rosół, który wzmacnia po porodzie! I posprzątać! Podobno tylko 5% dzieci przychodzi na świat w wyznaczonym terminie, dlaczego akurat moje musi być tak obrzydliwie punktualne? Rzucam się do kuchni, nastawiam rosół, Mario chwyta za odkurzacz. Po chwili dociera do nas, że miotamy się po domu całkiem bezmyślnie i bez sensu. OK. Zwalniamy. Mario mnie przytula. Trwamy tak, po czym wracamy do swoich zajęć tyle, że już nieco bardziej racjonalnie. Nie czuję już zmęczenia, adrenalina dała mi niezłego kopa, działam siłą rozpędu.
Pół godziny później pierwszy skurcz zgina mnie w pół, zaskakuje - jest bardzo silny!
„Jezu, jak to ma tak wyglądać, to ja nie dam rady!” - przelatuje mi przez głowę. Po chwili mija. Jest dobrze. Obieram marchewkę i znowu skurcz! Jak to? Tak szybko? Następny. I znowu. Biegam po domu gorączkowo szukając komórki. Jest! Trzęsącymi rękami szukam stopera. Mierzę czas. Siedem minut, pięć, trzy. Czuję się oszukana. Oszukana przez artykuły w prasie i w Internecie, opowiadające o tym, jak to długo trwa pierwsza faza porodu, o tym, że skurcze są na początku rzadkie, że można się między nimi zdrzemnąć… Umówiliśmy się z położną, że zadzwonię, kiedy skurcze będą się powtarzać co 20 minut. Ha ha! Siadam na krześle, ale wcale nie jest mi wygodnie. Piłka rehabilitacyjna, tak zachwalana przez przeróżne poradniki, tylko mnie denerwuje, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Muszę chodzić, chodzić, chodzić! Mario dzwoni do położnej i mówi jaka jest sytuacja. Stoję przy biurku, liczę długość skurczu. Dupel spogląda na mnie z wyżyn swojego nadbiurkowego tronu. Uspokaja mnie spojrzeniem, kocie oczy nadają kod ”spokojnie, będzie dobrze”, pomrukuje. Wierzę mu, zdenerwowanie opada. Przytulam się do ciepłego futerka, mruczymy oboje. Ból, który powoli zaczynam oswajać, nie jest już tak dotkliwy - moje ciało zaczyna się przyzwyczajać, instynktownie zginając się przy kolejnych skurczach - to pomaga.
Położna przyjedzie za półtorej godziny, tymczasem radzi wziąć kąpiel w wannie, uspokaja, że na pewno nie potrwa to tak szybko, jak mi się w tej chwili wydaje.
Wchodzę zatem do wanny, Mario polewa mi plecy ciepłą wodą. Cudownie!!!!!! Słyszałam o znieczulającym działaniu wody, ale nigdy, przenigdy nie przypuszczałam, że tak bardzo mi pomoże! Działa rewelacyjnie, czuję zdecydowaną ulgę! Skurcze wyciszają się i są odrobinę rzadsze. „Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój!” - śpiewam dziarsko, myśląc o nagrodzie Nobla dla pana Vincenta Priessnitza i rachunku za wodę. Mario polewa mi plecy wciąż i wciąż. „Za każdy kamień twój, stolico damy krew!!!!” - ryczę pełną piersią. Śpiewanie dobrze mi robi i nastawia zdecydowanie bojowo. Dam radę! „Za Śląsk, za WKS! Pójdziemy aż po życia kres!” Mario wybucha śmiechem słysząc mój repertuar - nie jestem kibicem piłkarskim, ale właśnie ów pieśń stadionowa kołacze mi w głowie i szuka ujścia przez struny głosowe.
Nie mówimy dużo, rozmawiają nasze oczy. Czuję się bezpiecznie, psychicznie jestem już całkiem wyluzowana. „Nie myśl” - słyszę najmądrzejszą radę w tym dniu. Wyłączam więc myślenie, poddaję się intuicji. Zaprzyjaźniam się z bólem, oswajam go. Moje ciało samo szuka odpowiednich pozycji w chwilach skurczów i znajduje je. Nie boję się niczego, mam absolutną pewność, że wszystko będzie dobrze. Czuję w sobie moc, zdolną zbudować w dwa tygodnie wszystkie zaplanowane w Polsce autostrady. Czuję siłę, która mogłaby pokonać Wielką Pardubicką, nawet bez konia. Czuję potężną energię, zdolną rozwiązać światowy kryzys energetyczny. Czuje mądrość i spokój wszystkich matek od zarania ludzkości - coś niesamowitego!
Wychodzę z wanny, mieszam w kuchni rosół, przegryzam jabłko. Jak zwykle rano nie mam apetytu, ale najwyraźniej moje ciało domaga się energii. Jest dziewiąta. Pukanie do drzwi - to położna, witana przez Maria okrzykiem ulgi (zdaje się, że ma silniejszego „stresa”, niż to okazuje), przeze mnie zaś okrzykiem radości. Krótka rozmowa, badanie. Tętno Małej idealne, moje ciśnienie jak zwykle nie za wysokie, rozwarcie na cztery palce! Stanowczo żądam kawy - adrenalina trochę mi opadła i skutki nieprzespanej nocy dają się we znaki. Mario robi kawę dla wszystkich, gawędzimy sobie jak na przyjęciu towarzyskim, wygląda to dość absurdalnie i wprawia mnie w szampański wręcz humor. Do skurczów przyzwyczaiłam się już tak bardzo, że nie zwracam na nie uwagi, automatycznie zajmuję najwygodniejszą pozycję, oddycham sobie głęboko i wracam do konwersacji.
Nagle znów czuję nieodpartą potrzebę chodzenia - wydeptuję więc ścieżki w całym domu, zaglądam w każdy kąt. Mario z Położną chodzą za mną krok w krok, zapewne wyglądamy jak procesja. Klękam przy narożniku, tu mi dobrze, chcę tu zostać! Mario siada przede mną, Położna za mną, masuje mi plecy. Skurcze stają się silniejsze, już nie mogę ich ignorować, ból znowu zaczyna przygłuszać mi rzeczywistość. Wydaję z siebie gardłowe, wibrujące, prawie kocie pomruki. Ściskam dłonie męża. Nie zdjął obrączki, na bank będzie miał ślady. Boli! Odruchowo spinam ramiona, wyginam się nienaturalnie. Położna próbuje masować mi i barki, przewidując, że będę miała zakwasy nie do ogarnięcia. Mario próbuje wyjść do toalety, obiecuje, że wróci za sekundę.
- Idź - mówię. Robi ze dwa kroki.
- WRACAAAJ!!!!!! - krzyczę rozpaczliwie - bez niego tracę grunt pod nogami, poczucie bezpieczeństwa i całą pewność siebie. Jest już przy mnie, jest tam, gdzie być powinien, moja równowaga wraca na swoje miejsce, jest dobrze.
- To nie był dobry pomysł, ja bym jednak chciała cesarkę - jęczę przy następnym skurczu, zaczynam tracić siły. Chcę do wanny! Wiem, że być może woda spowolni poród, że będzie trwał dłużej, ale ja MUSZĘ do wanny!
