piątek, 15 lutego 2013

Urodziła wszystkie swoje dzieci w domu

Dzięki uprzejmości serwisu dziecisawazne.pl  zamieszczam  wywiad z Katarzyną, która urodziła wszystkie swoje dzieci w domu :) 
Z Katarzyną znamy się od kilku lat netowo, bardzo mi imponuje jako kobieta, mama, chodzące kompendium wiedzy z zakresu położnictwa, zdrowia i psychologii. Szczególnie więc się cieszę, że ten wywiad mogę tutaj zamieścić :)


Rozmowa z Katarzyną Karzel – psychologiem, położną, mamą piątki dzieci; Józka , Ludka , Gucia , Irenki oraz Heli-  urodzonych w domu. 




Dzieci są ważne: Dlaczego zdecydowała się Pani na poród w domu?
Katarzyna Karzel: Decyzja o porodzie domowym wynikała z wielu czynników. Warto zacząć od tego, że należę do jedynego w mojej rodzinie pokolenia, które przyszło na świat w szpitalu. Moi rodzice rodzili się jeszcze w domach i babcie nigdy nie opowiadały strasznych historii o porodach. Co innego moja mama, która rodząc mnie doświadczyła wszystkich wątpliwych przyjemności, z jakimi wiązał się poród w Polsce w latach siedemdziesiątych. Szczególnie trudne dla mnie, jako dziecka, było zmierzenie się z informacją, że gdy się w końcu urodziłam (po wielogodzinnym unieruchomieniu mojej mamy na łóżku porodowym), to na szczęście mnie zabrano, bo mama wcale nie chciała mnie oglądać i przez trzy dni, gdy leżałam pod kroplówką (urodziłam się w kiepskim stanie) moja mama cieszyła się, że ma spokój. Ta opowieść stanowiła dla mnie podstawę wyobrażeń o porodzie szpitalnym. Wyobrażeń dość dramatycznych – jakże taki poród musi być straszny, skoro zniechęca młodą matkę do kontaktu z własnym dzieckiem?
Kolejnym ważnym etapem dla rozwoju mojego podejścia do kwestii porodu była akcja „Rodzić po ludzku” w 1994 r. Byłam już wtedy na tyle dorosła, by problem porodów był dla mnie interesujący.  Czytanie listów przesyłanych przez kobiety, w których opisywały swoje trudne doświadczenia porodowe, było dla mnie bardzo poruszające. Na pewno te opowieści miały wpływ na moją postawę wobec porodu w szpitalu. Innym, bez wątpienia istotnym wydarzeniem, była operacja ortopedyczna jaką przeszłam będąc na studiach. Mogłam się przy tej okazji przekonać, że w szpitalu z pacjentem mało kto się liczy i trzeba się tam podporządkować panującym regułom. Dla mojej ostatecznej decyzji niewątpliwie ważne było też to, że niedługo przed poczęciem mojego najstarszego dziecka rodziła moja dość bliska koleżanka i rozważała poród w domu. To od niej po raz pierwszy usłyszałam, że jest taka możliwość.
Gdy sama doczekałam się upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym, długo próbowałam nie myśleć o porodzie traktując ten temat na zasadzie – jakoś to będzie. Myśl o tym, by rodzić w domu pojawiła się w końcu w mojej głowie, ale ginekolog, która prowadziła tamtą moją ciążę bardzo mnie zniechęcała. Twierdziła, że nie ma nic przeciw porodom w domu ale nie pierwszego dziecka, bo w takiej sytuacji, istnieje jednak większa niepewność. Przekonywała mnie również, że teraz nasze szpitale położnicze oferują zupełnie inny poziom opieki, że trzeba się tam przejść, zobaczyć i przekonać się, że to nie takie straszne itp. Prawie mnie przekonała. Znajoma położna zaprosiła nas pewnego wieczora na porodówkę w Warszawskim szpitalu św. Zofii. Miałam się przekonać o sielance, jaka nastała w polskich szpitalach położniczych. Niestety, choć to bardzo przyzwoity szpital jak na polskie warunki, wyszłam stamtąd przekonana, że nie nadaję się do porodu w szpitalu. Zrozumiałam, że żeby spokojnie urodzić w szpitalu trzeba poddać się całej machinie, oddać się w ręce ludzi, których się nie zna. O tym, że nie chcę się w te ręce oddawać przekonało mnie przede wszystkim to, że w szpitalu ważniejsza niż ja i moje dziecko jest PROCEDURA. To spłynęło na mnie jak olśnienie – nagle zrozumiałam, że potrzebuję tego, by mój poród należał do mnie a nie do szpitala.  Dotarło do mnie, że to będzie możliwe tylko w domu.
Czasu nie miałam wiele, bo byłam już w siódmym miesiącu ciąży. Gdzieś w internecie znalazłam telefon do Ireny Chołuj i informację o jej książce „Poród domowy”. Książka okazała się niedostępna w żadnej księgarni czy bibliotece. Udało mi się ją znaleźć w czytelni i na miejscu ją przeczytałam. Rozpłakałam się już przy słowie wstępnym napisanym przez prof. Fijałkowskiego. Po tej lekturze nabrałam głębokiego przekonania, że Irena jest właśnie tą osobą, z którą chcę rodzić. Poczułam niesłychaną jedność z tą położną, która pisze o porodach w taki sposób, w jaki ja chciałabym o nich słuchać, która traktuje rodzące z jej wsparciem kobiety w sposób, w jaki ja chciałabym być traktowana, która odnosi się do nowo narodzonych dzieci tak, jak chciałabym, żaby odnoszono się do mojego dziecka. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do Ireny. I zdarzył się cud – w swoim napiętym kalendarzu miała wolne miejsce w okolicach mojego spodziewanego terminu porodu. Umówiłyśmy się. Pozytywnie przeszłam kwalifikacje. A gdy nadszedł właściwy czas, przy wsparciu Ireny i mojego męża urodziłam w domu mojego pierworodnego syna.
Gdy na świecie miały się pojawiać moje kolejne dzieci, decyzja o miejscu, w którym chciałabym rodzić była dla mnie oczywista, a Irena nigdy nie odmówiła nam swojego wsparcia.
DSW: Jaką miała Pani opiekę podczas porodów?
KK: Jak już wspomniałam, we wszystkich porodach wspierała mnie Irena Chołuj. W polskim środowisku ludzi związanych z porodami domowymi i naturalnymi, jest to kobieta-pomnik. Przyjmuje porody domowe od 1998 r. Przyjęła ponad 10 000 porodów szpitalnych i ponad 500 domowych.
We współpracy z Ireną ważne dla mnie jest to, że otacza ona opieką „swoje” ciężarne i rodzące nie tylko na czas porodu. Od momentu, gdy po raz pierwszy umówiłyśmy się na wspólny poród wiedziałam, że w każdej chwili mogę do niej zadzwonić, by uzyskać fachowe wsparcie i pocieszenie. W końcówce pierwszej ciąży kilkakrotnie z tego korzystałam i taka możliwość była dla mnie bardzo ważna. Po porodzie też nie zniknęła natychmiast z naszego życia, ale przyjechała na wizytę kontrolną w trzeciej dobie, by służyć radą i pomocą a także pobrać od dziecka krew na test przesiewowy w kierunku chorób metabolicznych. Także później pozostawała w kontakcie i służyła radą i pomocą, gdy było to potrzebne.
Co do samego porodu, to obecność przy nim Ireny sprawiała, że nabierałam spokoju i przeświadczenia, że o nic nie muszę się martwić i mogę skoncentrować się na rodzeniu, bo o wszystkie moje potrzeby zadba moja położna. Jej obecność przy porodzie jest zjawiskiem przedziwnym – z jednej strony, jest bardzo istotna, bo pozwala na pełne zaufanie jej kompetencjom a z drugiej, właściwie nieodczuwalna, bo to rodząca decyduje o tym, co w danym momencie chce robić i w jaki sposób, a położna jedynie podąża za tymi potrzebami i ułatwia ich realizację. Jest również istotnym wsparciem dla osoby towarzyszącej w porodzie – wnosi spokój i profesjonalizm, ale także ogromną wiedzę fachową, z której czerpie, ale nią nie przytłacza.
DSW: Jak się Pani przygotowywała do porodu domowego?
KK: Mentalnie czułam się przygotowana do pierwszego porodu od momentu mojego nagłego „oświecenia”, że chcę rodzić w domu. Nie miałam żadnych wątpliwości, że to dla mnie najlepsze miejsce i jeśli tylko uda mi się rodzić w domu, to wszystko będzie przebiegało jak należy. Fizycznie – nie przygotowywałam mojego ciała w żaden szczególny sposób – dbałam o siebie, o właściwą dietę, ruch na świeżym powietrzu, poddawałam się wszystkim zalecanym w ciąży badaniom – ale nie robiłam niczego szczególnego, co miałoby mnie przygotować właśnie do porodu w domu. Do ostatniego dnia pracowałam. Chciałam poczytać więcej o porodzie naturalnym, ale wtedy nie bardzo potrafiłam dotrzeć do literatury, która by mnie interesowała.
Przed samym porodem kupiłam materiały, które poleciła kupić położna – podkłady medyczne, jałowe gaziki, wkładki higieniczne itp. oraz spakowałam torbę do szpitala na wypadek, gdyby w trakcie porodu niezbędny okazał się transfer. W ramach przygotowań spotkaliśmy się, ja i mój mąż, z naszą położną (zebrała ona wywiad medyczny, porozmawiała o naszej motywacji do porodu domowego oraz zmierzyła moją miednicę), a także kilkakrotnie do niej dzwoniłam, bo synek zdecydował się rodzić dopiero 10 dni po wyliczonym terminie, więc końcówka ciąży, za sprawą konsultacji lekarskich, należała do stresujących.

