czwartek, 14 listopada 2013

Osiem porodów Agnieszki. Cz. 6 Narodziny Franciszka

Dziś o porodzie szóstego dziecka Agi i Michała... Franek miał, na szczęście, całkiem udane narodziny :)
Dodam tylko od siebie, że ten rocznik chyba obfituje w Franki, bo i moja najmłodsza Franka jest z tego rocznika... ;) 



Franciszek 2011, poród na Brochowie


Po ostatnim porodzie ponownie przeszukiwałam internet w jednym konkretnym temacie- położna, porody domowe... Nic we Wrocławiu nie szło do przodu i byliśmy skazani na szpital. Oczywistością był dla nas wybór placówki – Brochów i nigdzie indziej.

Ciążę znosiłam dobrze i miło, ładnie wyglądałam, jak to przy chłopczyku, a jak usłyszałam na usg , ze to chłopczyk zupełnie się rozpłynęłam. Bardzo, bardzo czekałam na synka po serii dziewczynek, robiliśmy usg 4d pierwszy raz i obraz dziecka zrobił na nas niesamowite wrażenie.  Sama wyliczyłam termin porodu, zgodnie z zasadą 10 dni po terminie miesiączki, sprawdził się co do dnia... Pamiętam, ze były akurat problemy z komunikacją przez śnieżyce, które nagle wszystkich zaskoczyły, pod koniec listopada.

Poród rozpoczął się tradycyjnie, koło 3 w nocy obudziłam się, bo poczułam, że prześcieradło jest mokre. I Jak to powiada mój mąż, za każdym kolejnym razem "no i zryw, koniec spania i już leci aż do porodu w biegu”.

Tak tez było, zawsze już ilekroć poczułam odpływające wody schemat był następujący : szłam do łazienki golić nogi i wziąć prysznic, potem do kuchni wypić herbatę i się pomalować. Tu muszę dodać, ze do każdego porodu byłam pomalowana, oczy i paznokcie, taka mała fanaberia. Tłumaczę sobie to tym, ze chcę czuć się dobrze ze sobą . To jest w końcu ważne wydarzenie , chcę aby moje dziecko zobaczyło ładną mamę i wreszcie chcę, aby personel patrząc na wielo,wieloródkę nie miał wrażenia, ze to ktoś z pogranicza patologii.

Kiedy byłam gotowa „ze sobą”, brałam się za pakowanie. Zawsze wcześniej pisałam ściągę, co mam brać do szpitala i albo ja albo Michał dopakowywaliśmy bagaż.  W tzw. międzyczasie mąż sprawdzał skurcze, jak często się pojawiają i jak bardzo są intensywne. Tym razem skurcze pojawiły się koło 4-tej, 4.30. Powiedziałabym , ze były nawet lżejsze niż ból przy miesiączkach. Tym razem Michał nalegał, żeby wcześniej jechać, a ja z bólem serca przystałam na to.
W taksówce poczułam ulgę, ze tak trzeba , intuicyjnie czułam, ze tym razem to będzie najlepsze rozwiązanie. Przemogłam jakiś lęk, przed szpitalem, strach przed przyspieszaniem porodu, rutynizacją.

W szpitalu byliśmy po 5-tej, było jeszcze cicho... Izba przyjęć, badanie, pierwsza sympatyczna położna , 6 cm rozwarcia i wolna sala – słoneczko! Michał nie miał na tyle gotówki, żeby opłacić cegiełkę, a 50 zł wydawało nam się za mało, więc wstrzymaliśmy się z wpłatą. Położne na górze zadecydowały, ze najpierw poleżę na ktg na sali ogólnej. To wspominam najgorzej.. leżałam tam do 6-tej i było mi niewygodnie i zimno.
Jedynym miłym momentem, było bicie dzwonów w pobliskim kościele, kiedy je usłyszałam, zrobiło mi się refleksyjnie i to był ten moment, oderwania się na chwilę od bólu, refleksji. „Zaraz zobaczę dziecko”-pomyślałam. O 6-tej przeniesiono nas do „Słoneczka”, ślicznej sali, przypominającej mieszkanie, a nie szpital. Zdziwiłam się, po tylu latach zauważyłam kolosalną zmianę w podejściu do rodzenia.
Moje obawy w tym momencie zniknęły, przyszła położna, zbadała mnie pytając, czy dziecko ma być duże? Nic mi o tym nie było wiadomo, przeciwnie, miało być podobne do pozostałych, jak to ocenił lekarz przy ostatnim usg (około 3500g).

Pamiętam, ze położna miała chabrowy tusz na rzęsach, co mi utkwiło w pamięci. Wiedziałam, ze to już długo nie potrwa i czułam ulgę. Każdy poród licząc od Stasia trwał 4 godziny, wyliczyłam, ze urodzę koło 7-mej. Około 6. 30 weszła lekarka z obchodu z całą ekipą, zarządzając "Trzeba zastrzyk z oksytocyny!"
To nawet nie było powiedziane tonem zachęcającym, spokojnym, tylko jakby z pretensją. Odmówiłam. Zaczęła się wymiana zdań, ja o złych doświadczeniach, ona o zużytej macicy (sic!).
Pamiętam , że stała obok ta moja położna i spokojnie na mnie patrzyła, mówiąc tymi chabrowymi oczami „rób swoje”. Lekarka wyszła, a ja chyba z nerwów dostałam częstszych skurczów.

Od razu wskoczyłam na fotel, chwilę potem po ustawieniu pozycji, miałam skurcze parte i mogłam rodzić, była chyba 6.50. Miałam dużo siły, ale coś było nie tak, kiedy parłam, jakby coś stawiało opór.
Przy następnym skurczu czułam to samo i inne niż zwykle „rozpychanie”. Pojawiła się młoda lekarka, dwie położne i pediatra. Zaniepokoił mnie tłum i zdziwienie Michała, ale nie traciłam odwagi. Słuchałam dokładnie co mówi położna i współpracowałam. Kiedy powiedziała, żeby nie przeć przestałam, potem parłam silniej i pojawił się Franciszek o 7-mej rano. Piękny, zdrowy dostał 10 punktów APGAR.

Po wszystkim kiedy trzymałam go cieplutkiego na brzuchu, położna powiedziała; "Wspaniale pani rodziła bez takiej współpracy i siły mogłoby być trudno, bo dziecko rodziło się twarzyczkowo i było owinięte pępowiną".

Wszyscy mi gratulowali, Michał mnie przytulił, czuł już ulgę i wydawał się senny po tym wszystkim.  Kiedy lekarka mnie pooglądała, twierdząc, ze jest ok, nie trzeba szyć i łyżeczkować, weszła oddziałowa informując , ze należy opłacić cegiełkę. Owszem rozumie sytuację, ze właśnie urodziło się nam dziecko ale uiścić trzeba. Czar prysł... Jeszcze koło 3 razy w trakcie przebywania z dzieckiem tuż po porodzie w pokoiku obok, przychodziła oddziałowa z informacją o opłaceniu cegiełki na dole w kasie lub przelewem, mącąc nasz spokój i sprowadzając uczucia wyższe z obłoków na ziemię. Gdyby nie ten incydent pomyślałabym, ze poród w szpitalu jest całkiem fajny. Na przyszłość zawsze odkładaliśmy na cegiełkę w osobnej kopercie, bo już drugi raz życie nas nauczyło, ze to bardzo może skomplikować sytuację i bieg wydarzeń.