Cudowny to dzień, w którym moje życzenia są natychmiast spełniane - siedzimy w łazience, Mario polewa moje plecy wodą, Położna masuje. Rewelacja! Odzyskuję siły, wracamy do konwersacji, Położna opowiada nam anegdotki porodowe. Zaczynam się zastanawiać, czy będzie miała odciski na palcach od masowania moich obolałych pleców, ale przypominam sobie, że miałam nie myśleć. Nie myślę więc, nawiązuję kontakt wzrokowy z małżonkiem.
Chcę powrotem pod narożnik. Nie wiem, ile czasu się pluskałam, straciłam jego poczucie gdzieś w okolicy dziesiątego skurczu. Wracamy do pokoju. Kładę się do badania.
- Tętno Bianki idealne - oznajmia Położna.
Nagle czuję ból, jakiego nie doznałam nigdy w życiu! Rozrywa mnie na kawałki, dociera do każdej komórki mojego ciała, poraża mi umysł! Jak oszalałe zwierzę odruchowo zwijam się w kłębek i ląduję na podłodze, ciężko dysząc. Nie mam pojęcia, jak kobiety, rodzące w szpitalu w pozycji leżącej, są w stanie przeżyć taki koszmar! Następny skurcz, już w mojej, instynktownie wybranej pozycji, jest bez porównania lżejszy! Nigdy więcej - nie położę się za żadne skarby świata! Klękam pod narożnikiem, kątem oka dostrzegam Dupla, który najwyraźniej postanowił sprawdzić co się dzieje i przycupnął w kącie pokoju.
- No, kochana, dziesięć centymetrów! - oznajmia radośnie Położna.
- Dziesięć? Już dziesięć? - nie dowierzam. Wszystko wskazuje na to, że przeszłam ów słynny kryzys siódmego centymetra! Hurraaaa!!!!!!!! Dostaję przypływu nowych sił, choć wydawałoby się, że zużyłam już wszystkie. Dziesięć! Nie ma dla mnie przeszkód! Dałam radę! Mogę wszystko!
Nagle zaczynam tracić świadomość. Rzeczywistość dociera do mnie przez mgłę, rozmywa się - jakbym miała za słabe okulary. Ból jest trochę inny, za to mam wrażenie, że trwa nieustannie, nie mam czasu na odpoczynek. Nie docierają do mnie słowa Położnej, choć słyszę, że coś mówi. Przestaję myśleć, przestaję czuć, jestem zwierzęciem, jestem instynktem, jestem oddzielona od świata szklanym kloszem. Tracę świadomość własnego ciała, znikam i znika wszystko, co mnie otacza. Widzę tylko oczy Maria - wielkie, niebieskie, skupione na mnie. Hipnotyzują mnie, nie mogę przestać w nie patrzeć. Są całym moim światem, poczuciem bezpieczeństwa - reszta nie istnieje. Ściskam jego dłonie z całych sił, choć ledwo to sobie uświadamiam. Oczy coś do mnie mówią - nie rozumiem słów, ale automatycznie wykonuję polecenia. Mój umysł rejestruje obraz w zwolnionym tempie, dźwięki docierają jak przez grubą warstwę wody, pierwszy raz w życiu całkowicie przestaję myśleć. Wzrok mojego męża jest teraz moim jedynym kontaktem ze światem, nitką świadomości, oparciem i bezpieczeństwem. Nie mogę zamknąć oczu, nie mogę mrugnąć, nie mogę przerwać kontaktu, bo zniknę. Jak przez grubą warstwę szkła dociera do mnie nowy rodzaj bólu - pojawia się i znika. Opary gęstej mgły rozsuwają się powoli, zaczynają do mnie docierać myśli, choć jeszcze ich nie rozumiem. Czuję, że jakaś nowa siła zaczyna rządzić moim ciałem, ciągnie mnie w dół!
- Teraz kochanie! - słyszę Maria. Robię więc to, co każe mi mąż i moje ciało. Prę z całej siły, odpoczywam chwilę i znowu prę. I nagle ból znika, jakby ktoś włączył światło! Obracam się całkowicie bezmyślnie w stronę Położnej, która trzyma w rękach COŚ. Nie wiem co TO jest, kompletnie nie uświadamiam sobie, że właśnie widzę moją córeczkę.
- Jejku, jejku - kwilę absolutnie bez sensu i czuję, że natychmiast muszę to COŚ przytulić! Po chwili trzymam w ramionach absurdalnie małe, spuchnięte, czerwone ciałko, które co od razu czepia się mnie jak małpka i zaczyna obwąchiwać moją pierś, po czym usiłuje ją polizać. Nie myślę. Coś spływa mi po twarzy, może pot, może łzy. Całkiem nowa emocja rodzi się gdzieś wewnątrz mnie i wypełnia wszystkie zakamarki mojego jestestwa, czuję ją w każdej komórce mojego ciała, w paznokciach, włosach, rzęsach - składam się wyłącznie z tego nowego uczucia. Nie wiem nawet, czy jest przyjemne - po prostu jest i ogarnia mnie całą. Nie umiem nazwać tej emocji i w ogóle się nad tym nie zastanawiam - jeszcze nie myślę, ale nie potrafię oderwać wzroku od małej istotki przytulającej się do mojej piersi. Nie odrywam więc i tak sobie trwamy.
Po jakimś, nieuświadomionym przeze mnie, czasie znowu czuję skurcze i zanim cokolwiek zdążę pomyśleć znów coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Położna, która teraz jawi mi się niczym Anioł, ogląda coś z uwagą, a mój mąż z przerażeniem. Aha, to łożysko. Mario myślał, że będzie wielkości fasolki… Świat powoli zaczyna do mnie docierać. Łożysko w porządku, pępowina przestaje pulsować, biorę ją do ręki - bardzo dziwny twór, jakby żywy, ciepły kabel. Położna zaciska pępowinę, ostrożnie, „żeby Bianka nie miała później pretensji, jak będzie chciała nosić bikini”. Mario odcina. Jesteśmy teraz osobnymi istotami. Kładę się z Małą, która zasypia natychmiast i dopiero teraz czuję, jak bardzo jestem zmęczona. Idę za przykładem mojej córeczki.
Budzę się po dwóch godzinach. Mario siedzi przy nas, oczy ma podejrzanie wilgotne, uśmiech od ucha do ucha. Położna wypełnia papiery. Bierze Biankę do zbadania, Mario pomaga mi wziąć prysznic i dostępuje honoru pierwszego przewijania i ubierania małej Istotki. Kładę się, a Bianka uczy się ssać. Położna żegna się z nami, uprzedzając, że jakby co, jest pod telefonem. Będzie za trzy dni - pobierze krew do badań, sprawdzi, czy wszystko w porządku, uspokoi nawał pokarmu, który niewątpliwie mnie czeka, nauczy nas kąpać Małą. Anioł.
Zostajemy sami. Nie rozmawiamy, nie potrzebujemy słów, znowu nasze oczy prowadzą dialog. Wpatrujemy się w naszą śpiącą córeczkę. Chyba dopiero teraz zaczyna do nas docierać, że naprawdę jest. Maleńka, taka do schrupania, cała nasza! Krucha i silna zarazem. Doskonała. Przychodzi Dupel, chce poznać to nowe Coś, co spowodowało, że spokojny dotąd dom stanął na głowie. Pozwalamy mu obwąchać Biankę. Bada ją dokładnie, z nieufnością, od stóp do głów, ale najwyraźniej wszystko jest w porządku, bo udeptuje ją dookoła i kładzie się obok. Zaakceptowana.