Zawsze irytowały mnie opinie, że do fizjologicznego porodu (szczególnie, gdy ma się odbyć w domu) kobieta powinna się w jakiś szczególny sposób przygotować – pić ziółka, ćwiczyć krocze, medytować, wizualizować, jeść za dwoje, czy trenować jak sportowiec przed maratonem. Naturalny poród to fizjologia, więc zdrowa, zrównoważona psychicznie i dbająca o siebie kobieta w naturalny sposób jest do niego gotowa.
Z każdym kolejnym dzieckiem czytałam o porodach fizjologicznych (a w szczególności domowych) coraz więcej.  Coraz więcej wiedziałam i miałam coraz większe doświadczenie, bo każdy poród niósł ze sobą coś nowego. W ramach przygotowania do drugiego porodu czuliśmy potrzebę by zorganizować opiekę dla naszego pierworodnego, którego obecności w domu w czasie porodu nie mogłam sobie wyobrazić. Trzeci syn rodził się rankiem, gdy dwaj jego bracia smacznie spali, a najmłodsza córeczka skorzystała z krótkiej chwili, gdy jej bracia poszli przebierać się w piżamy i szykować do snu. Więc w kolejnych porodach problem opieki nad starszymi dziećmi rozwiązał się sam.
Tematyka porodowa wciągnęła mnie tak bardzo, że po urodzeniu trzeciego syna zdecydowałam się rozpocząć studia położnicze.  Do porodu córki (która przyszła na świat, gdy byłam na II roku studiów) czułam się więc przygotowana profesjonalnie.

DSW: Jak przebiegały porody?
KK: Każdy inaczej. Mój pierworodny zaczął się rodzić ok. 1.00 w nocy, w 42 tygodniu ciąży. Skurcze od początku były na tyle dokuczliwe, że nie pozwalały spać. Do rana wylegiwałam się więc w ciepłej wodzie, liczyłam skurcze i czekałam na przyzwoitą porę by zadzwonić do Ireny. Około 5 odważyłam się na telefon. Zadzwoniłam, zdałam relację, na co Irena zaproponowała, że ona pośpi sobie jeszcze dwie godziny a potem do mnie przyjedzie. Muszę przyznać, że wpłynęło to na mnie na tyle uspokajająco (skoro ona nie widzi powodu do pośpiechu, to znaczy, że nie ma się jeszcze czym denerwować), że chciałam jeszcze pojechać na dwie godzinki do pracy, gdzie prowadziłam badania. Jednak paskudna pogoda (był wyjątkowo mroźny grudzień) zniechęciła mnie do tego przedsięwzięcia i postanowiłam wysłać tam mojego męża. Około godz. 10.00 przyjechali prawie w tym samym momencie mój mąż i Irena. Podczas badania okazało się, że jest już 5 cm rozwarcia. Ta informacja bardzo mnie podniosła na duchu. Skurcze były, owszem bolesne, ale dawały się znieść. O 13.32 urodził się nasz synek.  Konieczne okazało się nacięcie, bo maluchowi, gdy był już „na wylocie” nagle spadło tętno. Gdy był już po tej stronie brzucha, okazało się, że winna temu była najprawdopodobniej krótka pępowina. Dopiero po jej przecięciu (którego dokonał mąż, gdy przestała tętnić) mogłam przytulić synka i przystawić go do piersi. Łożysko urodziło się spontanicznie i w całości. Położna obejrzała je bardzo dokładnie i uznała, że niczego mu nie brakuje. Irena została z nami jeszcze do wieczora.  W tym czasie zaopatrzyła moje nacięcie, zważyła i zmierzyła naszego nowonarodzonego oraz ubrała go zgodnie z moimi sugestiami, popilnowała pod drzwiami łazienki, gdy brałam prysznic, wraz z moim mężem uprzątnęła poporodowy bałagan (znacznie mniejszy, niż mogłoby się to wydawać komuś, kto widywał tylko porody szpitalne), zjadła z nami obiad i po prostu pobyła z nami. Odbyła też ważną rozmowę telefoniczną z moją teściową (lekarką), dla której informacja o tym, że jej wnuk właśnie urodził się w domu okazała się szokiem na tyle dużym, że nie mogło to do niej dotrzeć.  Dopiero bardzo profesjonalna rozmowa z Ireną przekonała teściową o tym, że byliśmy w dobrych rękach a decyzja nasza nie była nieprzemyślanym wybrykiem.
Drugi syn zaczął się rodzić po 39 tygodniach ciąży. Skurcze rozpoczęły się wieczorem. O 22.00 poinformowałam Irenę, że coś się dzieje. Obiecała, że będzie czujnie spać i mi też kazała się położyć. Niestety, w związku z tym, że bardzo zależało mi na tym by już urodzić, postanowiłam się nie kłaść tylko „pilnować” tych skurczy i robić co się da, by je nasilić. Przez całą noc skurcze były co około 3 minuty, ale krótkie i niezbyt silne. Rano zadzwoniłam po Irenę. Przyjechała ok. 7.00.  Byłam pewna, że po całej nocy skurczów zaawansowanie porodu będzie już bardzo duże. Tymczasem czekało mnie bolesne rozczarowanie – dowiedziałam się, że w zasadzie to może wcale nie jest jeszcze poród, tylko skurcze przepowiadające, bo szyjka zupełnie na nie nie reaguje. Dostałam zalecenie zdrzemnięcia się, jednak nie byłam w stanie zasnąć.  Mąż odwiózł starszego synka do umówionej wcześniej koleżanki. Coraz większe zmęczenie bardzo dawało mi się we znaki i skurcze odczuwałam jako nieznośne. Sytuacja taka trwała do około 14.00, a postępu porodu nie było. Wtedy nasza położna stwierdziła, że zostawi nas na 2 godziny samych i mamy się zdecydować – albo rodzimy albo jedziemy do szpitala, bo ten stan trwa już zbyt długo. Chyba tego pozostania na trochę w samotności było mi potrzeba. Niewiele z tego czasu pamiętam, bo pomiędzy skurczami odpływałam w jakiś dziwny niebyt. Dość, że nagle poczułam, że Irena jest mi natychmiast potrzebna i nakazałam mężowi, by dzwonił po nią, bo zaraz albo urodzę albo umrę. Na szczęście nasza położna, wiedziona intuicją, była już pod naszymi drzwiami.  Gdy tylko zdążyła wejść, rozpoczął się drugi okres porodu i po kilu skurczach partych, o godzinie 16.12 nasz drugi syn był na świecie.  Byłam tak wyczerpana, że cały świat docierał do mnie z pewnym opóźnieniem.  Mam poczucie, że sugestie położnej, co do parcia wykonywałam kompletnie na opak, bo nim do mnie dotarło wypowiedziane przez nią: „poprzyj lekko”, to ona już prosiła by nie przeć.  Do tej pory mam żal do siebie, że najsilniej odczuwaną emocją po tych narodzinach nie była radość z maleństwa, ale poczucie ulgi, że mam to już za sobą. Ten poród był dla mnie najtrudniejszy, choć drugi synek jest najmniejszym z moich dzieci. Wiele się jednak dzięki temu doświadczeniu nauczyłam i nabrałam większej pokory wobec natury.  Położna i tym razem została z nami do wieczora pomagając w wszystkim, w czym było trzeba.
Trzeci syn to dziecko rekordowe. Urodził się po ciąży trwającej prawie 43 tygodnie. Pod koniec już każdego dnia byłam w szpitalu na kontrolnym badaniu KTG. Na ostatnie badanie pojechałam wieczorem już ze spakowaną torbą, bo byłam umówiona na przyjęcie do szpitala, gdyby poród się nie zaczął. Na szczęście, badająca mnie pani doktor orzekła, że poród właśnie się zaczął, więc ku jej ogromnemu przerażeniu wykonałam odwrót, zabrałam moją torbę i pojechałam do domu informując po drodze Irenę, że właśnie się zaczyna. Położna przyjechała około godz. 22.00.  Zbadała mnie i stwierdziła, że pewnie urodzę ale nie koniecznie za szybko, bo na razie, to nic poza skurczami się nie dzieje.  Bardzo mnie tym zmartwiła. Po pierwsze, to był już nasz drugi „falstart” w tej ciąży (kilkanaście dni wcześniej ściągnęłam Irenę, która ma do nas około 50 km, bo byłam przekonana, że już rodzę), po drugie, bardzo się bałam powtórki z tego co działo się w poprzednim porodzie a po trzecie, znów zaczęłam się martwić, że tym razem jednak nie uniknę szpitala. Irena zdecydowała, że położy się spać, nasi starsi synowie spali, więc postanowiliśmy z mężem wybrać się na stymulujący skurcze nocny spacer po Warszawie.  Wróciliśmy grubo po północy. Skurcze zamiast się nasilić wyciszyły się. Zrezygnowana poszłam spać. I to okazało się strzałem w 10. Po godzinie 5.00 obudził mnie skurcz o takiej mocy, że wprost zrzucił mnie z łóżka. Po nocnym odpoczynku czułam się pełna sił i zapału do rodzenia. Poszłam poleżeć w ciepłej wodzie, bo kolejne pojawiające się skurcze były równie dotkliwe, co ten pierwszy. Mąż tymczasem obudził naszą położną. Wszystko działo się błyskawicznie i już o 6.17 nasz rekordowy syn o wadze prawie 4400g był na świecie.  Starsi synowie spali tymczasem błogo. Obudził ich w jakiś czas później tatuś z nowym braciszkiem w ramionach.
A córka zrobiła nam niespodziankę i postanowiła nie czekać na położną. Urodziła się 5 dni po wyliczonym terminie. Miałam skurcze od rana, ale były niebolesne i nieregularne. Gdy mąż o 17.00 przyjechał z dziećmi do domu, wszystko wskazywało na to, że poród się rozwinie. Jednak nauczeni doświadczeniem dwóch „falstartów” przy poprzednim porodzie nie chcieliśmy niepotrzebnie wzywać położnej. Około 17.50 poczułam pierwszy skurcz, co do którego raczej nie miałam wątpliwości, że jest porodowy a nie przepowiadający.  Mąż, bardziej niż ja dyrektywny, wydał dyspozycje – kazał mi dzwonić natychmiast do Ireny, a chłopcom udać się do ich pokoiku i przebierać w piżamki. Zadzwoniłam do położnej, choć nie miałam przekonania, że poród już się zaczął. Irena stwierdziła, że niezwłocznie wsiada do samochodu i jedzie do nas, bo to w końcu czwarty poród, więc może być szybko. Miała rację – nasza córeczka była na świecie o 18.08 nie dając położnej cienia szans na dotarcie do nas przed jej narodzinami. Łożysko poczekało i urodziło się dopiero w obecności siły fachowej. Mimo, że dla kogoś z zewnątrz może brzmieć to dramatycznie, był to wspaniały, spokojny poród.  Przepełnił mnie dumą i poczuciem kompetencji, bo doskonale sama sobie poradziłam – tak się przypadkowo złożyło, że na sam moment narodzin mąż wyszedł na chwilę z pokoju by odebrać dzwoniący domofon. Nigdy nie sprawdzaliśmy wcześniej, jakiej płci ma być nasze dziecko.  Po trzech kolejnych chłopakach narodziny córki były dla mnie pewnym zaskoczeniem.
DSW: Jaki był stosunek Taty i Waszego środowiska do porodu domowego?
KK: Mój mąż, choć początkowo traktował pomysł rodzenia w domu z pewnym zaniepokojeniem, pozostawił decyzję o wyborze optymalnego miejsca porodu mnie. Uznał słusznie, że w tym momencie to mój komfort, a nie jego, będzie najważniejszy. I bardzo jestem mu wdzięczna za to, że nie starał się zatruwać mnie swoimi lękami. Po pierwszym naszym porodzie, który oboje przeżyliśmy bardzo głęboko, nie miał cienia wątpliwości, gdzie i z kim powinny przychodzić na świat nasze kolejne dzieci.
Ze środowiskiem nie było już tak łatwo. Miałam kilka bardzo zaufanych i otwartych koleżanek, które wiedziały o moim pomyśle i traktowały to raczej z podziwem i zaciekawieniem, niż z dezaprobatą. Jednak większości naszych znajomych i bliskich nie wtajemniczaliśmy w nasze plany.
Moja ginekolog prowadząca ciążę okazała się nie być tak całkiem na „nie” i kiedy w końcówce ciąży oświadczyłam definitywnie, że zdecydowałam się jednak rodzić w domu, nie straszyła mnie, nie przekonywała do zmiany decyzji, tylko podała swój prywatny numer telefonu i poprosiła o informację, gdy dziecko będzie już szczęśliwie na świecie.
Generalnie, nie mieliśmy problemów z lekarzami – nawet pediatra, do której trafiliśmy z naszym synem po porodzie odnosiła się do naszej decyzji raczej z życzliwym zainteresowaniem niż z dezaprobatą. Naszych rodziców, na wszelki wypadek, postanowiliśmy nie uświadamiać. I okazało się, że była to słuszna decyzja.  Moja teściowa sama przyznała po naszym pierwszym porodzie, że gdyby wiedziała, że planujemy rodzić w domu, to choćby miała zamieszkać pod naszymi drzwiami, doprowadziłaby do tego, byśmy na czas porodu znaleźli się w szpitalu.  Na szczęście nie wiedziała i dzięki temu wszyscy byliśmy zdrowsi. Kolejne porody domowe były już traktowane przez nasze otoczenie jak coś, czego należało się po nas spodziewać.
DSW: Czy nie obawiała się Pani komplikacji podczas porodu i konieczności przeprowadzenia hospitalizacji?
KK: Oczywiście brałam pod uwagę, że każdy z moich porodów może się – mimo moich najszczerszych chęci urodzenia w domu – zakończyć w szpitalu. Dlatego w każdym przypadku byliśmy przygotowani do transferu, gdyby okazał się konieczny – mieliśmy wybrany szpital i spakowaną torbę. Nie towarzyszyły mi jednak żadne lęki. Czułam ufność w mądrość natury i doświadczenie mojej położnej. Byłam też gotowa ponieść konsekwencje decyzji o porodzie domowym. Miałam świadomość, że w przypadku pewnych komplikacji bliskość sali operacyjnej zwiększa szanse przeżycia, zarówno matki jak i dziecka. Jednak wiedziałam również i o tym, że większość z tych osławionych powikłań pojawia się w wyniku podejmowania w czasie porodu szpitalnego różnych interwencji, które nie koniecznie są potrzebne. W porodzie domowym nie ingeruje się w naturalny przebieg tego procesu, więc różne niebezpieczne powikłania zdarzają się dużo rzadziej. Dodatkowy czynnik, który wpływał na mnie uspokajająco, to świadomość, że będzie mi towarzyszyć bardzo doświadczona położna, która będzie „na moją wyłączność” – będzie stale czuwać nad bezpiecznym przebiegiem porodu, a w razie jakiś nieprawidłowości odpowiednio wcześnie podejmie decyzję o transferze do szpitala.
DSW: Czy poród domowy spełnił Pani oczekiwania?
KK: Każdy z moich porodów spełnił moje oczekiwania o tyle, że był jedynym w swoim rodzaju, wspaniałym, ubogacającym przeżyciem. Dzięki tym doświadczeniom stawałam się kobietą coraz bardziej świadomą siebie i pewną swoich kompetencji. W każdym porodzie czułam, że to ja rodzę, a nie ktoś robi to za mnie. Każdy ból, każda trudność, były warte pokonania, choćby po to, by przekonać się, że potrafię sobie z nimi samodzielnie poradzić. A skoro potrafię sama urodzić dziecko, to czemu inne zadania miałby być dla mnie zbyt trudne?
Dzięki tym przeżyciom, do tego stopnia zainteresowałam się tematyką „okołoporodową”, że sama skończyłam studia położnicze i zaangażowałam się w walkę o dostęp do godnego porodu dla innych kobiet – nie tylko dla tych, które mają odwagę by rodzić w domu i pieniądze, by opłacić prywatną opiekę położniczą. Staram się wspierać inne kobiety, które chciałby urodzić po swojemu, nie musieć poddawać się szpitalnej procedurze. Porody domowe pozwoliły mi też na zbudowanie głębszej relacji z mężem oraz na niczym niezaburzony od samego początku kontakt z każdym z dzieci.  Dla mnie są to korzyści nie do przecenienia.
Jednocześnie, wszystkie dotychczasowe porody nie spełniły moich oczekiwań o tyle, że wciąż czuję niedosyt.  Po każdym porodzie mam poczucie, że chcę więcej, że kolejny poród może być jeszcze piękniejszy a kolejne dziecko wniesie w moje życie jeszcze więcej miłości i radości. Wskutek tego niedosytu, jeszcze w tym roku przyjdzie na świat moje kolejne dziecko i znów mam nadzieję przeżyć jedyny w swoim rodzaju poród domowy.