Dopiero w domu przeczytałam co to jest poród twarzyczkowy i jakie może nieść konsekwencje.
Nasze dziecko jest zdrowe, a ja choć czułam się fizycznie bardziej wyczerpana niż do tej pory, poczułam ulgę, że zdążyliśmy i ze trafiłam na tak cudowną położną...

Później dostałam prezent od Michała " za poród"... chabrowy tusz ;) 


Maleńki Franciszek

Franek dziś



 Autorka: Agnieszka, zdjęcia z archiwum domowego. 


Jutro dzień siódmy, jak urodził się Antoni :)



środa, 13 listopada 2013

Osiem porodów Agnieszki. Cz. 5 Narodziny Małgorzaty

Piąty poród Agnieszki i Michała, Małgorzata narodziła się w domu...
Napiszę tylko tyle;  płakałam...



Małgorzata, 2009 poród w domu


Małgosia poczęła się nad morzem po dłuższej przerwie. Ta ciąża nie należała do łatwych i przyjemnych, choć nie miałam poważniejszych komplikacji.
Czułam się po prostu zmęczona, ciężka i bez energii, towarzyszył mi spokój, który mnie rozleniwiał. W 37 tyg trafiłam do szpitala na 5 dni z powodu odwodnienia po grypie jelitowej, nawodnili mnie tak, ze cała spuchłam.
Poród przypadał na kwiecień i tak wyliczenia lekarzy sobie, a ja urodziłam znów 10 dni po, tak zwanym, terminie.

Teraz niewiele pamiętam, jak to wszystko przebiegało, pamiętam za to emocje strach, zrezygnowanie, niemoc, słabość. Te uczucia towarzyszyły mi przez cały dziewiąty miesiąc, byłam zdana całkowicie na Michała. Trudno mi było podejmować decyzje, odczułam pierwszy raz jak to jest mieć więcej dzieci, dużo obowiązków i mało sił.

Poród rozpoczął się 2 dni wcześniej falstartem.
Zwyczajnie pojawiły się skurcze regularne co 10 minut, trwało to może 2 godziny i nagle się skończyły i już. W tym czasie Michał był w domu i zadzwoniliśmy po mamę. Jak przyjechała, tak pojechała, bo nic z tego nie wyszło tylko nerwy.

Po dwóch dniach o 8-smej pojawiły się znowu skurcze, ale nauczona doświadczeniem nie zadzwoniłam jeszcze ani po męża, ani po mamę, żeby przypilnowała dzieci. Po 10-tej zaczęły się regularne skurcze i Michał został o tym powiadomiony. Najpierw dzwonił z pytaniem, jak sytuacja, godzinę później postanowił przyjechać mimo, że nic nowego się nie działo. 

Dzieci były jeszcze w szkole i na spokojnie mogliśmy pobyć ze sobą obserwując akcję i czekając na mamę. Około 14-stej odeszły wody i to był sygnał żeby jechać do szpitala.
Byłam cała spięta faktem, ze nie ma kto zostać z dziećmi. Oczywiście mógł to zrobić Michał, ale nie wyobrażam sobie porodu bez niego.
Ta opcja nie wchodziła w grę, musiałam na ten moment czuć jego obecność, patrzeć na niego, bo inaczej nie dałabym rady znieść tych wszystkich szpitalnych procedur. Czekaliśmy zatem...
Ostatecznie, chwilę potem, Michał zadzwonił po taksówkę. Kiedy zadzwonił domofon, ze taksówka czeka przed domem, zaczęłam rodzić...
Michał przeprosił i trzeci raz zadzwonił po karetkę, przyjechali w 5 minut, Małgosia była już na świecie, a ja byłam w szoku - dosłownie.

Nie potrafiłam normalnie odpowiadać na pytania. Tym razem obok szczęścia czułam przerażenie, a zaraz potem strach o dziecko, czy wszystko z nim w porządku i strach przed tym, jak zostanę potraktowana.
Myślę, ze te emocje pojawiły się pod wpływem całej tej sytuacji , jaka miała miejsce, gdy przyjechali z pogotowia.

Dziecko zabrali od razu do zbadania w pokoju, a ja stałam w wannie, przykryta ręcznikiem z patrzącymi na mnie dwoma ratownikami...
To była strasznie długa chwila dla mnie.
Nie pamiętam po co ja weszłam do tej wanny, chyba dlatego ,ze leciało mi strasznie dużo krwi i byłam spocona, stałam i nie mogłam nic zrobić.
Wreszcie pojawił się mój mąż, kochany, nieoceniony i nie wiem czy to ten widok obcych facetów, czy cały stres z tym porodem w domu, spowodował natychmiastowa reakcję z jego strony w postaci słów "wyjść stąd i to już!".

Nikt się nie odezwał, ratownicy wyszli z domu i czekali w karetce, został tylko lekarz. Tym razem zawieźli nas do nie istniejącego już szpitala na ulicy Dyrekcyjnej.
W karetce nie mogłam trzymać Małgosi na rękach, bo jak to określił ratownik (sic!) to zbyt ryzykowne!!! Odwróciłam się do okna i płakałam...

Wciąż miałam duży upływ krwi, zmoczyłam całe spodnie, gdy dotarliśmy na izbę przyjęć, przez 15 minut decydowano gdzie mnie umieścić.
Potem dopiero lekarz się mną zajął.
To była, jak pamiętam kobieta, bardzo niedelikatna i milcząca. "W razie czego", jak wreszcie powiedziała, zrobi łyżeczkowanie. Strasznie mnie to bolało, żaden poród nie może się równać z tym bólem , który wtedy czułam. Jedyne co mnie uratowało w tym momencie od załamania się był lekarz, który przyszedł , jak się okazało sprawdzić pracę stażystki. Patrząc jak leci na mojej twarzy łza za łzą, a może z czystej serdeczności pogłaskał mnie po głowie.
Nawet nie wie, ile tym gestem dla mnie zrobił...

Był to pierwszy pozytywny moment, którego doświadczyłam od urodzenia dziecka. Zabrano mi dziecko, nie pozwolono na obecność męża, byłam sama jak palec 4 godziny !!!
W tym czasie przewieziono mnie na salę, jak się okazało, nie było miejsc na bloku poporodowym dla matek, więc Małgosia leżała tam, a ja na bloku patologii ciąży z kobietami, które straciły dzieci lub czekały na zabiegi usunięcia martwych ciąż. Nie mogę o tym pisać co tam czułam...