Obdzwaniam gabinety lekarskie. Mamy problem - nikt nie chce przyjechać. Pediatrzy i neonatolodzy, którzy jeżdżą do dzieci urodzonych w domu, mają za daleko, a ci pobliscy najwyraźniej boją się takiego malucha - jakby miała trzy głowy. Proponują wizytę w szpitalu. Za nic! Wiem, że z Bianką wszystko w porządku, widzę to i czuję, ale wydaje mi się, że powinien potwierdzić to lekarz. Wreszcie podstępnie zwabiam panią doktor, mówiąc, że to wizyta patronażowa, że chodzi tylko o zbadanie ogólnego stanu zdrowia. Będzie jutro.
Wieczór. Obdzwoniliśmy tylko najbliższą rodzinę, nie chcemy wysyłać setek esemesów, prowadzić rozmów, tłumaczyć, wyjaśniać, opowiadać. Jeszcze nie teraz. Teraz skupiamy się na sobie, wyciszamy, kontemplujemy. Mario kładzie sobie Małą na klacie - Bianka zasypia natychmiast, nie wydawszy nawet dźwięku. Pełne zaufanie.
Budzę się w środku nocy. Mała śpi obok mnie, Dupel w nogach łóżka, Mario na materacu pod łóżkiem - wygląda jak strażnik. Cieszę się, że był ze mną, że nie zostawił mnie chociażby „ze względów estetycznych”. Gdyby tak było, już na zawsze tliłaby się we mnie iskierka niepewności, że zostawi mnie również na przykład w przypadku ciężkiej choroby - wszak osoby chore rzadko bywają „estetyczne”. Naturalnia non sunt turpia, jak mawiali starożytni Rzymianie. Na szczęście decyzja o porodzie rodzinnym była dla Maria naturalna i bezdyskusyjna. Kocham go.
Bianka przez sen kombinuje coś wokół mojej piersi, uczy się ssać, choć na razie wychodzi jej to raczej nieporadnie. Już miałam próbkę dobrych rad w stylu: „natychmiast daj jej butelkę, zagłodzisz dziecko!” „Koniecznie podaj glukozę bo opadnie z sił!” I tak dalej. Położna wyjaśniła mi, że dziecko po porodzie ma wystarczająco dużo składników odżywczych jeszcze z łożyska, wszystko jest w porządku. Wierzę jej. Odrzucam wszystkie „dobre rady”, ufam wyłącznie swojej intuicji - przyszłość pokaże, że to najlepsza nauczycielka rodzicielstwa. Mała nie płacze, przytula się do mnie ufnie, pofukuje pod nosem, szuka piersi. Głaszczę ją po główce i uświadamiam sobie, że dotąd nie słyszałam jej płaczu - tylko pojedyncze dźwięki i pofukiwania.
Myślę sobie, że następne dni będą dla nas trudne - nie mamy nikogo do pomocy, cała rodzina kilkadziesiąt kilometrów dalej, moja zagrypiona mama zgłasza się do pomocy jak wyzdrowieje. Nie mogę zanieść dziecka do sali dla noworodków „żebym sobie odpoczęła”, jesteśmy razem non stop. Jestem zmęczona. Dociera do mnie, jaka ze mnie szczęściara - od pierwszych regularnych skurczów aż do finału minęło zaledwie 6,5 godziny. Obyło się bez przebicia pęcherza płodowego, nacinania, pęknięć, czyszczenia macicy, KTG, oksytocyny i innych medycznych wynalazków. Urodziłam sama - tak jak chciałam, tam, gdzie chciałam, z osobą, z którą chciałam i bez której niewątpliwie nie dałabym rady - z moim mężem. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym go pozbawić tego doświadczenia. Urodziłam w swoim tempie, nikt mnie nie poganiał, nie zmuszał ani nie namawiał do czegokolwiek. Położna naprawdę tylko (i zarazem aż!) asystowała i czuwała nad całością, reszta była czystą naturą.
Nikt mi nie zabierał mojej córeczki do ważenia i takich tam, nie świecił jej w oczy, nie wtykał smoczka, nie dopajał sztucznymi specyfikami. Ba, wykąpiemy ją dopiero za trzy dni, na razie przyjmuje naturalne przeciwciała zawarte w mazi płodowej. Obce jej są szpitalne bakterie i wirusy. Leży cały czas przy mnie. Nie mogłabym znieść myśli, że jest gdzieś na sali wśród innych noworodków, z dala od mamy, która „odpoczywa”. Nie chcę odpoczywać. Wiem, że nie będzie łatwo, ale cieszę się intymności, miłości i szczęścia, które nas otaczają.
Życie jest cudem. Życie JEST.
Autorka: Dominika,
zdjęcia z archiwum domowego Dominiki.
Dziękuję Dominiko <3
Spodobała Ci się ta opowieść i chciałabyś, żeby ukazała się w bezpłatnej książce wesprzyj projekt
Cieszę się, że napisałaś o swoim można powiedzieć, wieloletnim ;) dojrzewaniu do porodu domowego, myślę, że takie doświadczenie jest nieobce wielu rodzącym w domu...
2 marca
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wydawało mi się, że nie lubię dzieci, a myśl o macierzyństwie była mi odległa jak marzenie o śniegu w środku lata, usłyszałam o porodach domowych. Pomysł, jako taki, nawet mi się spodobał - czysto teoretycznie. Wtedy jeszcze zakładałam (ba, cieszyłam się!), że jakby co, to cesarkę, ze względu na wadę wzroku, mam raczej pewną, co uznałam za słuszne i zbawienne.
Minęło kilka lat, mój zegar biologiczny kazał mi zrewidować poglądy na dzieci i widok maluchów w wieku niemowlęcym zaczął mnie podejrzanie rozczulać. Małżonek w pełni zaaprobował pomysł przedłużenia rodu i oto już za kilka miesięcy zostanę mamą. Wizja cesarskiego cięcia jako najlepszego sposobu na powicie dziecięcia, odeszła w siną dal jak kartki na mięso, kiedy dotarło do mnie, że to całkiem poważna operacja i nie ma takiej opcji, żebym się dobrowolnie pchała pod skalpel. Zwłaszcza, że stchórzyłam przed banalnym wycięciem migdałków. Za to ziarenko myśli o porodzie domowym zakiełkowało we mnie na początku ciąży i dojrzewa, dojrzewa spokojnie. Nie trzymam się jej kurczowo, obserwuję, czekam.