Autor artykułu: Alicja Dyrda. Jest mamą trójki dzieci, kocha to co naturalne, mieszka na wsi, jest wegetarianką, uprawia swój ogródek, ma psa i kota. Zajmuje się promocją ekologicznego stylu życia i naturalnego rodzicielstwa. Jest redaktor naczelną serwisu dla eko-rodziców Dziecisawazne.pl

 Strona źródłowa wywiadu:  http://dziecisawazne.pl/porod-domowy-wywiad/

Dziękuję :)


wtorek, 12 lutego 2013

Pamela Anderson, Cindy Crawford, Alanis Morisette, Grzegorz Ciechowski... gwiazdy rodzą w domu

W Polsce porody domowe to, wciąż można powiedzieć "nowość", ale na świecie, również tym znanym wydawałoby się tylko z ekscesów i blichtru światku sław, gwiazd, celebrytów, od kilkunastu co najmniej lat panuje swoista moda na porody domowe.

Daleka jestem od tego oczywiście, żeby namawiać do rodzenia w domach poprzez naśladownictwo sławnych i bogatych. Jednak wspaniałe wydaje mi się to ile z nich, mających przecież dostęp do najlepszych placówek medycznych, najnowszych metod znieczulenia i cesarek na żądanie w wykonaniu najlepszych chirurgów, przekonała idea porodu domowego. Bliskości od samych narodzin, porodu w spokoju domowego zacisza, bez niepotrzebnych ingerencji medycznych, bez rutyn szpitalnych wygodnych i bezpiecznych przede wszystkim dla personelu. Porodu w którym ważna jest matka i ważne jest dziecko, naturalny rytm porodu, a nie czas, plany wykonania, kończący się dyżur w szpitalu  itd...

Cieszy mnie ta promocja, bo jednak jakby na to nie patrzeć te kobiety, znane, lubiane czasem mniej, czasem bardziej, mają szansę dotrzeć ze swoim pozytywnym przekazem dotyczącym porodów domowych do wielu ludzi.

Niektóre nazwiska mogą być szczególną niespodzianką ;)

Spodziewaliście się wśród nich np. Pameli Anderson?
Byłam zaskoczona, że ta znana z serialu "Słoneczny patrol" i licznych erotycznych skandali aktorka, rodziła w domu dwukrotnie.
 Jak sama powiedziała: "Urodziłam w domu dwa razy- naturalnie, z położną, w wodzie ... bez niczego". Osobiście żałuję, że w przeciwieństwie do słabych erotycznych filmików z udziałem Pam i jej męża, które "wyciekły" do mediów, niestety nie wiadomo nic na temat aby można było w necie obejrzeć jakieś nagrania z jej porodów. Swoją drogą pozory mogą bardzo mylić, gdyż Pamela jest także gorącą zwolenniczką długiego naturalnego karmienia piersią ( wirus hepatitis C, którego jest nosicielką jak i najwyraźniej również operacje piersi nie przekreśliły szans na karmienie). Pamela aktywnie współpracuje  z organizacjami promującymi rodzicielstwo bliskości. Wydaje się, że czas, gdy imponowała głównie powiększonym biustem, ma już za sobą. Teraz imponuje wielu kobietom swoim niesamowitym macierzyństwem.


 
Pamiętacie z pewnością aktorkę Demi Moore? W słynnej sesji zdjęciowej, jako pierwsza pokazała się nago, w ciąży, na okładce modowego pisma... Pewnie nie wiedzieliście, że każda z jej trzech córek przyszła na świat w domowym zaciszu :)





Meryl Streep, wspaniała aktorka, zdobywczyni Oskarów, nie tylko dla nich ma miejsce w domu. Mówi się , że co najmniej jedno z jej czworga dzieci przyszło na świat w domowych pieleszach.