Nikt się nie odzywał, nikt nie jadł,nikt o nic nie pytał...
Chodziłam tam tylko spać, cały czas siedziałam na krzesełku z Małgosią, ku niezadowoleniu pielęgniarek.
Zabierano mi ją tylko na badania, których było bardzo dużo, z powodu "niesterylnych warunków porodu" zadecydowano o zrobieniu usg główki, brzucha, prześwietleniu, a nawet badaniach genetycznych na zespół downa ( ze względu tylko i wyłącznie na skośne oczy).
Na 3 dzień znalazło się miejsce na bloku, choć miałam wychodzić do domu.
Po otrzymaniu wypisu od ginekologa przyszedł pediatra i oznajmił, ze dziecko musi przyjąć antybiotyk ze względu na zapalenie płuc.
Do tej pory nie wiem kto miał rację czy matki , które twierdziły,ze dzieci zaraziły się w szpitalu, wszystkie (oprócz 3) z urodzonych na bloku, czy lekarze twierdząc, że każda miała zakażenie w brzuchu, a ja przy porodzie w domu.
Z tego pobytu pamiętam karmienie na kolanie i ból kręgosłupa oraz zapłakane oczy kobiet tam leżących. Nie widziałam ani jednej matki, której nie przyprawiałby ten szpital o depresję.

Wszystkie wydarzenia, który miały miejsce po urodzeniu Małgosi wpłynęły na decyzję, ze nigdy nie dopuszczę do sytuacji porodu w domu bez fachowej opieki. Do dziś myśląc o tym piątym porodzie towarzyszy mi uczucie żalu, za normalnością, za możliwością urodzenia w domu bez czucia się winnym, a przede wszystkim za obecnością położnej bądź lekarza przyjmujących porody w domu, za ich fachową opieką przy tym ważnym wydarzeniu, której brakuje we Wrocławiu.

Dane mi było rodzić w domu trzy razy.
Ostatnio rodziłam w lutym 2013 r, żadna położna nie zgodziła się na moje kolejne porody w domu, jak do tej pory.
Oby inne kobiety doczekały chwili, kiedy będą mogły z czystym sumieniem urodzić w domu, przy pomocy położnej w naszym mieście.




Maleńka Małgosia

Małgosia dziś


Autorka: Agnieszka, zdjęcia z archiwum domowego.

Agnieszko, nie mogę czytać tego tekstu nie płacząc, mimo, że czytam kolejny raz...
Dla Ciebie, ponieważ Małgosia poczęła się nad morzem, a urodziła w domu, umieszczam tą przepiękną pieśń, która kojarzy mi się z porodem...






Jutro o narodzinach Franciszka... bądźcie z nami <3 


wtorek, 12 listopada 2013

Osiem porodów Agnieszki. Cz. 4 Narodziny Marii

Kochani, po dwudniowej przerwie organizacyjno-technicznej, za którą przepraszam, wracamy do towarzyszenia w ośmiu porodach Agnieszki...

Czwarte dziecko, drugi poród Agi i Michała w domu... Jak narodziła się Maria...



Maria, 2006, poród w domu


Pomimo tak udanego porodu domowego 3 lata wstecz, nie planowaliśmy znów rodzić w domu. Nie dlatego, że nie chcieliśmy , a ze względów „technicznych”.
Decydujące dla nas było zapewnienie bezpieczeństwa dziecku, bo gdyby się coś nieprzewidywanego stało... Nikt we Wrocławiu nie przyjmował takich porodów, a nawet jeśli, nie mielibyśmy wtedy na to pieniędzy, żeby opłacić położną.

Marysia powitała nas już w nowym mieszkaniu, pięknym, pachnącym, bardzo wygodnym.
Byłyby to idealne warunki, żeby urodzić tutaj. Chcieliśmy być jednak rozsądni i wybraliśmy znów szpital na Brochowie. Cegiełki ponownie, celowo nie wykupiliśmy w ciemno, ale pieniądze leżały odłożone w kopercie.

Termin porodu przypadał na początek lutego, nauczona doświadczeniem czekałam cierpliwie na sygnał. Pojawił się dokładnie dziesięć dni po tak zwanym terminie, jak przy Stasiu.
Jedyną nowością było to, że nie obudziło mnie odpłynięcie wód, a lekkie bóle brzucha jak przy miesiączce gdzieś około 10-tej rano.
Zadzwoniłam po męża, ze to już, popracował tego dnia godzinę zaledwie i już musiał wracać.
Byłam spakowana do szpitala, więc nie miałam za bardzo co robić, brzuch pobolewał, a ja się snułam z kąta w kąt, czekając na Michała.
Gdy przyszedł koło 11-stej, stwierdziłam, ze to jeszcze czas i nie ma co jechać.
Myślę, ze za każdym razem wspomnienie tego pierwszego porodu, z fatalnym w skutkach zastrzykiem na przyspieszenie, decydowało o tym, że do szpitala wolałam jechać jak najpóźniej, kiedy odejdą wody, na sam poród.
Czekałam i czekałam na bóle z tyłu pleców, czyli właściwe skurcze i zastanawiałam się co jest nie tak i czemu tak długo. O zgrozo mimo, że to był mój czwarty poród, byłam przy tym święcie przekonana, ze najpierw odchodzą wody, a potem następuje właściwa akcja porodowa, czyli skurcze parte i urodzenie dziecka. To przekonanie było tak mocne, ze nie zadawałam sobie nigdy trudu, żeby to sprawdzić w książce lub w internecie... Czekałam więc ostatecznie na odpłyniecie wód, z myślą, że wtedy pojedziemy.


Przed 12-stą ból brzucha był już dość mocny i regularnie się pojawiał co 3 minuty.
Michał zadzwonił po taksówkę.
Weszłam do łazienki po szczoteczkę, poczułam napieranie, kucnęłam i trysnęły wody ukazując główkę!!!
Michał wleciał do łazienki i oczom nie wierzył co się dzieje...
Pomógł mi, za drugim parciem wyszła Marysia. Trwało to może 2 minuty, urodziła się bardzo szybko z wodami...

Michał ucisnął spinaczem pępowinę, kiedy trzymałam dziecko na rękach, owinięte wcześniej ręcznikiem. Położyliśmy się do łóżka, mała Marysia zaczęła ssać.

Cudownie było czuć tą więź, bliskość dopiero urodzonego dziecka we własnym łóżku, w domu.
Jak wielką różnicę robi zwykłe łóżko...
Zostałabym już tak na zawsze, niestety zdrowy rozsądek musiał zwyciężyć dla dziecka i mojego dobra i spokoju. Tym razem pogotowie przyjechało po 10 minutach od porodu, z fachową karetką dla dziecka z inkubatorem itd. Lekarka była bardzo miła, zbadała dziecko, a mnie pocieszała, bo kompletnie tym wszystkim się zdziwiłam i rozkleiłam. Wyszła na wierzch moja wiedza o porodzie, przy czwartym dziecku! Co za wstyd...Tak na to po wcześniejszej euforii patrzyłam, leżąc już na szpitalnym łóżku.
Trafiliśmy na Brochów, wprawdzie po fakcie, ale docelowo plany się spełniły.