15 kwietnia
Im bardziej jestem w ciąży tym bardziej myśl o porodzie domowym jest mi bliższa. Zdaje się, że podświadomie zdecydowałam się gdzieś tak w okolicy drugiego miesiąca Teraz wiem już na pewno - chcę rodzić w domu. Chcę, żeby moje dziecko przyszło na świat w przyjaznej, intymnej, domowej atmosferze. Chcę, żeby po urodzeniu było tylko i wyłącznie ze mną i ze swoim tatą, otoczone naszymi, domowymi bakteriami, których, w przeciwieństwie do tych szpitalnych, wcale się nie obawiam. Nie wyobrażam sobie żebrania o to, aby pozwolono mi (tak jakby dziecko było własnością szpitala) trzymać moje maleństwo przy piersi po urodzeniu tak długo, jak będę miała taką potrzebę i ochotę. Moja przyjaciółka, której niemal siłą zabrano synka natychmiast po porodzie (bo rzecz jasna natychmiast trzeba było go zmierzyć, zważyć oraz ogólnie oporządzić), do tej pory wspomina to jako najgorszą chwilę w swoim życiu. Nie chcę, aby świecono maluchowi w oczy szpitalnymi lampami, kąpano, smarowano oczy metalem szlachetnym, niepotrzebnie dokarmiano, zatykano smoczkiem, zabierano na oddział noworodkowy „żebym sobie odpoczęła”. Odpocznę sobie po śmierci, jak mawia moja babcia. Chcę urodzić siłami natury, bez „wspomagaczy” medycznych, co w szpitalu jest mało prawdopodobne. Nie życzę sobie standardowych procedur szpitalnych - przebijania pęcherza, wszechobecnej oksytocyny, nacinania krocza, rodzenia w pozycji „zaproponowanej przez personel”, czyli wiadomo jakiej. O atrakcjach w postaci naciskania na brzuch, kleszczach i próżnociągu nawet nie myślę. Nie chcę płacić za poród rodzinny, czy to w formie cegiełki, czy też ubranka dla tatusia za 150 zł. Boję się szpitalnej rutyny. Chcę rodzić tak długo, jak długo będzie trzeba, nie wyobrażam sobie poganiania przez położne lub lekarzy, co spotyka wiele moich koleżanek. Nie dla mnie leżenie plackiem pod KTG, co po pierwsze nie ma sensu, a po drugie bywa szkodliwe. Nie chcę zależeć od humoru personelu medycznego - od pań w izbie przyjęć, poprzez lekarzy aż do salowych. W moim mieście poród najczęściej jest walką pomiędzy ów wszechwiedzącym personelem medycznym i położnicami, pardon, „pacjentkami”, jak to się teraz nazywa - tak przynajmniej wynika z relacji moich koleżanek, wszystkich, co do jednej. Nie chcę walczyć. Sala porodowa nie powinna być polem bitwy. Położnica i tak jest w niej skazana na porażkę - słysząc słynne, niezmienne od lat hasło „to dla dobra dziecka” zgodzi się na wszystko, nie pytając nawet o sens wykonywanych czynności, badań czy nazwy podawanych leków. Znając mój niepokorny charakter byłaby to bitwa pod Grunwaldem, ale nie o to mi chodzi. Nie chcę walczyć, nie chcę również przeżyć porodu na zasadzie „zacisnę zęby i jakoś to będzie” - byle szybko, byle jak. Chcę urodzić naturalnie i pięknie! Rodzi się w dużej mierze „głową”, nie sądzę, abym w szpitalu mogła się wyciszyć i zaufać instynktowi. Nie jestem chora, nie idę do szpitala!
Pragnę znaleźć położną, której zaufam, której, jeśli powie cokolwiek „dla dobra dziecka”, posłucham i będę wiedziała, że ma rację i bynajmniej nie chodzi li i jedynie o jej wygodę. Pomijając to wszystko, poród w domu stał się dla mnie absolutnie naturalną koleją rzeczy. Instynktownie czuję, że to najlepsze, co mogę zrobić dla siebie i dla małej istotki w moim łonie.
23 kwietnia
Ja, która do niedawna na każdy, niewielki nawet ból, reagowałam, odruchowo wręcz, ibuprofenem, paracetamolem, ketonalem, w ogóle nie boję się porodu! Ból chorobowy - o tak, ten mnie przeraża. Ból porodowy wydaje mi się naturalny, akceptuję go, oswajam, wiem, że dam radę. Przeszłam kiedyś 12 km po śniegu, po górach, z kolką nerkową. Jeżeli przeżyłam tamto, przeżyję wszystko - nie wyobrażam sobie gorszego doświadczenia.
5 maja
Jedziemy na zajęcia. Szkoła Świadomego Macierzyństwa - jak ładnie to brzmi, o ileż więcej treści zawiera w sobie tak prosta w zasadzie nazwa, od popularnej „szkoły rodzenia”. Mówię mężowi, że chcę rodzić w domu. Musi to przemyśleć. OK, cieszę się, że nie podejmuje decyzji ad hoc, chcę aby miał pełną świadomość odpowiedzialności, jaką na siebie weźmiemy, aby rozważył wszelkie za i przeciw. Decyzja o wspólnym porodzie jest dla nas absolutnie naturalna i nie podlega żadnej dyskusji, ale inaczej wygląda poród rodzinny w domu, a inaczej w szpitalu. Bez Maria akceptacji mój pomysł nie ma racji bytu, bez niego nie urodzę w domu. Po zajęciach Mario nie ma żadnych wątpliwości - popiera mnie stuprocentowo. Hurra!
7 maja
Nie kryję się ze swoim pomysłem - informuję każdego, kto chce słuchać. Ciekawe, moje przyjaciółki - matki - są za, w zasadzie wszystkie popierają, chwalą moją odwagę. Dlaczego? Dla mnie odważne są kobiety decydujące się na poród w szpitalu! Babcia reaguje entuzjastycznie, mama wie, że i tak postawię na swoim, akceptuje. Tylko K., która dziecka nie ma nawet w odległych planach, roztacza przede mną czarne wizje wykrwawienia się na śmierć, pięciokrotnego owinięcia dziecka pępowiną (i w konsekwencji rzecz jasna uduszenia), opowiada mi o holenderskiej karetce czekającej pod domem, słynnej prawie jak czarna wołga itp. Mam to gdzieś. Postępuję tak, jak każe mi instynkt.
12 maja
Miałam dziś próbkę działania „Pambuka Doktora”, ginekologa, do którego zawędrowałam po skierowanie na badania. Najpierw usłyszałam, że nie mam co się bać porodu (kto się boi?), bo „lekarze znają takie specjalne sposoby, które ułatwiają poród (czyli nacięcie krocza) dzięki któremu dziecko wyskakuje jak piłka”. Czy ja mam cztery lata? Potem dowiedziałam się, że mam iść do okulisty, bo moja przerażająca wada wzroku (-3,0) może mnie kwalifikować do cesarki. Nie chcę cesarki? Ależ dlaczego, przecież każda kobieta chce! - Pan Doktór patrzy na mnie jak na istotę, delikatnie mówiąc, niespełna rozumu (chcę stąd wyjść!). Skierowanie na USG, termin za sześć tygodni, wcześniej nie ma miejsc. Nie potrzebuję badania w kierunku toksoplazmozy, jeżeli nie mam kota. Aha, mam. To powinnam się go pozbyć (dlaczego, Panie Doktorze, dlaczego???) Aha, robiłam już badania, wynik dodatni. Czyli antybiotyki. Do kiedy? Pan Doktór długo studiuje tajemniczą książeczkę – po chwili słyszę, że „tu piszą, że do końca ciąży” (CHCĘ STĄD WYJŚĆ NATYCHMIAST!). Żebrzę o skierowanie na awidność przeciwciał - nic z tego, za drogo dla NFZ. No to chociaż do poradni chorób zakaźnych. Nie, antybiotyki wystarczą. Na koniec Pan Doktór pociesza mnie, że dzięki antybiotykom mam duże szanse urodzić „w miarę zdrowe dziecko”. Do niezobaczenia, drogi Panie Doktorze. Solidna dawka stresu, którą mi Pan zafundował - gratis do wizyty sponsorowanej przez literki NFZ.