Julianne Moore, prześliczny rudzielec. Występowała w wielu filmach, które stały się wielkimi sukcesami kasowymi. W 1998 r. Julianne Moore otrzymała swoją pierwszą nominację do Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej za rolę w obrazie "Boogie Nights". Kilkakrotnie otrzymywała nominacje do Złotego Globu... W 2002 roku urodziła w domu swoją córkę. Aktywnie uczestniczy w promocji idei porodów domowych.




Alanis Morisette, piosenkarka, urodziła swego synka w zaciszu domowym z pomocą położnych i douli.



Cindy Crawford,  top modelka urodziła swoje dzieci w domu i aktywnie promuje ideę porodów domowych.



Gisele Bundchen supermodelka, tak powiedziała o swoim porodzie w domu
„ To najbardziej intensywne i zmieniające dotychczasowe życie doświadczenie. Jestem wdzięczna, ze mogłam rodzić w domu, otoczona miłością i gdzie czułam się bezpiecznie. To było naprawdę wspaniałe...”



Lisa Bonet, aktorka, piosenkarka, w Polsce znana głównie z serialu Billa Cosby'ego jest fanką porodów domowych i urodziła dwójkę swoich dzieci w domu.



Nasze rodzime gwiazdy, to oczywiście znana z promowania ekologicznego stylu życia piosenkarka Reni Jusis, która urodziła swoje drugie dziecko, córeczkę, w domu. W mediach otwarcie opowiada o swoich motywacjach co do wyboru domu jako miejsca porodu.



Zmarły kilka lat temu piosenkarz, lider zespołu Republika, Grzegorz Ciechowski wraz z żoną Anną, wiele lat temu przyjęli w domu swojego syna. Tak Grzegorz mówił o tym w wywiadzie dla miesięcznika "Pani": 
"Myślę, że na mój stosunek do Helenki i Bruna wpłynął fakt uczestniczenia przy ich porodach. Bruno urodził się w domu, czego proszę nie traktować jako braku odpowiedzialności. Oczywiście był lekarz, siedział sobie na dole, czytał gazetę i czekał. Byłem pierwszą osobą, która widziała główkę mojego syna pojawiającą się na świecie i muszę przyznać, że to największe przeżycie w moim życiu. Dziwię się facetom, którzy rezygnują z czegoś tak niezwykłego. Może boją się brać udział w tak intymnym misterium? Nie rozumiem tego. "




Modelka i prezenterka Agnieszka Maciąg, urodziła niedawno, po wielu latach od pierwszego porodu, który wspomina niezbyt miło, swoje drugie dziecko, córeczkę w domowym zaciszu.
Pisałam o tym wcześniej tutaj.



To oczywiście nie są wszystkie nazwiska, lista jest długa... choćby tylko można wymienić poniższe:

  Jennifer Connelly, Joely Fisher, Laura Louie & Woody Harrelson, Mayim Bialik, Alyson Hannigan, Kelly Preston & John Travolta, Ricki Lake, Thandi Newton, Evangeline Lilly, Maria Bello, Nelly Furtado...


Źródła zdjęć:
http://www.justjared.com http://www.foxnews.com http://ca.omg.yahoo.com http://nocoty.pl http://www.lansik.pl http://www.people.com http://celebritybabies.people.com http://www.sheknows.com http://necolebitchie.com http://moongazermusings.wordpress.com http://www.ciechowski.art.pl

poniedziałek, 11 lutego 2013

Porodowy biznes - film

"Porodowy biznes" , ten film powinnam była umieścić na blogu już dawno, zwłaszcza, że sama go od jakiegoś czasu znam. Film jest co i rusz blokowany, więc warto obejrzeć od razu póki jest. Wklejam trzy części z YouTube, jest ich dziesięć  :D  Mają napisy po polsku.
Nie będę się rozpisywać, zobaczcie sami. Jeśli  go jeszcze nie widzieliście, niezależnie od tego, czy zaplanowaliście poród w domu lub w szpitalu, z pewnością czas poświęcony na obejrzenie nie będzie czasem zmarnowanym.


                                                     Miejcie oczy i umysły szeroko otwarte :)










Kolejne części są dostępne w serwisie YouTube, po prawej stronie od wyświetlanego filmu jest lista.

sobota, 9 lutego 2013

Agnieszka Maciąg urodziła w domu

Cudowny wywiad w Vivie! z Agnieszką Maciąg, uznaną modelką i prezenterką.
Wzruszająca opowieść o porodzie domowym i nie tylko. Poniżej cytuję tylko mały fragment.
Całość naprawdę warto przeczytać na  Agnieszka Maciąg - Cud późnego macierzyństwa .


... " Zastanowiłam się i odpowiedziałam sobie, że wszystko przyjmę, co mi życie daje. I że cokolwiek przyniósłby mi los, to będzie służyło czemuś ważnemu. Ale wszystko ułożyło się cudownie. Przez te dziewięć miesięcy bardzo dużo się nauczyłam, przeczytałam mnóstwo książek o bardzo ciekawym, dla mnie wręcz rewolucyjnym podejściu do ciąży i porodu. Z fascynacją wszystko chłonęłam, chyba sama mogłabym zostać już nauczycielką. Natrafiłam na niesamowitą książkę kobiety, która opisała, co czuje dziecko w czasie porodu. Przeczytałam ją i całkiem zmienił się mój światopogląd. Matka oczywiście jest bardzo ważna, ale dziecko kompletnie bezbronne. Rodząc się, doświadcza wielkiego szoku. Przychodzi na zimny, obcy świat, w ostrym świetle, w hałasie, wśród nieznanych mu ludzi, jest zabierane od matki, mierzone, ważone, traktowane przedmiotowo. Jak ma potem o tym zapomnieć? To tkwi w każdym z nas.

– Wtedy podjęłaś decyzję o porodzie w domu?
Pod koniec ósmego miesiąca ciąży uświadomiłam sobie, że nie chcę rodzić w szpitalu. Tym bardziej, że spotykałam dziewczyny, które rodziły w domu. Docierały do mnie maile od kobiet, nawet z Ameryki, które opisywały swoje doświadczenia z porodu we własnym łóżku, otoczone miłością, spokojem, szacunkiem i ciepłem. Rodzące w swoim rytmie, w zgodzie z naturą. Przeprowadziłam wiele rozmów na ten temat. I bardzo zapragnęłam, żeby Helenkę i mnie przeprowadziła przez to niezwykłe doświadczenie Ewa Janiuk, położna, która napisała o tym, co czuje dziecko, w książce „Dziecko – aktywny uczestnik porodu”. Ta książka to była moja kropka nad „i”. Decyzja w moim sercu zapadła. Jednak kiedy odnalazłam Ewę i zadzwoniłam do niej, mówiąc, że chciałabym, by przyjęła mój poród w domu, zaczęła się śmiać: „Proszę pani, to niemożliwe! Do mnie zgłaszają się kobiety, jeszcze zanim zajdą w ciążę, a pani już jest pod koniec ósmego miesiąca”. I dodała, że na nią spada ogromna odpowiedzialność. W końcu zgodziła się na spotkanie, ale tylko żebyśmy porozmawiały. Czy ja powinnam to wszystko ci mówić?

– Powinnaś.
Przecież 99 procent czytających to kobiet powie, że jestem nienormalna.

– Nie, 99 procent kobiet Cię zrozumie, a niektóre pójdą w Twoje ślady. Mówimy przecież o czymś bardzo ważnym.
Ty też masz swoje doświadczenia, bardzo trudne, czytałam twój reportaż o tym, jak rodziłaś swoją córkę.

– I gdybym wiedziała to, co Ty, to może chciałabym oszczędzić mojemu dziecku stresu i też rodzić w domu.
Moim zdaniem istota dojrzałego macierzyństwa polega na tym, że jesteśmy bardziej odpowiedzialni, wrażliwi na potrzeby dziecka. A ja głównie o nich myślałam. Ewa po naszym spotkaniu zadzwoniła i powiedziała, że jeśli wszystkie moje wyniki będą idealne, to przyjmie ten poród, bo wie, że jestem bardzo zdeterminowana, dobrze przygotowana i podchodzę do tego bardzo odpowiedzialnie. I to nie dlatego, że rozpoznała Agnieszkę Maciąg. Ona żyje w swoim świecie, nie wiedziała, kim jestem. Dopiero dziewczyna w recepcji jej to uświadomiła. A my rozmawiałyśmy ze sobą jak kobieta z kobietą, bez żadnego dystansu.

– Musiałaś pewnie jeszcze męża przekonać do tego pomysłu?
Wręcz przeciwnie. Gdy mu o tym powiedziałam, wyznał, że w głębi serca o tym marzył, ale nie chciał mi nic mówić, żeby nie wywierać na mnie presji. On był cały czas ze mną w tej podróży. O wszystkim, co przeczytałam, mówiłam mu. O każdym spotkaniu, o każdej rozmowie. Wiedział też, jaką traumę przeżywałam, rodząc Michała. Mówiłam mu, jak boję się znowu złych doświadczeń. Płakałam mu na ramieniu, opowiadając, jak zabrano mi dziecko i nie mogłam go przytulić. I jak potem straciłam pokarm i że boję się, iż naszej córki też nie będę mogła karmić piersią. Całą drogę do narodzin Helenki przeszliśmy razem, dla nas to było jak wspólne odkrywanie Ameryki. Oboje chcieliśmy Helenkę ochronić przed gwałtownym zderzeniem z obcym jej światem. Robert powiedział nawet, że on przyjmie ten poród, jeśli nikt inny nie zechce (śmiech). Razem szukaliśmy pediatry, który przyjedzie po porodzie zbadać dziecko. Niektórzy mówili z oburzeniem: „Jesteście szaleni, nieodpowiedzialni”. Znaleźliśmy też lekarzy, którzy nas wspierali i mówili, że to najlepsze, co możemy dać swojemu dziecku. Przeszliśmy z Robertem studia z rodzicielstwa i miłości. Teraz oboje wracamy do momentu, kiedy rodziła się Helenka, jak do najpiękniejszych chwil w życiu. To było mistyczne doznanie. Dziecko urodziło się spokojne i piękne.