Nowy dom został „ochrzczony”, pomyślałam wracając...
Pierwsze co zrobiłam wracając do domu, to weszłam do łazienki, zrobiło mi się bardzo miło i tak ciepło na sercu. 


Maleńka Marysia

Maria dziś

Autorka: Agnieszka, zdjęcia z archiwum domowego. 



Już jutro domowe narodziny Małgorzaty, bądźcie z nami :)




sobota, 9 listopada 2013

Osiem porodów Agnieszki. Cz. 3 Narodziny Stanisława

Przez osiem dni towarzyszymy Agnieszce w jej ośmiu porodach...
Pierwsza opowieść była o Zuzannie, druga o powitaniu Jakuba. Dziś dzień trzeci i trzecia opowieść porodowa Agi.  Domowe narodziny Stanisława...



Stanisław 2002, poród w domu.
 

To wydarzenie wiele zmieniło w moim podejściu do porodów, do macierzyństwa ba, nawet do życia.
Na Stasia czekaliśmy długo, nie udało się zajść w ciążę od razu. Po 3 próbach zaczęłam się martwić, po pół roku jeszcze bardziej, wreszcie się udało – wytęsknione dziecko. Teraz wśród całej ósemki najbardziej utalentowane, z wyraźnym artystycznym zacięciem.

Ponieważ mieliśmy już jako takie rozeznanie co się dzieje w szpitalach i na co trzeba  być przygotowanym, wybraliśmy znów szpital na Brochowie. Tym razem jednak Michał zaproponował, żeby nie płacić od razu cegiełki przy przyjęciu do szpitala, to była decyzja opatrznościowa.
Poród zaczął się niepozornie, zwyczajnie rano obudziłam się i poczułam przypływ energii i mokre prześcieradło. Była godzina 6, nauczona doświadczeniem, wcześniej zadbałam o młodsze dzieci, więc stresu nie było. Było za to poczucie humoru mojego męża, zawsze ilekroć potem zaczynał się poród miał dobry humor i „głupawkę”, a to bardzo, bardzo pomaga. Chodził za mną i pytał „skurczyki”, „skurczyki”? Ja tez byłam spokojna, wypiłam herbatę, dopakowałam torbę, jednym słowem na spokojnie czekaliśmy na intensywniejsze skurcze.

W tak zwanym międzyczasie, Michał wyskoczył do bankomatu po pieniądze na cegiełkę i taksówkę. Zostałam sama i mogłam przeżyć tę chwilę tak bardziej po swojemu. Wzruszyłam się czując kolejny skurcz.  Dzisiaj zobaczę swoje dziecko, tak długo wyczekiwane, myślałam...
Była zima, stałam przy oknie i patrzyłam jak wraca mąż, nic nie mogło mnie zaskoczyć, bo czułam się bardzo silna i odważna. To dobrze, bo chwilę potem wydarzenia przypominały raczej sceny z jakiegoś filmu.


Kiedy wrócił Michał byłam już do połowy ubrana, tzn w rajtuzy, tuniko-sukienkę i założony miałam jeden but. Tu dodam rzecz istotną, były to buty tzw. "ojki", takie sznurowane do kolan. Pamiętam dobrze, stałam w łazience, kiedy Michał wszedł do mieszkania. Zapytał, czy jestem gotowa, bo zamówił taksówkę i już czekał, a ja kompletnie go nie słuchając zaczęłam inaczej oddychać i kucać.
Zaczęły się skurcze parte, nagle, bez bolesnych skurczów pierwszej fazy.
Oznajmiłam spokojnie, z rezygnacją „zaraz urodzę”.

Michał tracąc chyba głowę (bo nie umiem tego inaczej określić), zaczął mi zakładać tego ojka drugiego i wiązać, a w tym samym czasie ja rozwiązywałam i ściągałam drugiego z nogawką rajtuz. To było dla mnie bardzo zabawne i kto wie czy właśnie dzięki temu nie spanikowałam.
Jednym duszkiem zarządziłam, co mój mąż ma robić: nalać wody do wanny, zadzwonić po karetkę i przynieść ręcznik czysty. Udało mi się rozebrać i wskoczyć do wody, czekałam aż wanna się napełni, rozkosznie nie czując bólu przy skurczach. To był moment, kiedy zmieniłam pozycję przykucając, bo tak mi się zrobiło wygodniej.
Raz poparłam, czując ulgę, za parę sekund drugi raz i rękami złapałam wypływające dziecko.
Zapłakał, ja też, była 9.05,  weszli ratownicy z pogotowia.
Uchwyciłam ten moment narodzin dla siebie, udało mi się go ukraść, nigdy wcześniej ani potem nie czułam tak metafizycznego przeżycia. Chyba nie da się o tym zwyczajnie napisać, to był piękny, naturalny poród. Mój i mojego męża. Natura sama zadbała o szczegóły, a ja jak nigdy dotąd, intuicyjnie wiedziałam co mam robić, krok po kroku.

Lekarz nie był zdziwiony zdarzeniem, za to mój mąż bardzo. Na prośbę o czysty ręcznik, nie wiedział gdzie go ma szukać. Staś urodził się bez komplikacji, nie miał nawet wybroczyn, a ważył 3900! Najwięcej z naszych dzieci urodzonych do tej pory. Dziwne, ze ja tego nie poczułam, do tej pory twierdzę, ze spośród ośmiu porodów, ten był najlżejszy i najmniej bolesny. Woda czyni cuda i wiara w siebie, zaufanie instynktowi. Natura mnie w tym wypadku wyręczyła na całej linii.

Pogotowie zajęło się resztą, pępowiną, łożyskiem i zabrało nas do szpitala na Brochowie. Muszę tu sprostować,że to była bardzo miła, fachowa ekipa, która z porodami nie miała nic wspólnego.
W łazience przebywała ze mną tylko lekarka i mąż , nikt obcy nie musiał mnie oglądać (ratownicy). Na prośbę i chyba z uwagi na sytuację zabrali z nami też Michała. W szpitalu nikogo nie zdziwił fakt porodu w domu, kiedy wspomniałam, ile to wszystko w sumie trwało. Zwyczajnie to był szybki, sprawny poród i mogłam nie zdążyć, ale wiadomo na przyszłość trzeba uważać. Cieszę się, ze nikt nie zepsuł tego wydarzenia swoim moralizatorstwem lub humorami. Jeszcze na długo potem przezywałam ten moment porodu, szczególnie karmiąc piersią...