Skierowanie do zakaźnych dostaję bez problemu od lekarza pierwszego kontaktu. Powtarzam badania w szpitalu, badam również awidność przeciwciał IgG. Wszystko OK. Trafiam na przesympatyczną panią doktor (patrzcie państwo, istnieją lekarze myślący!), która wyjaśnia mi, dlaczego w ciąży niektóre badania wychodzą przekłamane, rozwiewa raz na zawsze wszelkie wątpliwości i uspokaja. Przyznaję, że nie brałam antybiotyków. „No i bardzo dobrze, tylko by zaszkodziły. Proszę słuchać instynktu, on nigdy pani nie zawiedzie” - słyszę. Cudowna kobieta!
29 maja
Dzisiaj oznajmiłam mojej, tym razem już świadomie wybranej, ginekolog, że chcę rodzić w domu. Zapytała dlaczego i bardzo uważnie słuchała odpowiedzi. Wiem, że gdybym powiedziała, „bo tak” albo, że „to taka moda”, zniechęcałaby mnie z całych sił. Upewniła się, że Mario nie ma nic przeciwko i jest to również jego, świadomy, wybór. Na razie nie ma przeciwwskazań, ale ostateczny „wyrok” zapadnie tuż przed porodem.
20 lipca
Na mojej półce z książkami zagościły nazwiska: Agrawal, Chołuj, Balaskas, Kitzinger, nocami zaczytuję się w ich słowach i po raz kolejny uświadamiam sobie, że ciąża to cudowny stan, a poród może być najpiękniejszym przeżyciem. To ciekawe - poza dr Agrawal, która prowadzi moją ciążę, i do której mam absolutne zaufanie, postrzegając ją jako wyjątkowo ciepłą, pełną empatii istotę - nigdy nie spotkałam pozostałych autorek, a jednak mam nieodparte wrażenie, że są moimi Przyjaciółkami, kimś bardzo bliskim.
2 sierpnia
Przyjechała położna. Rozmawiała głównie z Mariem, co mnie nieco zdziwiło. Wyjaśniła, że o mnie się nie obawia, natomiast zdanie przyszłego taty jest arcyważne - partner, który świadomie chce „rodzić” w domu, jest nieocenioną pomocą, natomiast partner, który wcale nie jest do tego przekonany, tylko na przykład zgadza się dla świętego spokoju, może poważnie zaszkodzić. Głównie rodzącej. OK. Mario popiera pomysł całym sercem, o ciąży i porodzie siłami natury wie już wszystko, co wiedzieć powinien, jesteśmy zespołem. Położna podkreśla, że ostateczna decyzja należy do lekarza, który mnie prowadzi. Omawiamy warunki.
6 sierpnia
Dzwoni K. Pyta, czy będę miała przygotowane ręczniki i gorącą wodę. Jezu, czy ta kobieta nie rozumie, że od XIX stulecia trochę się zmieniło? Przypomina o tym, że w szpitalu jakby co, to sala operacyjna jest non stop przygotowana. Jasne, opowieści o sali operacyjnej w stanie gotowości bojowej niemal mnie rozczulają, zwłaszcza, kiedy czytam w mediach, że we Wrocławiu nie ma anestezjologów, którzy mogliby znieczulać rodzące kobiety, w związku o znieczuleniu można sobie pomarzyć - to niemal temat na powieść science fiction. No pewnie, skoro wszyscy anestezjolodzy czekają w tych salach do cesarek…
Nie rozumiem - nikogo nie namawiam do porodów domowych, choć sama instynktownie wiem, że to najlepszy pomysł, na jaki wpadłam w życiu. Nie neguję porodów szpitalnych, cesarek - po prostu czuję, że to nie jest dla mnie. Kobieta powinna rodzić tam, gdzie czuje się bezpiecznie, z osobą, w której ma oparcie i w otoczeniu, w którym czuje się dobrze. Jeżeli będzie to szpital, jeżeli zaufa lekarzom - to fantastycznie. Jeżeli czuje, że najlepszym rozwiązaniem jest cesarka - to super. Nie mnie o tym decydować, co dla kogo najlepsze. Dla mnie najlepszy jest dom i czuję to całą sobą.
8 sierpnia
Czuję się doskonale. Szczęśliwie omijają mnie wszystkie ciążowe „atrakcje” - nie mam zgagi, bólów kręgosłupa, hemoroidów i rozstępów. Nie puchną mi nogi. Hemoglobina, pomimo, że od 18 lat nie jadam mięsa, prawie w normie „przedciążowej”. Rozpiera mnie energia, najchętniej poprzenosiłabym kilka gór. Ćwiczę jogę, taniec brzucha, pływam. Chodzimy na spacery - codziennie 10 - 15 km. Nie czuję zmęczenia. Wyciągam Maria podstępem na rower - obiecuję, że tylko na dziesięć marnych kilometrów. Szosą, żeby nie trzęsło. Po pięćdziesięciu, wśród pól i lasów czuję, że żyję.
10 września
Rodzę w domu!!!! Moja cudowna ginekolog wyraziła zgodę!!! Jestem, obie jesteśmy, zdrowe jak konie i nie ma przeciwwskazań! Pani doktor przepytuje mnie i Maria z fizjologii porodu. Przypomina, że akcja porodowa może się w pewnym momencie uspokoić, że zaczynają wtedy działać mikroskurcze, co dziecko odczuwa nader silnie, ja natomiast niekoniecznie, że jest to absolutnie normalne i nie należy się tym przejmować - choć może to wyglądać jak zanik postępowania porodu, czy jak to się po „szpitalnemu” nazywa. Prosi mnie, żebym na „wszelki” wybrała sobie jakiś szpital. Baaaardzo prosi, abym nie nastawiała się „antyszpitalnie”, bo jeżeli jednak będę zmuszona jechać na porodówkę, może to być dla mnie poważny problem - nie poradzę sobie psychicznie. Staram się z całych sił, przekonuję samą siebie, że nikt w szpitalach nie ma złych intencji, nikt tam nie zamierza zrobić mnie i mojemu dziecku krzywdy, ale nie daję rady - moja niechęć jest silniejsza. Ja po prostu MUSZĘ urodzić w domu. Szpital byłby porażką. Nie!
17 września
Dzwoni K. i zawiadamia mnie, że „koleżanki koleżanki koleżanki dziecko umarło na sepsę” i bardzo prosi, abym jednak zmądrzała. Czyli przestała się wygłupiać i pojechała na porodówkę. Dziecko co prawda miało dwa lata i urodziło się w szpitalu, w związku z czym nie widzę związku, ale K. najwyraźniej dostrzega jakiś ciąg logiczny. Mario dzwoni do niej i ostrym głosem proponuje, aby dała sobie spokój i przestała mnie denerwować. Co racja to racja - stres nie jest najlepszy, ale i tak jej informacje nie robią na mnie wrażenia. Ja naprawdę WIEM, co robię.
20 września
Termin za dwa dni. Jest przepiękna pogoda, to ostatnie dni lata. Idziemy do lasu. Mam szwendacza, chcę chodzić, chodzić!!! Wybieramy nowe ścieżki, wędrujemy w nieznane, byle dalej i dalej. Czuję się absurdalnie szczęśliwa, zachwyca mnie wszystko, intensywnie czuję zapach lasu, od runa aż po czubki sosen, krowy pasące się na pastwisku rozczulają prawie do łez. Uwielbiam być w ciąży. Nie wiem, co produkuje mój mózg, ale gdybym umiała zsyntetyzować te substancje, prozac nie miałby racji bytu. Dzwoni moja mama. Z rozmowy nici, pada zasięg. Wieczorem wracamy do cywilizacji. Mario sprawdza trasę na Google Earth - 11km. Mama, dodzwoniwszy się wreszcie, krótko i treściwie tłumaczy mi, co sądzi o naszej szalonej lekkomyślności - wszak mogłam zacząć rodzić w środku lasu. Nic to, dziś mam w sobie tyle energii, że poród pod dębem byłby czystą przyjemnością!