– A gdyby były komplikacje?
Miałam spakowaną walizkę i wszystko przygotowane na każdą ewentualność. Przerobiliśmy drogę do szpitala w korku i w nocy. Ja naprawdę chodzę mocno po ziemi, chociaż głowę mam w chmurach. Lubię w sobie to harmonijne połączenie.

– Kiedyś powiedziałaś, że harmonię z samym sobą osiąga się z wiekiem.
Na każdym etapie życia jest to inna harmonia, ona nie jest nam dana raz na zawsze. W każdym razie pragnęłam, by narodziny Helenki były wielkim duchowym przeżyciem. I tak się stało. Rodziłam, tonąc w bólu, ale i muzyce, która sprawiała, że czułam się dobrze i bezpiecznie. Mieliśmy taką specjalną mantrę ochronną, którą codziennie śpiewałam mojemu dziecku. Podczas porodu Robert gotował rosół, a położna masowała mi krzyż. Dziwne, ale nie chciałam, aby wtedy dotykał mnie mężczyzna. To kobiety są stworzone do tego, żeby przyjmować dzieci. Miałam poczucie jakiejś niesamowitej symbiozy ze wszystkimi kobietami, które rodziły tysiące lat przede mną. I nawet kiedy krzyczałam z bólu, to był krzyk dający życie.


– A potem? Te pierwsze minuty, kiedy patrzysz na swoje dziecko…
I myślisz, że nic piękniejszego w życiu nie widziałaś. Helenka leżała na mojej piersi tak długo, jak chciała. Spokojna i bezpieczna. Robert patrzył na nią, a ona na niego. Powiedziałam: „Właśnie teraz się w sobie zakochujecie”, i zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Helenka nie płakała, była z nami, przyglądała się nam... " 



 żródło: http://polki.pl/viva_artykul,10031761,0.html  



Piękne zdjęcia zrobione przez męża Agnieszki i ojca dziecka: Agnieszka Maciąg z córką w sesji Vivy!




piątek, 8 lutego 2013

Uwolnić poród - film


We wrześniu ubiegłego roku byłam na premierowym pokazie filmu " Uwolnić poród". Wyszłam wówczas po projekcji głęboko poruszona. Uważam, że każda kobieta i każdy mężczyzna spodziewający się dziecka, a nawet dopiero planujący dzieci powinni go obejrzeć. Film dotyka podstawowych kwestii praw kobiety- prawa do wyboru miejsca porodu, do wyboru rodzaju porodu, prawa do decydowania o interwencjach medycznych podczas porodu w szpitalu, prawa do poszanowania  godności kobiety podczas gdy wydaje na świat człowieka ... Wciąż, mimo postępu cywilizacyjno- kulturowego na całym świecie, odmawia się kobietom prawa do decydowania o swoim ciele i o własnym dziecku. Wciąż, w wielu miejscach na świecie, zwłaszcza w krajach tzw. byłego bloku wschodniego, ale także np. w USA...  po przekroczeniu progu szpitala kobiety rodzące traktuje się tak, jakby w momencie rozpoczęcia porodu postradały rozum i wymagały ubezwłasnowolnienia przez lekarzy, a życzenia czy żądania rodzących co do przebiegu porodu są ignorowane. Zbyt wiele kobiet, zrezygnowanych, bądź nieświadomych swych praw, godzi się na poniżające traktowanie.
W wielu krajach, na przykład w Polsce  ludzie często  nawet nie są świadomi, że można urodzić dziecko w domu, że jest to legalne w większości cywilizowanych państw, a w niektórych ( Irlandia, Wlk. Brytania, państwa skandynawskie ) zalecane przy prawidłowym, fizjologicznym przebiegu ciąży oraz że poród domowy jest równie bezpieczny jak szpitalny.
W niektórych krajach jednak poród domowy jest traktowany niemal jak przestępstwo. Położne, które pomagają przyjść na świat dzieciom rodzącym się w domu w tych krajach nie powinny być narażone na takie opresje, jakie spotkały niektóre z nich. Te kobiety to prawdziwe bohaterki.
Film wart obejrzenia ponieważ otwiera oczy na to, co dzieje się wokół porodów w ostatnim czasie, jak bardzo medykalizowanie porodu pociąga za sobą jego odhumanizowanie...
Każda kobieta ma prawo wyboru- gdzie ( dom, szpital, dom narodzin )  i w jaki sposób chce rodzić i to prawo powinno być respektowane na całym świecie, a tym bardziej w Europie, gdzie gwarantuje  nam to od niedawna wyrok Trybunału w Strasburgu w sprawie Tarnowsky versus Węgry. 


Zamieszczam wersję webową filmiku, warto wybrać się na bezpłatne pokazy pełnometrażowego filmu "Uwolnić poród"  z polską wersją językową, organizowane w wielu miejscach w Polsce przez organizacje, które sprzyjają dobrym porodom.
Informacje o aktualnych pokazach staram się umieszczać na Rodzimy w domu na FB 
Zapraszam do kontaktu w sprawie pokazów.




środa, 6 lutego 2013

Trzeci poród Joanny

 Joanno, czytając Twoją opowieść, aż sobie przypomniałam swoje porody i tą niesamowitą moc, odczuwalną siłę... Ta siła idzie potem przez życie z kobietą .