Gdybym miała wymienić konkretnie zalety rodzenia w domu, na pierwszym miejscu byłby spokój, spokój i cisza, nieodzowne do skupienia się i poddania rozwojowi wypadków.
Nikt nie zagląda, nie pyta, nie wypełnia, nie bada co 5 minut, nie leżysz kołkiem czując jak ci niewygodnie, nie stresujesz się jak będziesz rodzic w takiej pozycji, czy nie wyproszą Ci męża albo go nie przestawią z kąta w kąt, no i trzymasz dziecko jako pierwsza,  czujesz go Ty, a nie tylko położna... a to jest cudowne uczucie! Nosiłam syna pod sercem 9 miesięcy, głaskałam brzuch, czułam jak kopie, kiedy nadszedł moment rozwiązania to ja pierwsza poczułam jego cieplutką główkę, przytuliłam, mogłam go przywitać po drugiej stronie. 
Wiem co mówię, do tej pory Staś jest dzieckiem najbardziej ze mną związanym emocjonalnie on i Marysia, też urodzona w domu. Jest też bardzo utalentowany plastycznie, powyżej normy jaką mają dzieci starsze od niego.



Kilkuletni Staś ze swoim starszym rodzeństwem Zuzą i Kubą.

Wydanie na świat syna w taki sposób i w takich okolicznościach miało też swoje odzwierciedlenie w fizycznej stronie. Ten poród „wyleczył „ mnie z bólów krzyżowych, jakie miałam do tej pory przy skracaniu szyjki. Nigdy potem nie czułam już tego koszmarnego bólu z tyłu pleców. Kto takowe miewa, wie co to znaczy. Po tym porodzie zawsze już miałam bóle brzuszne przy skurczach.

Ten poród pamiętam szczególnie, ilekroć rodząc kolejne dzieci, mam moment kryzysu, zawahania się, zniechęcenia, ze boli, ze długo wracam myślami do 11 grudnia rano, pomaga. 



Stanisław dzisiaj


Autorka: Agnieszka , zdjęcia z archiwum rodzinnego .


Jutro kolejne narodziny, domówka Marii, zapraszamy...

piątek, 8 listopada 2013

Osiem porodów Agnieszki- Cz.2 Narodziny Jakuba

Jak narodził się Jakub...


Jakub, 2000 szpital na Kamieńskiego

Nasze drugie dziecko było wielką niespodzianką i balsamem kojącym wszelkie smutki i niepowodzenia. Kubuś należał do tych dzieci, które budzą się stęknięciem na jedzenie i są cudownie grzeczne i cichutkie. Zadziwia to tym bardziej, ze poród był trudny i dziecko nie miało łatwo przy wychodzeniu.

Z uwagi na karmienie Zuzi i brak miesiączek, nie miałam ustalonego sztywnego terminu porodu, odebrałam to z ulgą, bo pamiętam ile kosztowało nas to nerwowe oczekiwanie.
Zaczęło się zwyczajnie odpłynięciem w małej ilości wód, skurcze dość dokuczliwe, regularne przed 5 rano, chwilę potem odeszły znów wody, ale też w małej ilości.
Jedyny stres jaki nam towarzyszył to ściągnięcie kogoś do pilnowania Zuzi.
O zgrozo o tej porze nikt nie odbierał telefonu!
Udało się wreszcie dodzwonić do teściów, przyjechali bardzo szybko i odwieźli do szpitala.
Czułam ulgę, ze to już i że nie jedziemy do poprzedniej placówki...
Jednak bardzo się zawiodłam. Szpital był brzydszy, a izba przyjęć mała i zimna.
Powitała nas położna, która zapadła mi w pamięci na długo, długo po porodzie. To dziwne, ze to jedno, decydujące spotkanie na izbie przyjęć, może mieć wpływ na cały poród , na jego przebieg...

Ponieważ wody wciąż się sączyły, położna okazała niezadowolenie z tego faktu, wydając dźwięki typu "ssss” , "ach”, a nawet "cholera jasna!".
Poczułam się winna. Zauważając na fotelu moje długie paznokcie ( nie mylić z tipsami czy szponami mega) przyniosła cążki i kazała mi je ściąć i zmyć lakier...
Leżałam na fotelu i męczyłam się ze skurczami i próbowałam obcinać paznokcie. Położna wzięła papiery i się zaczęła żmudna biurokracja. Przy pytaniu o zawód (studenci) wybuchła; „Jak to ? Teraz dzieci mają dzieci...” , „ Myśleć było”. Leżałam wciąż na fotelu, obcinałam paznokcie w drugiej ręce i poleciała mi pierwsza łza. Pani chyba to zauważyła, bo kazała mi zejść, podając zmywacz, a ja na dobre przy tym zmywaczu się popłakałam.
Ulgę poczułam, kiedy na salę porodową wpuszczono męża.
Zaopiekował się mną, przytulił, masował plecy. Przed 11 miła położna kazała mi wejść na fotel, bo było pełne rozwarcie. Mogłam przeć !!!
To cudowne uczucie, szybko przyćmił fakt, że muszę to robić na leżąco, co było dla mnie bardzo niewygodne, bardzo.
Sam moment narodzin był w mojej ocenie żmudny i powolny. Jakub przeciskał się powoli i zanim go ujrzałam minęły wieki, choć w rzeczywistości trwało to 10 minut, według tego co zapisano w książeczce. Michał przeciął pępowinę...
Czułam szczęście, nowe uczucie, którego zabrakło w pierwszej chwili przy poprzednim porodzie.
Łóżko porodowe było ustawione naprzeciw okna, był sierpień, piękne poranne słońce...
Wcześniej, w trakcie parcia, patrzyłam na to okno, widok tak promiennego dnia dodawał mi siły, taka namiastka czegoś ponad wszystko, w tym chłodnym szpitalu.

Mimo trudnego początku, to był naturalny, zdrowy poród.
Co wspominam najmilej? Słońce za oknem i słońce w oczkach dziecka położonego mi na piersi...
Nigdy więcej nie pozwoliłam sobie na uleganie humorom personelu w tak ważnej chwili i zawsze, za każdym następnym razem, do porodu miałam pomalowane paznokcie...


Jakub dziś :)




Autorka: Agnieszka, zdjęcia z archiwum domowego.

Już jutro pierwszy domowy poród Agnieszki- narodziny Stanisława ... zajrzyjcie, będzie się działo  ;)


czwartek, 7 listopada 2013

Osiem porodów Agnieszki- Cz.1 Narodziny Zuzanny

Kochana Agnieszko, przepraszam Cię ogromnie, że musiałaś tak długo czekać na publikację swojej opowieści porodowej, jednak Twoja opowieść to jak osiem opowieści porodowych, każda inna. Porody szpitalne jak i domowe były Twoim Twego męża i Twych dzieci udziałem...
To cenne doświadczenia. Bardzo dziękuję Tobie, że zechciałaś się nimi z nami podzielić <3


Postanowiłam, że publikowana będzie przez osiem dni, każdy poród to jeden odcinek opowieści :) 
Zaczynamy już dziś i przez kolejne 8 dni towarzyszyć będziecie nam przy tych cudnych porodach, bo każdy poród to cud, życia cud...  <3

Dzisiaj o narodzinach Zuzanny... 