22 września
Nie chce mi się spać, fizycznie czuję się doskonale ale znów mam nadmiar energii. Przekonuję przyjaciółkę, z którą uskuteczniam telefoniczne rodaków rozmowy, że to jeszcze potrwa. Umawiamy się na jutro, podwiezie mnie do ginekologa. Chyba usiłuję przekonać samą siebie - wcale mi się nie spieszy do macierzyństwa, które widzę jako białą plamę na mapie przyszłości. Całe życie mogłabym być w ciąży, nigdy nie czułam się lepiej. Nie mam pomysłu na bycie mamą, choć jednocześnie wiem, że będzie dobrze. Mam zamiar jeszcze porządnie się wyspać, tymczasem spędzam noc grając zawzięcie w absolutnie bezmyślną gierkę. Chętnie poszłabym na dłuuugi spacer - piękna, ciepła noc zaprasza.
Mario śpi. Po piątej ruszam wreszcie do łóżka. Ciało zmęczone, umysł wręcz przeciwnie - mogłabym teraz wziąć udział w narodowym dyktandzie. Mario wstaje, daje mi w przelocie całusa i idzie grzebać w swoim warsztacie piętro niżej. Kładę się w końcu, wiercę i moszczę, usiłując zająć względnie wygodną pozycję i nagle słyszę dziwny dźwięk, jakby gdzieś we mnie wystrzelił korek od szampana. Zamieram i już po chwili czuję, że nie jest dobrze - chyba właśnie odchodzą mi ów słynne wody płodowe! Jak to? Jak to? JAK TO??? Już??? Cholera, miałam się wyspać!!!!!! Ta błyskotliwa myśl szaleje mi po głowie kiedy dzwonię do Maria. Po chwili małżonek jest przy mnie, a ja zaczynam biegać po domu znacząc swoją ścieżkę mokrymi śladami. W głowie szaleństwo kłębiących się myśli - miałam ugotować rosół, który wzmacnia po porodzie! I posprzątać! Podobno tylko 5% dzieci przychodzi na świat w wyznaczonym terminie, dlaczego akurat moje musi być tak obrzydliwie punktualne? Rzucam się do kuchni, nastawiam rosół, Mario chwyta za odkurzacz. Po chwili dociera do nas, że miotamy się po domu całkiem bezmyślnie i bez sensu. OK. Zwalniamy. Mario mnie przytula. Trwamy tak, po czym wracamy do swoich zajęć tyle, że już nieco bardziej racjonalnie. Nie czuję już zmęczenia, adrenalina dała mi niezłego kopa, działam siłą rozpędu.
Pół godziny później pierwszy skurcz zgina mnie w pół, zaskakuje - jest bardzo silny!
„Jezu, jak to ma tak wyglądać, to ja nie dam rady!” - przelatuje mi przez głowę. Po chwili mija. Jest dobrze. Obieram marchewkę i znowu skurcz! Jak to? Tak szybko? Następny. I znowu. Biegam po domu gorączkowo szukając komórki. Jest! Trzęsącymi rękami szukam stopera. Mierzę czas. Siedem minut, pięć, trzy. Czuję się oszukana. Oszukana przez artykuły w prasie i w Internecie, opowiadające o tym, jak to długo trwa pierwsza faza porodu, o tym, że skurcze są na początku rzadkie, że można się między nimi zdrzemnąć… Umówiliśmy się z położną, że zadzwonię, kiedy skurcze będą się powtarzać co 20 minut. Ha ha! Siadam na krześle, ale wcale nie jest mi wygodnie. Piłka rehabilitacyjna, tak zachwalana przez przeróżne poradniki, tylko mnie denerwuje, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Muszę chodzić, chodzić, chodzić! Mario dzwoni do położnej i mówi jaka jest sytuacja. Stoję przy biurku, liczę długość skurczu. Dupel spogląda na mnie z wyżyn swojego nadbiurkowego tronu. Uspokaja mnie spojrzeniem, kocie oczy nadają kod ”spokojnie, będzie dobrze”, pomrukuje. Wierzę mu, zdenerwowanie opada. Przytulam się do ciepłego futerka, mruczymy oboje. Ból, który powoli zaczynam oswajać, nie jest już tak dotkliwy - moje ciało zaczyna się przyzwyczajać, instynktownie zginając się przy kolejnych skurczach - to pomaga.
Położna przyjedzie za półtorej godziny, tymczasem radzi wziąć kąpiel w wannie, uspokaja, że na pewno nie potrwa to tak szybko, jak mi się w tej chwili wydaje.
Wchodzę zatem do wanny, Mario polewa mi plecy ciepłą wodą. Cudownie!!!!!! Słyszałam o znieczulającym działaniu wody, ale nigdy, przenigdy nie przypuszczałam, że tak bardzo mi pomoże! Działa rewelacyjnie, czuję zdecydowaną ulgę! Skurcze wyciszają się i są odrobinę rzadsze. „Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój!” - śpiewam dziarsko, myśląc o nagrodzie Nobla dla pana Vincenta Priessnitza i rachunku za wodę. Mario polewa mi plecy wciąż i wciąż. „Za każdy kamień twój, stolico damy krew!!!!” - ryczę pełną piersią. Śpiewanie dobrze mi robi i nastawia zdecydowanie bojowo. Dam radę! „Za Śląsk, za WKS! Pójdziemy aż po życia kres!” Mario wybucha śmiechem słysząc mój repertuar - nie jestem kibicem piłkarskim, ale właśnie ów pieśń stadionowa kołacze mi w głowie i szuka ujścia przez struny głosowe.
Nie mówimy dużo, rozmawiają nasze oczy. Czuję się bezpiecznie, psychicznie jestem już całkiem wyluzowana. „Nie myśl” - słyszę najmądrzejszą radę w tym dniu. Wyłączam więc myślenie, poddaję się intuicji. Zaprzyjaźniam się z bólem, oswajam go. Moje ciało samo szuka odpowiednich pozycji w chwilach skurczów i znajduje je. Nie boję się niczego, mam absolutną pewność, że wszystko będzie dobrze. Czuję w sobie moc, zdolną zbudować w dwa tygodnie wszystkie zaplanowane w Polsce autostrady. Czuję siłę, która mogłaby pokonać Wielką Pardubicką, nawet bez konia. Czuję potężną energię, zdolną rozwiązać światowy kryzys energetyczny. Czuje mądrość i spokój wszystkich matek od zarania ludzkości - coś niesamowitego!