W pierwszej ciąży nawet przez myśl mi nie przeszło, że można rodzić gdzie indziej niż w szpitalu. Nie wspominam miło tego porodu, choć na początku wydawał mi się w porządku. Po czasie rósł we mnie żal. Podczas drugiej ciąży zaczęłam marzyć o porodzie domowym (nawet nie wiem, skąd dowiedziałam się o takiej możliwości). Uznałam jednak, że z moją anemią nawet nie ma sensu się o nic dowiadywać. Poza tym wiedziałam, że będzie to dla nas zbyt kosztowne rozwiązanie. Drugi poród jeszcze gorszy niż pierwszy, pozostawił we mnie wiele żalu.
Trzecia ciąża, najpierw trochę nerwowo – ogromne skoki nastrojów. Wiele ważnych wydarzeń zmian w życiu przytrafiło się w ciągu pierwszych miesięcy. Znaleźliśmy się w Irlandii. Zostałam objęta opieką lekarza rodzinnego (GP). Pani doktor powiedziała: „jest tylko jeden szpital w naszym regionie, więc nie masz wyboru”. No to rejestracja w szpitalu, badania, przyznanie prowadzącego lekarza ginekologa. I tak co jakiś czas na zmianę z wizytami u GP.
Wybrałam się raz na spotkanie mam karmiących piersią – La Leche League. Cudowna atmosfera, zgadałam się z dziewczynami o naszych doświadczeniach porodowych. Jedna opowiadała o swoich dwóch porodach domowych. A mi oczy rozświetlały się coraz bardziej. Opowiedziałam jej o moim marzeniu i o tym dlaczego nie mogłam go jeszcze zrealizować. Podała mi numer do położnej. - A co tam, można spróbować zadzwonić – zachęcała. Zadzwoniłam. Ciepły głos przywitał mnie radośnie i coraz cieplej rozmawiało nam się z każdą minutą, gdy okazywało się, że moja anemia nie jest przeciwwskazaniem, że poród jest darmowy, że przyjedzie do nas porozmawiać, skoro my nie mamy samochodu. Na koniec serdecznie się pośmiałyśmy, gdy odkryłyśmy ciekawy zbieg okoliczności. Kilka miesięcy wcześniej odbierała poród za ścianą – u dziewczyny, z którą zdążyłam się już zaznajomić i bardzo polubić.
Przyjechała, porozmawiałyśmy. Mój Mąż rozmawiał z nami. Zadawał pytania o ryzyko, o procedury w razie komplikacji. Mary – położna – spokojnie i z życzliwością odpowiadała na wszelkie jego obawy. Później spojrzał na mnie i powiedział tylko: „widzę, że jesteś szczęśliwa”. Ja nie musiałam o nic pytać. Wiedziałam już, ze urodzę w domu i wiedziałam z kim.
Zaczęłam czytać o porodach domowych (dopiero teraz), rozkręcała się moja fascynacja. Z Mężem jeszcze o tym nie rozmawiałam. Przed drugą wizytą Mary uznałam, ze chyba czas na decyzję. Wiedziałam, ze nie chcę rodzić bez niego. Zapytałam, czy zdecydował. Uznał, że decyzja należy do mnie, a on jest od tego, żeby mnie wspierać. I kiedy widzi jak wiele radości daje mi perspektywa porodu domowego, che mi w nim towarzyszyć.
No więc zmieniła się procedura. Teraz spotykam się z GP i z Mary. Nie przygotowywaliśmy się jakoś specjalnie. Na jednej z ostatnich wizyt zapytałam Mary co będzie jak nie będę czuła, że mam przeć i nie będę umiała tego robić (po poprzednich doświadczeniach martwiłam się o to). Mary odpowiedziała tak, że zakochałam się w niej na dobre. - Będziesz robić tylko to, czego będziesz chciała. Jeśli nie będziesz mnie potrzebować, usiądę w kąciku cichutko, żeby Ci nie przeszkadzać. Jeśli zechcesz, żebym była przy Tobie, będę Cię wspierać i robić to o co poprosisz. Będę interweniować tylko wtedy, gdy będzie to konieczne ale najpierw wszystko Ci wyjaśnię.
Od pierwszej wizyty Mary, gdy już wiedziałam, że będę rodzić w domu, stałam się zupełnie spokojna. Po raz pierwszy poczułam radość na myśl o porodzie. Po raz pierwszy nie bałam się. Chciałam rodzić. Ten spokój nie opuścił mnie już do końca.
Dziewczynki rodziły się dwa tygodnie przed terminem. Zatem na dwa tygodnie przed terminem wypucowałam dom, zebrałam siły i wszystko miałam poukładane. Podzieliłam się radością oczekiwania na Facebooku. Nie mogłam jednak zmusić się do spakowania torby do szpitala. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że nie urodzę w domu. Na szczęście jedna z mam na forum zachęciła mnie do pakowania i pogodzenia się też z możliwością transferu. Chyba wtedy dopiero naprawdę byłam gotowa. Była we mnie zgoda na poród taki, jakim on będzie. Przy pakowaniu odkryłam czego mi jeszcze brakowało (choć wszystko wydawało się gotowe). No to jeszcze ostatnie zakupy, jeszcze kolejne sprzątanie. Dzidziuś czekał spokojnie. Wiedział, że potrzebuje jeszcze czasu, choć ja już zaczynałam bardzo pragnąć naszego spotkania. Zbliżał się termin. Dzień wcześniej miała przylecieć moja Mama. Przyszło mi jeszcze na myśl, że chciałabym wyglądać kobieco, gdy już urodzę. Zadzwoniłam do kosmetyczki.
Przyleciała Mama, ja miałam piękne paznokcie. W dzień spodziewanego porodu wstałam o 6 rano i nie mogłam już spać. Organizm szykował się na ważne wydarzenie. Wydawało mi się, że to ten dzień. Pojawiły się jak co dzień skurcze przepowiadające, główka rozpychała się w okolicy pachwin. Ale poza tym nic alarmującego. Położyłam się nieco zawiedziona...
Następnego dnia Ciocia dziewczynek zaczęła urlop, a Tata miał ostatni dzień urlopu. Obudziłam się i zaczęłam się modlić. Ostatni dzień urlopu. Później już nie będę rodzić w spokoju, bo będę czekać na jego powrót z pracy, a co jak nie zdąży? Potrzebuję pomocy z góry. Potem zwróciłam się do Dzieciątka – moje Maleństwo. Bardzo chcę Cie dziś zobaczyć. Przyjdź. Wstałam i zajęłam się normalnymi czynnościami dnia codziennego. Zapragnęłam ciepłej kąpieli. Umyłam włosy.
Skurcze... pewnie przepowiadające. Bliżej południa – co 10 minut, a więc regularne – czyżby? Mary każe dawać znać co godzinę. Zapraszamy Ciocię na kawę, ale nie chcę jeszcze nic mówić, żeby nie okazało się, że nic z tego nie będzie. Przyjechała Ciocia, a skurcze się wygaszają.... szkoda. Pojechała Ciocia, zabrała dziewczynki a skurcze się zupełnie zatrzymały. Pytam Mary, czy to fałszywy alarm. Uspokaja: ­- dziś urodzisz, zwykle wieczorem akcja się rozkręca.
Poważna rozmowa z Mężem. A co jeśli nie zdążymy i będziesz musiał jechać do pracy? Odwołaj, powiedz, że nie możesz.... Ogarnia mnie fala lęku. A dziewczynki? Ja chcę, żeby tu były. Pamiętam, jak rodząc Drugą, tęskniłam za Pierwszą. Mąż spokojnie wyjaśnia, że przecież mogę krzyczeć, będą się bały. Co wtedy? Nie będę krzyczeć, przecież będę w basenie, to tak nie boli, jak w szpitalu. Ale ja chcę, ja wszystko już zaplanowałam. Przytula mnie. Wraca spokój. Damy znać Cioci, że zostają na noc. Rano zobaczą Dzidziusia.
Skurcze wracają, ciągle spokojne, chodzę, rozmawiam, szydełkuję. W końcu przypominam sobie, że w pierwszym porodzie doszłam łagodnie do 8 cm rozwarcia i mówię o tym Mary – nic się nie martw ja już jestem w drodze - opowiada. Ma niesamowitą intuicję. Przyjeżdża, sprawdza mnie wewnętrznie (pierwsze takie badanie w Irlandii, dotąd nikt nic w środku nie sprawdzał). Nie mówi o centymetrach – tak się umawiałyśmy. Pokazuje mi rozwarcie – jesteśmy dopiero na początku. Ale zapewnia, że już zostanie. Mówi, że może to być dla mnie sygnał, że jestem bezpieczna i otworzę się.
Rozmawiamy, szydełkuję, opowiadamy sobie kawały, dużo się śmiejemy. Babcia (moja Mama) kończy tort urodzinowy. Tata (mój Mąż) na „rozstresowanie” dostaje zadanie napełnienia basenu. Ja jeszcze sprawdzam w tłumaczu jak są paciorkowce po angielsku i rozmawiamy z Mary o zagrożeniu. Uspokaja mnie. Spaceruję. Jeszcze raz siadam do komputera, żeby włączyć jakąś muzykę, bo jak się zacznie, to już nie będę miała głowy, chciałam jeszcze świeczki...
Nagle padam na kolana przy krześle i już nie wstaję. Skurcze tak silne, że nie mogę nic zrobić. Mąż masuje. Ja oddycham. Po kilku skurczach wołam Mary, żeby masowała, ja trzymam się Męża. Oddycham. Mary oddycha przy mnie. Boli coraz bardziej. Krzyczę! A potem krzyczę jeszcze głośniej! Aż piszczy mi w uszach i szumi w głowie. Mogę krzyczeć!!! Wrzeszczę!!! Mary proponuje, żebym energię z krzyku przekazała na dół. Krzyczę bezgłośnie – prę. Mary mówi, że jestem wspaniała, że świetnie sobie radzę! Powtarza to nieustannie. Gdzieś we mgle pojawia się druga położna – ociera twarz mokrą ścierką – mój anioł.
Proszę, że chcę do basenu, który teraz napełnia moja Mama. Jeszcze nie gotowy. Przez chwilę myślę, że nie dam rady, miałam rodzić w basenie, miało tak nie boleć. Dlaczego nie chciałam w szpitalu? Mówię, że nie mogę, nie dam rady. Zapadam się. Z tej głębokiej przepaści wydobywa mnie spokojny głos mojego Męża. Jest tutaj i trzyma mnie za ręce od samego początku. Upewnia mnie, że już niewiele zostało i dam radę. Dostaję nowej siły. Mary widzi czarne włoski – mówię: „As always” i śmieję się do siebie. Słyszę jak Mary też się śmieje powtarzając moje słowa. Nagle ogromny ból – to musiała być główka – tak myślę. Ale nie. Jeśli to jeszcze nie to, to jak zniosę wyjście główki? Ten ból jest straszny!
Jest główka, jest Dzieciątko. - Duże, duże – słyszę głosy położnych. Nie widzę go, Mary przyjmuje je na swoje ręce. Mówi do niego czule: witam Cię Maleństwo, jak się masz, już cię oddaję Mamusi. Podbiega do mnie moja Mama, dziękuje mi mówi, że jest ze mnie dumna. Mary kładzie przede mną dziecko. Spoglądam na Nią – Klara. Biorę ją w ramiona. Ulga, radość, miłość, duma. Mary przytula mnie i pokazuje, że też jest ze mnie dumna. Przechodzę na sofę. I tak leżymy sobie wtulone. Zanurzamy się w czułości.
Położna pyta, czy może zdjąć moją koszulkę i stanik (mokre od potu), druga pyta, czy może podać dziecku witaminę K. W szpitalu nikt mnie o nic nie pytał. Dostawałam tylko informację po fakcie – że szczepienie, że badania przesiewowe, że coś jeszcze.... One o wszystko pytają! To ja jestem tutaj od decydowania!
Tata – Elf (tak nazwała go Mary) – cicho zajmuje się wszystkim. Podaje położnym kanapki, wypompowuje wodę z basenu, włącza radio, przygotowuje mi zupę, podkłada poduszki. Mama częstuje mnie urodzinowym tortem. Pomaga w sprzątaniu.
Wracają bóle... Po jakimś czasie rodzę łożysko. Po ustaniu tętnienia Babcia Klary odcina pępowinę. Malutka, która okazała się być dość duża – 4,050 kg – rozpoczyna swój pierwszy posiłek. Wszystko takie spokojne.
Od zbadania mnie przez Mary do urodzenia Klary minęło dokładnie 1 godzina 55 minut. Kiedy podali mi godzinę narodzin Córeczki nie mogłam uwierzyć, że to wszystko stało się tak szybko.
Okazało się, że mimo wagi większej (o prawie pół kilo) niż poprzednio rodzonych dzieci nie musiałam być nacinana (choć wcześniej było to „konieczne”), a niewielkie pęknięcie podczas połogowego odpoczynku zrasta się pięknie.
Mary została z nami tak długo, aż byłam gotowa skorzystać z toalety i położyć się we własnym łóżku. Nic nie przyśpieszała – czekała, aż sama będę gotowa. Na piętro do sypialni doszłam o własnych siłach, dość energicznym krokiem. Rano wzięłam prysznic – samodzielnie.
W następne dni Mary odwiedzała nas i sprawdzała jak się czujemy. A czułyśmy się wspaniale. Już na drugi dzień po porodzie wyglądałam i czułam się dużo lepiej niż po dwóch tygodniach po porodach szpitalnych (mimo, że pod wpływem emocji spałam tej nocy może kilka minut). Zaskoczyło mnie, że zamiast bólu krocza czy krzyża bolały mnie ramiona – tak mocno trzymałam się mojego Męża. Poza tym nic mnie nie bolało.
Chciałam, żeby to była opowieść o cierpliwości – mojej Córeczki, która czekała na moją gotowość i mojej cierpliwości, gdy czekałam na Nią.
O zaufaniu, jakie otrzymałam od mojego Męża i położnej. I zaufaniu, którym mogłam ich obdarzyć. A także o zaufaniu, którym po raz pierwszy obdarzyłam siebie.
O radości i pokoju, które dały mi decyzja o porodzie domowym i sam poród. Ten spokój, którym było wypełnione oczekiwanie a potem przyjście na świat naszej Córki, pozwolił mi później zająć się bez problemu moim Dzieckiem z wrażliwością, miłością i ciepłem, jakich ode mnie potrzebowało.
O mądrości natury – wszystko przebiegło dokładnie tak, jak miało się odbyć – bez zbędnych interwencji, łagodnie i dobrze. Dzięki temu ja po porodzie czułam się dobrze, nie byłam obolała, przemęczona, rozżalona.
I jeszcze opowieść o wspaniałej położnej – pełnej ciepła, dobroci, współczucia, wyrozumiałości, czułości, siły, odwagi, mądrości. Jej obecność w tym opisie jest prawie niezauważalna. Bo właśnie taka była. Cichutko, spokojnie towarzyszyła nam, ale gdy była potrzebna stanowczo podejmowała konieczne działania. Nie mogłabym życzyć sobie lepszego towarzyszenia w tak pięknym, intymnym i trudnym wydarzeniu.
Nie doświadczyłam tego wszystkiego, gdy rodziłam w szpitalu. Dopiero poród domowy pozwolił mi na otwarcie się na ogrom tych nieznanych i wspaniałych doświadczeń. O ile wspanialej dla Klary zacząć życie w takiej atmosferze, a dla mnie zacząć tak rodzicielstwo. Myślę, że to wydarzenie miało w sobie także siłę do umocnienia relacji między mną i Mężem.
Nigdy wcześniej nie czułam się tak silna, wspaniała, mądra, odważna. Odkryłam w sobie moc, o której dotąd nie wiedziałam. Jestem silna, bo urodziłam moje dziecko. Pokonałam ogromny ból i sama wydałam na świat nowe życie. Mogę naprawdę wszystko! Poczułam wielki szacunek do wszystkich matek. Czuję ogromną wdzięczność za życie moje i moich bliskich, a zwłaszcza naszych wspaniałych Dzieci.
Dziękuję mojemu Mężowi, który był dla mnie najlepszym oparciem w czasie oczekiwania na Maleństwo i w czasie porodu. Dziękuję mojej Mamie, która zaopiekowała się wszystkim i wszystkimi po porodzie. Dziękuję moim Córkom, które pomagają mi odkrywać radość macierzyństwa, uczą cierpliwości, pokory i miłości. Dziękuję Cioci dziewczynek za opiekę w trakcie porodu i pierwszych dni połogu. Dziękuje Mary – mojemu Aniołowi, mojej opiekunce, cierpliwej doradczyni.