Nazywam się Agnieszka, mam 38 lat i ...ośmioro dzieci. 
Tak, jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa i spełniona, gdy ktoś mnie nie zna i pyta o moją rodzinę, nie może uwierzyć, że mam tyle dzieci i tak „normalnie” wyglądam.
Każdy poród doskonale pamiętam i myślę, że jednym z powodów dla których było ich aż tyle są dobrze przebiegające ciąże, bez żadnych zdrowotnych turbulencji i w miarę szybkie, sprawne rozwiązania. 
Nie mogę powiedzieć, ze były bezbolesne albo lekkie, bo kto rodził, wie , że te terminy nie odzwierciedlają w tym wypadku rzeczywistości. Boli, zawsze boli i już, sztuką jest wyjść z tego twarzą, a raczej z dzieckiem na rękach, jak to mówiła moja babcia. 
Z perspektywy czasu wiem jak bardzo ważne jest wsparcie, w moim przypadku męża, dobry szpital, spokój i wiara w siebie. Nie zawsze tak ze mną było. Dwójkę pierwszych dzieci urodziłam 14 lat temu w szpitalach, trzy kolejne w domu i trzy następne znowu w szpitalu, przy czym porody domowe nie były przez nas zaplanowane. Teraz to właśnie te wspominam najczulej i z łezką w oku. Ale po kolei...




Zuzanna, 1999 , poród na Brochowie

Oczekiwaliśmy na naszą pierworodną, na piątym roku studiów. 
Niedoświadczeni, z naiwnym nastawieniem, ze będzie lekko i przyjemnie, dotrwaliśmy do dnia porodu. Byliśmy teoretycznie bardzo dobrze przygotowani, dzięki szkole rodzenia. Michał potrafił wykąpać dziecko-lalkę, a ja umiałam aktywnie oddychać. Załatwiliśmy cegiełkę na poród rodzinny, spakowaliśmy torbę i czekaliśmy. Czekaliśmy i czekaliśmy, a tu nic. Minął termin, tydzień po, półtora, nerwowe telefony od rodziny, pytania znajomych czy już, wreszcie dokładnie dwa tygodnie po terminie coś się zaczęło. 
W poniedziałek o 15-stej poczułam pierwszy skurcz. Właśnie wybieraliśmy się na targ po warzywa i ...poszliśmy. O 17-stej, przy gotowaniu zupy, odeszły mi wody, akcja rozwijała się miarowo, więc pojechaliśmy do szpitala. 
Na dzień dobry powitano nas informacją że na poród rodzinny brakuje sali i okazano niezadowolenie z faktu, że nie wyraziłam zgody na golenie i lewatywę. Miałam 5 cm rozwarcia. Bez poinformowania mnie o skutkach przyjęcia estradiolu, zaraz mi go zapodano. Potem już niewiele pamiętam...nie miałam przerw między skurczami, dostałam hiperwentylacji. 
Szybko przewieziono mnie na obrzydliwie wykafelkowaną salę przypominającą masarnię. Nie mogłam przeć, ponieważ nie czułam skurczów. To był ciągły jeden wielki skurcz... Lekarz położył mi się na brzuchu, nacięto mnie i tak wypchnięto dziecko. 
Zuzia urodziła się zdrowa o godzinie 21, z wielkim wrzaskiem powitała nas na świecie. Ja poczułam wzruszenie dopiero, gdy zobaczyłam jak Michał trzyma, chwilę później, tą kruszynkę na rękach i oboje na siebie patrzą. 
Nie miałam traumy po tym porodzie, z pokorą przyjęłam wszystko co mnie spotkało, tłumacząc sobie - tak to jest w szpitalu...
Miałam szczęście, ze mogłam bez problemów karmić, właściwie stało się to tak naturalnie, że ani nie potrzebowałam wsparcia, ani rad o które i tak było trudno w szpitalu. 
Szkoda tylko, ze poród nie mógł iść tym torem, w zgodzie z naturą, po swojemu...
Nigdy więcej nie zgodziłam się na podanie choćby oksytocyny, choć proponowano mi to za każdym razem...


Dwumiesięczna Zuza


Zuzanna dziś :)

Autorka: Agnieszka, 
zdjęcia z archiwum domowego. 


Jutro - jak narodził się Jakub :)  Zapraszamy :)








poniedziałek, 4 listopada 2013

Poród Milenki

Pierwsza opowieść po wakacyjnej przerwie...
Cudownie intymny, lotosowy poród Milenki.