Wychodzę z wanny, mieszam w kuchni rosół, przegryzam jabłko. Jak zwykle rano nie mam apetytu, ale najwyraźniej moje ciało domaga się energii. Jest dziewiąta. Pukanie do drzwi - to położna, witana przez Maria okrzykiem ulgi (zdaje się, że ma silniejszego „stresa”, niż to okazuje), przeze mnie zaś okrzykiem radości. Krótka rozmowa, badanie. Tętno Małej idealne, moje ciśnienie jak zwykle nie za wysokie, rozwarcie na cztery palce! Stanowczo żądam kawy - adrenalina trochę mi opadła i skutki nieprzespanej nocy dają się we znaki. Mario robi kawę dla wszystkich, gawędzimy sobie jak na przyjęciu towarzyskim, wygląda to dość absurdalnie i wprawia mnie w szampański wręcz humor. Do skurczów przyzwyczaiłam się już tak bardzo, że nie zwracam na nie uwagi, automatycznie zajmuję najwygodniejszą pozycję, oddycham sobie głęboko i wracam do konwersacji.
Nagle znów czuję nieodpartą potrzebę chodzenia - wydeptuję więc ścieżki w całym domu, zaglądam w każdy kąt. Mario z Położną chodzą za mną krok w krok, zapewne wyglądamy jak procesja. Klękam przy narożniku, tu mi dobrze, chcę tu zostać! Mario siada przede mną, Położna za mną, masuje mi plecy. Skurcze stają się silniejsze, już nie mogę ich ignorować, ból znowu zaczyna przygłuszać mi rzeczywistość. Wydaję z siebie gardłowe, wibrujące, prawie kocie pomruki. Ściskam dłonie męża. Nie zdjął obrączki, na bank będzie miał ślady. Boli! Odruchowo spinam ramiona, wyginam się nienaturalnie. Położna próbuje masować mi i barki, przewidując, że będę miała zakwasy nie do ogarnięcia. Mario próbuje wyjść do toalety, obiecuje, że wróci za sekundę.
- Idź - mówię. Robi ze dwa kroki.
- WRACAAAJ!!!!!! - krzyczę rozpaczliwie - bez niego tracę grunt pod nogami, poczucie bezpieczeństwa i całą pewność siebie. Jest już przy mnie, jest tam, gdzie być powinien, moja równowaga wraca na swoje miejsce, jest dobrze.
- To nie był dobry pomysł, ja bym jednak chciała cesarkę - jęczę przy następnym skurczu, zaczynam tracić siły. Chcę do wanny! Wiem, że być może woda spowolni poród, że będzie trwał dłużej, ale ja MUSZĘ do wanny!
Cudowny to dzień, w którym moje życzenia są natychmiast spełniane - siedzimy w łazience, Mario polewa moje plecy wodą, Położna masuje. Rewelacja! Odzyskuję siły, wracamy do konwersacji, Położna opowiada nam anegdotki porodowe. Zaczynam się zastanawiać, czy będzie miała odciski na palcach od masowania moich obolałych pleców, ale przypominam sobie, że miałam nie myśleć. Nie myślę więc, nawiązuję kontakt wzrokowy z małżonkiem.
Chcę powrotem pod narożnik. Nie wiem, ile czasu się pluskałam, straciłam jego poczucie gdzieś w okolicy dziesiątego skurczu. Wracamy do pokoju. Kładę się do badania.
- Tętno Bianki idealne - oznajmia Położna.
Nagle czuję ból, jakiego nie doznałam nigdy w życiu! Rozrywa mnie na kawałki, dociera do każdej komórki mojego ciała, poraża mi umysł! Jak oszalałe zwierzę odruchowo zwijam się w kłębek i ląduję na podłodze, ciężko dysząc. Nie mam pojęcia, jak kobiety, rodzące w szpitalu w pozycji leżącej, są w stanie przeżyć taki koszmar! Następny skurcz, już w mojej, instynktownie wybranej pozycji, jest bez porównania lżejszy! Nigdy więcej - nie położę się za żadne skarby świata! Klękam pod narożnikiem, kątem oka dostrzegam Dupla, który najwyraźniej postanowił sprawdzić co się dzieje i przycupnął w kącie pokoju.
- No, kochana, dziesięć centymetrów! - oznajmia radośnie Położna.
- Dziesięć? Już dziesięć? - nie dowierzam. Wszystko wskazuje na to, że przeszłam ów słynny kryzys siódmego centymetra! Hurraaaa!!!!!!!! Dostaję przypływu nowych sił, choć wydawałoby się, że zużyłam już wszystkie. Dziesięć! Nie ma dla mnie przeszkód! Dałam radę! Mogę wszystko!
Nagle zaczynam tracić świadomość. Rzeczywistość dociera do mnie przez mgłę, rozmywa się - jakbym miała za słabe okulary. Ból jest trochę inny, za to mam wrażenie, że trwa nieustannie, nie mam czasu na odpoczynek. Nie docierają do mnie słowa Położnej, choć słyszę, że coś mówi. Przestaję myśleć, przestaję czuć, jestem zwierzęciem, jestem instynktem, jestem oddzielona od świata szklanym kloszem. Tracę świadomość własnego ciała, znikam i znika wszystko, co mnie otacza. Widzę tylko oczy Maria - wielkie, niebieskie, skupione na mnie. Hipnotyzują mnie, nie mogę przestać w nie patrzeć. Są całym moim światem, poczuciem bezpieczeństwa - reszta nie istnieje. Ściskam jego dłonie z całych sił, choć ledwo to sobie uświadamiam. Oczy coś do mnie mówią - nie rozumiem słów, ale automatycznie wykonuję polecenia. Mój umysł rejestruje obraz w zwolnionym tempie, dźwięki docierają jak przez grubą warstwę wody, pierwszy raz w życiu całkowicie przestaję myśleć. Wzrok mojego męża jest teraz moim jedynym kontaktem ze światem, nitką świadomości, oparciem i bezpieczeństwem. Nie mogę zamknąć oczu, nie mogę mrugnąć, nie mogę przerwać kontaktu, bo zniknę. Jak przez grubą warstwę szkła dociera do mnie nowy rodzaj bólu - pojawia się i znika. Opary gęstej mgły rozsuwają się powoli, zaczynają do mnie docierać myśli, choć jeszcze ich nie rozumiem. Czuję, że jakaś nowa siła zaczyna rządzić moim ciałem, ciągnie mnie w dół!
- Teraz kochanie! - słyszę Maria. Robię więc to, co każe mi mąż i moje ciało. Prę z całej siły, odpoczywam chwilę i znowu prę. I nagle ból znika, jakby ktoś włączył światło! Obracam się całkowicie bezmyślnie w stronę Położnej, która trzyma w rękach COŚ. Nie wiem co TO jest, kompletnie nie uświadamiam sobie, że właśnie widzę moją córeczkę.
- Jejku, jejku - kwilę absolutnie bez sensu i czuję, że natychmiast muszę to COŚ przytulić! Po chwili trzymam w ramionach absurdalnie małe, spuchnięte, czerwone ciałko, które co od razu czepia się mnie jak małpka i zaczyna obwąchiwać moją pierś, po czym usiłuje ją polizać. Nie myślę. Coś spływa mi po twarzy, może pot, może łzy. Całkiem nowa emocja rodzi się gdzieś wewnątrz mnie i wypełnia wszystkie zakamarki mojego jestestwa, czuję ją w każdej komórce mojego ciała, w paznokciach, włosach, rzęsach - składam się wyłącznie z tego nowego uczucia. Nie wiem nawet, czy jest przyjemne - po prostu jest i ogarnia mnie całą. Nie umiem nazwać tej emocji i w ogóle się nad tym nie zastanawiam - jeszcze nie myślę, ale nie potrafię oderwać wzroku od małej istotki przytulającej się do mojej piersi. Nie odrywam więc i tak sobie trwamy.