Autorka: Joanna

Dziękuję Joanno  <3

Spodobała Ci się ta opowieść i chciałabyś, żeby ukazała się w bezpłatnej książce wesprzyj projekt

wtorek, 5 lutego 2013

Beata, super mama karmicielka

Dziękuję Beato z serca, że jako pierwsza zgodziłaś się podzielić z nami swoją opowieścią o karmieniu piersią. <3 



Chciałam opisać swoją ‘przygodę’ z karmieniem piersią. Jestem mamą 22-miesięcznego Tymka, którego nadal karmię piersią. Zacznijmy od początku.
Byłam w lekkim szoku, kiedy zobaczyłam 2 kreski na teście ciążowym. Powtórzyłam go w ciągu kilku dni 5 razy – każdy był pozytywny. Mój (jeszcze wtedy) narzeczony nie krył zachwytu, ja czułam strach. Czekał mnie ostatni rok studiów, pisanie pracy, poród i obrona.
Przez całą ciążę bardzo dużo czytałam na temat pielęgnacji noworodka, wychowania, karmienia piersią. Chodziliśmy z mężem do szkoły rodzenia. Tam trafiliśmy na wspaniałą położną, która wsparła nas o ważne informacje dotyczące karmienia piersią. Chciałam wiedzieć jak najwięcej, pragnęłam czuć, że jestem w pełni przygotowana na to by zostać mamą. To wszystko przeplatało się z obowiązkami na studiach i męczyło mnie psychicznie. Cieszyłam się, że zostanę mamą, ale potrzebowałam ciszy i spokoju, a niestety w moim życiu trwał wielki huragan. Chciałam w spokoju i w harmonii przygotować się na poród, jednak nie miałam takiej możliwości. Żałuję, że nie dotarłam do informacji o porodach w domu, o porodzie lotosowym, choć nawet nie wiem, czy w moim mieście byłoby to możliwe. Całe szczęście trafiłam na artykuły o rodzicielstwie bliskości i wiedziałam, że chcę karmić piersią długo i dać z siebie jak najwięcej miłości.
Szpitalny poród nie zniechęcił mnie do tego by w przyszłości mieć jeszcze dzieci, pomimo tego, że zostałam potraktowana niewłaściwie. Trafiłam na porodówkę z regularnymi skurczami co 3 minuty. Już na początku ordynatorka była bardzo niemiła. Dopiero, gdy zobaczyła papierek ze szpitalnej szkoły rodzenia, zbadała mnie i okazało się, że mam 8cm rozwarcia, pochwaliła mnie, że w odpowiednim czasie przyjechałam do szpitala (nie za wcześnie). Zawieziono mnie na trakt porodowy, położono na łóżku, podłączono do ktg. Zarówno ja i mąż prosiliśmy o to, żebym mogła chodzić, bo lepiej było mi tak znieść ból. Nie wysłuchano naszych próśb, a przecież wszystko było w porządku. Kilka razy o to prosiliśmy i nic z tego. Rozwarcie zmniejszyło się do 6cm, skurcze zelżały, lekarz miał pretensje, że to moja wina, ponieważ z nimi nie współpracuję. Ból mną zawładnął całkowicie, czułam się jak na haju. Pamiętam to wszystko przez mgłę. Czułam się winna, czułam, że to naprawdę moja wina. W końcu położna posadziła mnie na piłkę, trochę to pomogło, choć ja już nie byłam w stanie by dać z siebie wszystko, by się wyciszyć i uspokoić. Po 3h lekarz zaczął grozić mi cesarskim cięciem i choć wcześniej twierdziłam, że chcę tego uniknąć za wszelką cenę, teraz było mi już wszystko jedno. Jednak urodziłam siłami natury po 4h, o 14.20, zdrowego, ślicznego chłopca. Położono mi go na brzuchu, a ja tylko powiedziałam „ o Boże, jaki piękny”. Mąż przeciął pępowinę, był cały roztrzęsiony, nigdy nie widziałam go w takim stanie. Gdyby nie jego obecność i wsparcie, nie dałabym rady. Spisał się na 150%. Po jakimś czasie malutkiego wzięli na mierzenie, ważenie i ubieranie, zostałam sam na sam z lekarzem. Powiedział, że mam się w ogóle nie ruszać, bo on musi mnie zszyć i jak ukłuje się w palec to mnie mąż będzie zszywał. Zapytał się jeszcze, czy mąż umie przyszyć guzik. Czułam się okropnie, jakby obdarli mnie ze skóry, jakby traktowali mnie jak zwierzę. Czułam, że zrobili mi krzywdę, bo nie mogłam później siedzieć przez 3 tygodnie na pupie. Przecież urodziłam w ciągu 4h, czy to tak długo? Kobiety rodzą nawet przez dobę, a ten wstrętny lekarz… Ach brak mi słów. Miałam pisać o karmieniu piersią, ale czułam, że muszę to wszystko opisać.
Upomniałam się by ktoś przyszedł pomóc mi przystawić dziecko do piersi. Przyszła miła pani, maluch przyssał się jak szalony. Na oddziale na szczęście spotkałam już tylko położne-anioły. To były cudowne kobiety, które pomagały w każdej chwili, o każdej porze dnia i nocy. Kiedy jakieś dziecko płakało o 3 nad ranem, one spokojnie przychodziły i pomagały. Bez pretensji, z takim ciepłem, którego nie da się opisać. Potrafiły uspokoić dzieci dosłownie w kilka sekund, do tej pory nie mam pojęcia, jak to robiły, a przecież wszystko widziałam Mój synek potrafił jeść nawet 5h przez całą noc. Po powrocie do domu to się zmieniło i dał nam odpoczywać, tak jakby wiedział, że ja teraz mam masę obowiązków. Tydzień po porodzie, cała obolała (nie mogłam siedzieć normalnie przez 3 tygodnie, bo miałam krwiaka) wróciłam na studia. Dwa i pół miesiąca po porodzie obroniłam się. Mój synek zniósł to wszystko dzielnie, to tylko ja się martwiłam, że będzie źle, że nie dam rady, że jak on będzie jadł, jak ja będę na zajęciach. Odciągałam mleko i mąż lub moja mama podawali mu je z kubeczka. Wiele osób (moich znajomych) doradzało mi zaraz po porodzie przejście na mieszankę. Twierdzili, że tak będzie łatwiej, że spokojnie skończę studia i nie będę się stresować. Ja byłam uparta, chciałam karmić piersią i szczerze nie wiem jak ja to zrobiłam, ale mimo przeciwności losu i cudownych rad z zewnątrz, słuchałam tylko swojego serca i swojego dziecka. Mąż, mama, teściowie wspierali mnie w mojej decyzji, pochwalali ją. Może dzięki wsparciu bliskich, czułam, że to co robię jest niezwykle ważne, że nie poszłam na łatwiznę, a mogłam. Wiele razy miałam chwile słabości i chciałam podać małemu mieszankę, ale mąż był tą osobą, która potrafiła mnie uspokoić i odwieść od tego pomysłu. Ja doskonale wiedziałam, co daje karmienie piersią. Co daje mi i przede wszystkim dziecku. Powiem szczerze, że jestem dumna z siebie (z wielką skromnością), że karmię już tak długo. Spotkałam się ze śmiechem kilku osób z powodu długiego karmienia, twierdziły, że „cycki mi obwisną”, dziecko się ode mnie uzależni i będzie mnie wykorzystywać. Przyjmowałam to ze spokojem, tłumaczyłam, dlaczego podjęłam taką decyzję, nie przekonywało ich to, ale naprawdę nie przejmuję się tym. Jestem dosyć młodą matką jak na dzisiejsze czasy (23 lata). Przed zajściem w ciążę byłam bardzo imprezową dziewczyną. Ale to się zmieniło, bo choć nadal z mężem wychodzimy z przyjaciółmi, bo dziecko nam na to pozwala (przesypia całe noce), to oboje jesteśmy już zupełnie innymi osobami, co innego jest dla nas priorytetem i kiedy patrzymy czasem na osoby, które przez wiele lat wciąż są takie same, to jeszcze bardziej cieszymy się z tego, że zaszłam w ciążę, że mamy dziecko i że się kochamy – że jest jak jest. Nasz synek jest zdrowy, nigdy nie chorował, rozwija się idealnie, mówi już zdaniami. Może to nie jest tylko zasługa długiego karmienia, ale ja wierzę, że to ma ogromny wpływ na dziecko - karmienie i bliskość matki. Piszę to wszystko po to, żeby przekonać wszystkie mamy, że co by się nie działo w naszym życiu warto walczyć o karmienie piersią. Ja przeszłam wiele, nadal studiuję, w czerwcu czeka mnie kolejna obrona. Wiem, że niemożliwe jest możliwe, dlatego zachęcam wszystkie mamusie do karmienia piersią i do długiego karmienia, bo to jest najpiękniejsza rzecz jaką możemy dać naszym dzieciom. Dziękuję i z drugiej strony przepraszam za tak długą „opowieść.