To była moja druga ciąża. Pierwszego syna także urodziłam w domu ale czułam ze coś mi umknęło. Dlatego jak dowiedziałam się że będę znowu rodzić, starałam się przygotować, najlepiej jak tylko umiałam. Dużo czytałam i słuchałam relaksacji porodowych. Wiedziałam ze chcę być całkowicie świadoma całego procesu. Spotkaliśmy się z położną, która pomaga w porodach lotosowych i czekałam.
Ok 8 miesiąca ciąży zaczęłam delikatnie czuć pragnienie, że może poród przebiegnie na tyle szybko, że położna nie zdąży i przyjmiemy nasza iskierkę sami. Czytaliśmy jak przyjąć poród i jakie pozycje mamy do wyboru. Marzyła nam się taka intymność. Piszę "nam",  bo Krzysiek też tego pragnął i wiem, że bardzo chciał przyjąć na swoje ręce naszą córkę.
Jeszcze jedno pragnienie spełniło się idealnie- wymyśliłam, że najlepiej będzie gdy poród zacznie się wieczorem gdy kładę synka spać, a skończy po paru godzinach- jeszcze w nocy . Tak się stało.
 Ok godziny 19 30 pojawiły się pierwsze delikatne, ale już odczuwane jako porodowe skurcze. Łatwo mi było je odróżnić od tych przepowiadających gdyż te drugie miałam przez całą ciążę.
Wytarłam synka z kąpieli i poszłam go usypiać. Pomiędzy skurczami opowiadałam mu bajki.
Uznałam, że na razie nie zadzwonimy po położną. Zaczęliśmy sprzątać i przygotowywać mieszkanie.
Skurcze były regularne tak co 3-5 minut, ale jeszcze łatwe do opanowania.
Zapaliliśmy świece, włączyliśmy lampki solne i muzykę. Akcja była coraz mocniejsza. Skupiałam się na każdym skurczu, z całych swych sił rozluźniałam krocze, wtedy nacisk na nie był jeszcze mocniejszy. Czułam że dzięki temu szyjka szybciej się rozwiera. Gdy poszłam do wanny akcja trochę zwolniła- ale ucieszyłam się z tego. Chwila odpoczynku dobrze mi zrobiła.
Po wyjściu wszystko wróciło z coraz większą mocą. Byłam już coraz głośniejsza, a skurcze pojawiały się przy każdej zmianie pozycji, czasem jeden zaraz po drugim. Starałam się otwierać usta i cieszyć się z każdej kolejnej fali- choć było to coraz trudniejsze. Krzysiek był cały czas przy mnie, podpierał, przynosił wszystko co potrzebowałam . Bardzo chciałam się zrelaksować ale siła porodu była tak intensywna że trudno było nad nią zapanować. Poszłam drugi raz do wanny. Było już po północy albo później. Zaczęłam czuć lekkie popieranie, nawet nie przyszło mi do głowy by wzywać położną. W wannie akcja bardzo przyśpieszyła i przybrała na sile. Każdy najmniejszy ruch uruchamiał kolejne coraz mocniejsze fale. Czułam że jeszcze nie mam pełnego rozwarcia ale jednocześnie miałam potrzebę lekkiego parcia. Przy poprzednim porodzie było tak samo. Szyjka nie chciała się do końca otworzyć. Zaczęłam mocno pracować, całą uwagą na otwierającym się łonie, wydawałam dźwięki jak rasowy szaman i bardzo mi to pomagało. Patrzyłam w oczy Krzyśka lub płomień świecy. Zachowanie pełnej świadomości było dla mnie najważniejsze. Sprawdziłam samodzielnie rozwarcie. Czułam dziecko jeszcze w worku owodniowym, może 2 cm od wyjścia z pochwy. Nigdy wcześniej tego nie robiłam ale miałam wrażenie, że do pełnego rozwarcia wciąż jeszcze brakowało. Postanowiłam wyjść z wanny, ale było to bardzo trudne. Przerw pomiędzy skurczami nie było chyba, że pozostawałam w bezruchu. Uff...udało się.
Byliśmy w sypialni, w pokoju obok spał nasz starszy synek. Nie wiem która była godzina, ale odczuwałam już  zmęczenie. Krzysiek przygotował wszystko do porodu, zabezpieczył dywan. Przez chwilę pomyślałam, że może jednak przydała by się położna... Poprzednim razem musiały robić mi masaż szyjki która nie chciała się do końca otworzyć przez wiele godzin.
Tym razem wzięłam sprawy w swoje ręce. Wizualizowałam i lekko już popierałam. Pękł worek. Po paru minutach poczułam, że jest pełne rozwarcie i za chwilę zacznę wypierać dziecko. Na minute totalnie się załamałam, poczułam że to jest niemożliwe by przez moje krocze wyszło dziecko, nie dam rady.
Czułam już charakterystyczne pieczenie i wiedziałam- to już. Krzysiek próbował mnie zmotywować, a ja wiedziałam że i tak nikt za mnie tego nie zrobi, przecież tak czekałam na tą chwile i pragnę tego. Przyszły skurcze parte z wielką siłą. Początkowo chciałam rodzić w kucki i sama przyjąć dziecko ale to nie była dla mnie dobra pozycja. Oparłam się o piłkę i przyjęłam pozycję na czworaka. W pierwszym porodzie miałam problem z wypchnięciem dziecka, więc tym razem parłam najmocniej jak tylko umiałam. Na 2 skurczu partym wyszła główka i wszystko ustało. To było niesamowite, wyjątkowe przeżycie.
Potem jeszcze jeden skurcz i całe ciałko wyszło, a wody chlusnęły z wielką siłą. Krzysiek przyjął maleńką i wkrótce mi ją podał.
Była taka piękna, czyściutka i śliska. Nadal czułam ból, to łożysko się rodziło. Bardzo szybko, parę minut po Milence. Włożyliśmy łożysko do miski i Krzysiek pomógł mi usiąść na łóżku. Przystawiłam córeczkę do piersi, a ona ładnie się zassała. Byłam taka szczęśliwa i poczułam olbrzymią ulgę. Wszyscy jesteśmy cali i zdrowi w bezpiecznym i ciepłym otoczeniu. Po 2 godzinach podałam córeczkę Krzyśkowi, sama poszłam się umyć. Wszystko już było posprzątane i poszliśmy „spać”.
Maleńka nie zasypiała, już świtało. Była troszkę niespokojna, ssała mój palec i w końcu usnęła. Rano gdy synek się obudził (spał z nami w łóżku), zobaczył swoja siostrę która spała obok niego i mruczała. Troszkę się zdziwił i uśmiechnął.
W drugiej dobie przyjechała położna i nas zbadała. Wszystko było ok, maleńka ważyła 3200 i była mega długa- 58cm. Umyliśmy i zasoliliśmy łożysko i włożyliśmy do pieluszki. Było zupełnie bezzapachowe. Pępowinka uschła już na 2 dobę.
Przystawiałam Córkę do piersi na żądanie więc mleczko szybko przyszło. Niestety gdy zaczęła je trawić pojawiły się problemy brzuszkowe. Z łożyskiem odbijanie i noszenie było prawie niemożliwe. Po 3 dobach całkiem uschniętą pępowinę odcięliśmy na rzecz przytulania i kangurowania. Po 6 dniach kikucik odpadł w kąpieli.
Decyzję o takim właśnie porodzie uważam za chyba najlepszą w moim życiu.

Autorka: Iga. 
Dziękuję Igo <3

niedziela, 3 listopada 2013

Opowieści powracają... :)

Po długiej przerwie wakacyjnej, która przesunęła się jeszcze troszkę ;)  wracam do projektu Rodzimy w Domu- Opowieści Porodowe i Opowieści Karmicielek ...

Nadsyłajcie kochane Mamy relacje ze swoich domowych porodów, a także o swojej drodze mlecznej ... 
Po kolei będę publikować te nadesłane do tej pory...

Jestem pewna, że prędzej czy później powstanie z nich prawdziwa książka, a na razie wirtualna...
Niech opowieści o tych cudownych porodach i karmieniach idą w świat i trafiają do świadomości kobiet  i partnerujących im mężczyzn...

Niech  kobiece historie zapiszą się w świecie..., bo to kobiety wydają na świat ludzi i karmią własnymi piersiami...


piątek, 11 października 2013

10 faktów o karmieniu piersią według WHO


WHO Światowa Organizacja Zdrowia - 10 faktów o karmieniu piersią

1. WHO REKOMENDUJE

WHO zaleca wyłączne karmienie piersią przez pierwsze sześć miesięcy życia.
Po 6 miesiącu, stałe pokarmy, miękkie owoce i warzywa, powinny być wprowadzone jako uzupełnienie karmienia piersią przez okres do dwóch lat lub więcej.
Ponadto:
karmienie piersią powinny rozpocząć się w ciągu jednej godziny od urodzenia
karmienie piersią powinno być "na żądanie", tak często, jak dziecko chce, dzień i noc, a butelek i smoczków należy unikać.


2. KORZYŚCI ZDROWOTNE DLA NIEMOWLĄT

Mleko matki jest idealnym pokarmem dla noworodków i niemowląt. Ono daje niemowlętom wszystkie składniki odżywcze potrzebne do zdrowego rozwoju. Jest bezpieczne i zawiera przeciwciała, które pomagają chronić niemowlęta od typowych chorób wieku dziecięcego, takich jak biegunka i zapalenie płuc, dwóch głównych przyczyn zgonów na świecie dzieci. Mleko matki jest łatwo dostępne i niedrogie, co pomaga zapewnić niemowlętom odpowiednie odżywianie.