Po jakimś, nieuświadomionym przeze mnie, czasie znowu czuję skurcze i zanim cokolwiek zdążę pomyśleć znów coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Położna, która teraz jawi mi się niczym Anioł, ogląda coś z uwagą, a mój mąż z przerażeniem. Aha, to łożysko. Mario myślał, że będzie wielkości fasolki… Świat powoli zaczyna do mnie docierać. Łożysko w porządku, pępowina przestaje pulsować, biorę ją do ręki - bardzo dziwny twór, jakby żywy, ciepły kabel. Położna zaciska pępowinę, ostrożnie, „żeby Bianka nie miała później pretensji, jak będzie chciała nosić bikini”. Mario odcina. Jesteśmy teraz osobnymi istotami. Kładę się z Małą, która zasypia natychmiast i dopiero teraz czuję, jak bardzo jestem zmęczona. Idę za przykładem mojej córeczki.
Budzę się po dwóch godzinach. Mario siedzi przy nas, oczy ma podejrzanie wilgotne, uśmiech od ucha do ucha. Położna wypełnia papiery. Bierze Biankę do zbadania, Mario pomaga mi wziąć prysznic i dostępuje honoru pierwszego przewijania i ubierania małej Istotki. Kładę się, a Bianka uczy się ssać. Położna żegna się z nami, uprzedzając, że jakby co, jest pod telefonem. Będzie za trzy dni - pobierze krew do badań, sprawdzi, czy wszystko w porządku, uspokoi nawał pokarmu, który niewątpliwie mnie czeka, nauczy nas kąpać Małą. Anioł.
Zostajemy sami. Nie rozmawiamy, nie potrzebujemy słów, znowu nasze oczy prowadzą dialog. Wpatrujemy się w naszą śpiącą córeczkę. Chyba dopiero teraz zaczyna do nas docierać, że naprawdę jest. Maleńka, taka do schrupania, cała nasza! Krucha i silna zarazem. Doskonała. Przychodzi Dupel, chce poznać to nowe Coś, co spowodowało, że spokojny dotąd dom stanął na głowie. Pozwalamy mu obwąchać Biankę. Bada ją dokładnie, z nieufnością, od stóp do głów, ale najwyraźniej wszystko jest w porządku, bo udeptuje ją dookoła i kładzie się obok. Zaakceptowana.
Obdzwaniam gabinety lekarskie. Mamy problem - nikt nie chce przyjechać. Pediatrzy i neonatolodzy, którzy jeżdżą do dzieci urodzonych w domu, mają za daleko, a ci pobliscy najwyraźniej boją się takiego malucha - jakby miała trzy głowy. Proponują wizytę w szpitalu. Za nic! Wiem, że z Bianką wszystko w porządku, widzę to i czuję, ale wydaje mi się, że powinien potwierdzić to lekarz. Wreszcie podstępnie zwabiam panią doktor, mówiąc, że to wizyta patronażowa, że chodzi tylko o zbadanie ogólnego stanu zdrowia. Będzie jutro.
Wieczór. Obdzwoniliśmy tylko najbliższą rodzinę, nie chcemy wysyłać setek esemesów, prowadzić rozmów, tłumaczyć, wyjaśniać, opowiadać. Jeszcze nie teraz. Teraz skupiamy się na sobie, wyciszamy, kontemplujemy. Mario kładzie sobie Małą na klacie - Bianka zasypia natychmiast, nie wydawszy nawet dźwięku. Pełne zaufanie.
Bianka |
Budzę się w środku nocy. Mała śpi obok mnie, Dupel w nogach łóżka, Mario na materacu pod łóżkiem - wygląda jak strażnik. Cieszę się, że był ze mną, że nie zostawił mnie chociażby „ze względów estetycznych”. Gdyby tak było, już na zawsze tliłaby się we mnie iskierka niepewności, że zostawi mnie również na przykład w przypadku ciężkiej choroby - wszak osoby chore rzadko bywają „estetyczne”. Naturalnia non sunt turpia, jak mawiali starożytni Rzymianie. Na szczęście decyzja o porodzie rodzinnym była dla Maria naturalna i bezdyskusyjna. Kocham go.
Bianka przez sen kombinuje coś wokół mojej piersi, uczy się ssać, choć na razie wychodzi jej to raczej nieporadnie. Już miałam próbkę dobrych rad w stylu: „natychmiast daj jej butelkę, zagłodzisz dziecko!” „Koniecznie podaj glukozę bo opadnie z sił!” I tak dalej. Położna wyjaśniła mi, że dziecko po porodzie ma wystarczająco dużo składników odżywczych jeszcze z łożyska, wszystko jest w porządku. Wierzę jej. Odrzucam wszystkie „dobre rady”, ufam wyłącznie swojej intuicji - przyszłość pokaże, że to najlepsza nauczycielka rodzicielstwa. Mała nie płacze, przytula się do mnie ufnie, pofukuje pod nosem, szuka piersi. Głaszczę ją po główce i uświadamiam sobie, że dotąd nie słyszałam jej płaczu - tylko pojedyncze dźwięki i pofukiwania.
Myślę sobie, że następne dni będą dla nas trudne - nie mamy nikogo do pomocy, cała rodzina kilkadziesiąt kilometrów dalej, moja zagrypiona mama zgłasza się do pomocy jak wyzdrowieje. Nie mogę zanieść dziecka do sali dla noworodków „żebym sobie odpoczęła”, jesteśmy razem non stop. Jestem zmęczona. Dociera do mnie, jaka ze mnie szczęściara - od pierwszych regularnych skurczów aż do finału minęło zaledwie 6,5 godziny. Obyło się bez przebicia pęcherza płodowego, nacinania, pęknięć, czyszczenia macicy, KTG, oksytocyny i innych medycznych wynalazków. Urodziłam sama - tak jak chciałam, tam, gdzie chciałam, z osobą, z którą chciałam i bez której niewątpliwie nie dałabym rady - z moim mężem. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym go pozbawić tego doświadczenia. Urodziłam w swoim tempie, nikt mnie nie poganiał, nie zmuszał ani nie namawiał do czegokolwiek. Położna naprawdę tylko (i zarazem aż!) asystowała i czuwała nad całością, reszta była czystą naturą.
Nikt mi nie zabierał mojej córeczki do ważenia i takich tam, nie świecił jej w oczy, nie wtykał smoczka, nie dopajał sztucznymi specyfikami. Ba, wykąpiemy ją dopiero za trzy dni, na razie przyjmuje naturalne przeciwciała zawarte w mazi płodowej. Obce jej są szpitalne bakterie i wirusy. Leży cały czas przy mnie. Nie mogłabym znieść myśli, że jest gdzieś na sali wśród innych noworodków, z dala od mamy, która „odpoczywa”. Nie chcę odpoczywać. Wiem, że nie będzie łatwo, ale cieszę się intymności, miłości i szczęścia, które nas otaczają.
Życie jest cudem. Życie JEST.
Dominika z Bianką |
Autorka: Dominika,
zdjęcia z archiwum domowego Dominiki.
Dziękuję Dominiko <3
Spodobała Ci się ta opowieść i chciałabyś, żeby ukazała się w bezpłatnej książce wesprzyj projekt
Subskrybuj:
Posty (Atom)