3. KORZYŚCI DLA MATKI

Karmienie piersią przynosi korzyści również matkom. Wyłączne karmienie piersią wiąże się z naturalną (choć nie całkowicie skuteczną) metodą kontroli urodzeń (98% ochronę w ciągu pierwszych sześciu miesięcy po urodzeniu). Karmienie piersią zmniejsza ryzyko raka piersi i jajnika w późniejszym życiu, pomaga kobietom wrócić do wagi sprzed ciąży szybciej i obniża ryzyko otyłości.

4. DŁUGOTERMINOWE KORZYŚCI DLA DZIECI

Oprócz bezpośrednich korzyści dla dzieci, karmienie piersią przyczynia się do życia w dobrym zdrowiu. Młodzież i dorośli, którzy jako niemowlęta były karmione piersią są mniej narażone na nadwagę lub otyłość. Jest mniej prawdopodobne, że zachorują na cukrzycę typu 2 i wypadają lepiej w testach inteligencji.

5. DLACZEGO NIE ZALECAMY NIEMOWLĘTOM SZTUCZNEGO MLEKA

Preparat dla niemowląt nie zawiera przeciwciał występujących w mleku matki. Gdy preparat dla niemowląt nie jest właściwie przygotowany, istnieje ryzyko wynikające z zastosowania niebezpiecznej wody i nie wysterylizowanych urządzeń lub potencjalnej obecności bakterii w proszku. Niedożywienie może wynikać z nadmiernego rozcieńczania sztucznego mleka do "rozciągania" porcji.
Jeśli sztuczne mleko z jakichś przyczyn stanie się niedostępne, częste karmienie może podtrzymać laktację, jednak całkowity powrót do karmienia piersią może nie być możliwy z powodu zmniejszonej produkcji mleka kobiecego.


6. HIV A KARMIENIE PIERSIĄ

Zakażona HIV matka może zarazić swoje dziecko w czasie ciąży, porodu i przez karmienie piersią. Antyretrowirusowe (ARV) leki podawane obojgu, matce lub dziecku narażonym na HIV zmniejsza ryzyko zarażenia. Razem, karmienie piersią i leki antyretrowirusowe mają potencjał, by znacznie zwiększyć szanse niemowląt na uniknięcie zarażenia HIV. WHO zaleca, że jeśli matki zarażone wirusem HIV karmią piersią, powinny otrzymywać leki antyretrowirusowe i postępowac według wytycznych WHO o karmieniu niemowląt.

7. REGULACJE DOTYCZĄCE MLEK ZASTĘPCZYCH

Międzynarodowe rozporządzenie dotyczące regulacji obrotu substancji zastępujących mleko kobiece zostało przyjęte w 1981 roku. Wzywa ono aby:

posiadały na etykiecie informacje o korzyściach z karmienia piersią i ryzyku dla zdrowia przy żywieniu substytutami;
nie promowały substancji zastępujących mleko kobiece;
nie rozdawały darmowych próbek mlek zastępczych kobietom w ciąży, matkom i ich rodzinom
nie rozprowadzały bezpłatnie sztucznego mleka wśród pracowników służby zdrowia i placówkach.

8. WSPARCIE DLA MATEK JEST NIEZBĘDNE

Karmienia piersią trzeba się nauczyć i wiele kobiet napotyka trudności na początku. Ból brodawek i obawy, że nie ma się wystarczająco dużo mleka, aby wykarmić dziecko są powszechne. Ośrodki zdrowia, które wspierają karmienie piersią, poprzez dostęp do wyszkolonych doradców, w praktyce osiągają większą skuteczność w zachęceniu matek do karmienia. W celu zapewnienia tego wsparcia i poprawy opieki dla matek i noworodków, istnieją przyjazne dzieciom instytucje w około 152 krajach, dzięki inicjatywie WHO-UNICEF wspierającej przyjazne maluchom szpitale.

9. PRACA I KARMIENIE PIERSIĄ

Wiele matek, które powracają do pracy porzuca karmienie piersią częściowo lub całkowicie, ponieważ nie mają wystarczająco dużo czasu ani miejsca do karmienia piersią, odciągania i przechowywania ich mleka. Matki potrzebują bezpiecznego, czystego i prywatnego miejsca w, lub w pobliżu, miejsca pracy, do kontynuowania karmienia piersią. Tworzenie korzystnych warunków pracy, takich jak płatny urlop macierzyński, możliwość pracy w niepełnym wymiarze, utworzenie na miejscu żłobków, udogodnienia dla odciągania i przechowywania mleka oraz przerwy na karmienie piersią- będzie pomocne.

10. NASTĘPNY KROK, STOPNIOWE WPROWADZANIE POKARMÓW STAŁYCH

Aby zaspokoić rosnące potrzeby dzieci w wieku sześciu miesięcy, miękkie stałe pokarmy powinny być wprowadzone jako uzupełnienie do dalszego karmienia piersią. Żywność dla dziecka może być specjalnie przygotowana lub zmodyfikowana z rodzinnych posiłków.
WHO zwraca uwagę, że:
karmienie piersią nie powinno być zmniejszone, gdy zaczyna się wprowadzać pokarmy stałe.
Jedzenie powinno być podane łyżką lub w kubku, nie w butelce;
jedzenie powinno być czyste, bezpieczne i dostępne lokalnie,
dość długi czas jest potrzebny dla małych dzieci, aby nauczyły się jeść stałe pokarmy.

Tłumaczenie Hanna Li.  ( FB Karmiące Cyce na ulice i rodzimywdomu.pl )                                                                
Oryginalny tekst - kliknij zdjęcie
Jeśli nie wiesz co to jest WHO i czym się zajmuje, zajrzyj tu: Co to jest WHO ?

czwartek, 29 sierpnia 2013

Justyna Steczkowska urodziła córeczkę w domu


Już w czerwcu 2013r. było wiadomo, że Justyna Steczkowska, nasza gwiazda muzyczna, zdecydowała się urodzić swoje trzecie dziecko w domu. Bardzo jej kibicowałam i czekałam na wieści, czy zamiar się uda.
I oto są już pierwsze doniesienia prasowe, że marzenia się spełniły...

Córeczka Justyny Steczkowskiej ( piosenkarki, fotografki) i Macieja Myszkowskiego ( architekta i byłego modela) przyszła niedawno na świat w domowym zaciszu, gdzie zapewne oprócz położnej i rodziców przywitali ją też starsi bracia. Tym samym Justyna dołączyła do mam, dla których najbardziej naturalny pod słońcem jest poród we własnym domu.

Mam nadzieję, że Justyna, podobnie jak kiedyś Agnieszka Maciąg, podzieli się z szerszym gronem opowieścią o swoim porodzie. Jeśli uda mi się "wyśledzić" taką relację, niezwłocznie Was o tym powiadomię, a na razie flesze z najnowszego numeru  "Flesza" ;)

Gratulacje dla Mamy i jej domowej Córeczki :)








Wśród gwiazd i celebrytek nie brakuje tych, które urodziły w domu... Bo dom to przecież najbardziej naturalne i bezpieczne miejsce na poród.  O innych gwiazdach , które rodziły w domu