Autorka: Beata Prusińska 

Karmiące cyce na ulice... Opowieści Karmicielek

Jako, że jak sama napisałam w stopce o sobie " staram się promować ideę porodów domowych, naturalnego karmienia i rodzicielstwa bliskości."...  założyłam  jakiś czas temu grupę na Facebook  Karmiące Cyce na ulice . Zbierając  opowieści porodowe mam, które zechciały się na moim blogu  podzielić, pomyślałam, że warto dzielić się także opowieściami o dobrym karmieniu piersią. Wiele kobiet zniechęconych początkowymi niepowodzeniami, brakiem wsparcia rezygnuje z karmienia, a z doświadczeń matek,  na wyżej wymienianej grupie FB, a także innych forach, wynika że początkowe trudności udaje się zazwyczaj przezwyciężyć, zaś karmienie piersią staje się czymś oczywistym, naturalnym, a także pięknym, dostarczającym pozytywnych emocji nie tylko dziecku, ale i mamom.
Dlatego zaczynam zbierać i publikować: Opowieści Karmicielek


Mój autoportret z Najmłodszą


Jeśli chcesz podzielić swoją pozytywną opowieścią o karmieniu piersią, długim karmieniu piersią itd...
( lub o porodzie domowym- nadal aktualne) , 
bardzo serdecznie zapraszam do kontaktu mailowego hana.li@onet.pl lub na priv na FB 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Magda, Przemek, Oliwka i Ola

Dziś mam przyjemność opublikowania kolejnej opowieści porodowej, tym razem w dwóch częściach :)

Magda, Przemek i Oliwka 

Właściwie to ja od początku wiedziałam i czułam, że będę rodzić w domu. Nie wiem skąd ta pewność i ten spokój i radość na myśl o rodzeniu. Pierwsza ciąża była bardzo wychciana i wyczekana, Początki były trudne ze względu na okrutne mdłości i wymioty, ale nic to „wrogów mrowie, nas garstka”, tak to sobie powtarzam jak mi ciężko
Do samego końca ciąży pracowałam, dobrze się czułam, miałam dużo energii, byłam zadowolona i uśmiechnięta, a przede wszystkim aktywna. Poród zaczął się na dwa dni przed wyznaczonym terminem, załatwiałam sprawy zawodowe na mieście, kiedy ok. 15 poczułam pierwsze delikatne skurcze, nie przejęłam się nimi specjalnie, dokończyłam pracę i wróciłam do domu. O 16-stej przyszedł mój mąż, miał przerwę w swojej pracy, a moje skurcze nasiliły się i były już do 6-7 minut. Na początku silnie je odczuwałam w krzyżu i wtedy zaczęłam kręcić biodrami i to było jak zbawienie. Mąż zwariował i zaczął spiesznie napuszczać wodę do wanny, wymyślił, że musi być przefiltrowana, więc pochłonęło go to bez reszty, narobił przy tym okropnego bałaganu, ale nic to Ja w tym czasie chodziłam, jak zbliżał się skurcz przytrzymywałam się czegoś i zaczynałam kręcić biodrami. O 17-stej weszłam do wanny, skurcze były coraz częstsze i bardziej intensywne, w przerwach prawie przysypiałam, w wodzie było mi dobrze. Mój mąż bardzo mnie wspierał, słuchał tego co do niego mówię, sam niewiele się odzywał, nie doradzał, nie kombinował, po prostu towarzyszył. Kiedy przyszła faza kryzysu, a ja stwierdziła, że już nie dam rady, niech to zrobi ktoś inny za mnie, że ja już wcale nie chcę tego porodu, Przemek rezolutnie zajrzał do książki „Odkrywam macierzyństwo” i takim zwyczajnym głosem powiedział, że teraz to taka faza i zaraz ona minie i że jestem mega dzielna i dam radę. Oczywiście wtedy niewiele mi to pomogło, ale… dałam radę. Oliwka urodziła się o 20-stej, czyli po 4 godzinach właściwego porodu, pęcherz płodowy pękł przed samym urodzeniem, woda zrobiła się brudna, czułam jak przeciska się główka, przy następnym skurczy wyślizgnęło się całe ciałko. Pływała chwilę pod wodą, otworzyła oczka i popatrzyła na nas spod tej wody, a mnie zalało uczucie mocy i siły sprawczej, zrobiłam to, urodziłam, ja i moje ciało, alleluja, jestem wielka. Wyciągnęliśmy ją, odessałam jej wydzieliny z noska i ust, swoimi ustami, zaczęła płakać. I tu stety niestety włączyła się schiza mojego męża, przestraszył się, że Oliwka źle oddycha (bo faktycznie trochę charczała, ale to normalne przez pierwsze minuty zanim wszystko załapie), zadzwonił po naszą koleżanką, która jest położną. Kiedy przyjechała, odcięliśmy pępowinę, obejrzała Oliwkę, oczywiście wszystko było ok, opatuliła ją szybko, ja się w tym czasie umyłam i położyłyśmy się do łóżka, Oliwka zaczęła ssać, a ja nie mogłam się na nią napatrzeć. Gabrysia stwierdziła małe pęknięcie krocza, mąż zajął się załatwianiem lekarki, która przyjechała do domu i zszyła mnie na miejscu. W międzyczasie urodziłam łożysko.
Ok. 22 wszyscy sobie poszli i została nasz trójka, przejęta, uśmiechnięta, zdziwiona, zauroczona i mega silna
Czułam się jak po rytualnej inicjacji przejścia, przekroczyłam osobiste granice i doszłam na szczyt i wróciłam do siebie, odnalazłam siebie.


Ola 


Magda, Przemek i Ola 

Każda ciąża i poród nawet tej samej kobiety to kolejne światy, kolejne przestrzenie do poznania. Po pierwszej bardzo udanej ciąży i pierwszym mega umacniającym porodzie przyszedł czas na drugą drogę do przebycia. A druga ciąża… cóż… była dla mnie jak grom z jasnego nieba. Ledwo zaczęłam wychodzić na prostą, w pracy pojawiły się nowe szanse rozwoju, a tu taka niespodzianka. W stanie przejmującej depresji byłam przekonana, że urodzę w szpitalu. Stwierdziłam, że z takim nastawienie do ciąży, dobry i zdrowy poród nie ma szans zaistnieć. Aż tu nagle z dnia na dzień, spłynął na mnie taki błogi spokój… i cała schiza prysnęła. Bach i nie ma, rodzę w domu To tak jakbym wróciła do domu, wróciła do siebie, silnej i mocnej.
Poród zaczął się w niedzielę, tydzień przed terminem, o 6-stej poczułam pierwsze skurcze, ale słabe, więc pospałam do 8, ale co chwilę budziłam się i je czułam. Obudziłam męża i Oliwkę, zaczęło się… Znowu wszystko bardzo szybko się rozkręcało, spakowałam Oliwkę, przyszła po nią nasza koleżanka, potem miała ją przejąć babcia. Na początku chodziłam i kręciłam biodrami tak jak za pierwszym razem i weszłam do wanny jak za pierwszym razem. W wannie czas płynął wolno, mi było ciężko, dyszałam, jęczałam, krzyczałam, w pewnym momencie wiedziałam już, że w tej wannie nie urodzę, postanowiłam wyjść, pochodziłam chwilę, przeżyłam 10 minutowy kryzys wisząc na Przemku (oczywiście taki sam jak wcześniej, że już dość, że nie idzie, że nie dam rady itd.) i w ogóle nie w głowie było mi racjonalizowanie go i przypominanie, że już tak było i poszło dobrze. Kurcze, kryzys to kryzys, nie zrobię i już… a jednak robię i już. Przykucnęłam, złapałam się boków fotela i popłynęła, zniknęłam, skupiłam się tak absolutnie na odczuwaniu ciała, świata dla mnie nie było. I poczułam, że znowu to robię, rodzę, kiedy poczułam pieczenie, puściłam to, nie parłam, a główka sama wyszła (dzięki temu tym razem nie pękłam), kolejny skurcz i Olusia była już z nami. To było o 14-stej, czyli po 6 godzinach porodu właściwego. Odessałam ją tak jak Oliwkę. Opatuliliśmy ją, nie mogliśmy się napatrzeć, miała takie długie czarne włoski, kiedy pępowina przestała tętnić, zacisnęliśmy i odcięliśmy. Ogarnęłam się trochę, przyszła inna koleżanka, tym razem pielęgniarka, obejrzała krocze, pęknięcia nie było, a ja czułam się bosko .Po dwóch godzinach urodziłam łożysko. Ola pięknie zaczęła ssać, została cudnie przyjęta na świecie.
Co mi dały takie porody?
Pozwoliły mi poczuć, że jestem kobietą, kobietą silną, mocną, dającą życie, przeszłam inicjację, poznałam tajemnicę życia. Kryzys w trakcie porodu był dla mnie granicą możliwości, którą musiałam przejść, a jak już byłam po drugiej stronie zalała mnie fala energii. Teraz dopiero poczułam kim jestem, było mi ze sobą dobrze, poczułam pierwotną siłę.
Dlatego chcę się tym dzielić i jeśli moje doświadczenie pomoże komuś choć trochę zmniejszyć strach przed porodem, to będzie to dla mnie wiele znaczyło.

Magda i Oliwka


Autorka: Magda Beztroska-
zaprasza na Funpage’a na FB:
In-The-Future-Centrum-Samorozwoju
I oczywiście do kontaktu.
Bo my Kobiety, wiemy jak rodzić!!!
Zdjęcia z archiwum prywatnego.

Dziękuję Magdo :)

Spodobała Ci się ta opowieść i chciałabyś, żeby ukazała się w bezpłatnej książce wesprzyj projekt

niedziela, 3 lutego 2013

Opowieść Porodowa Magdaleny...

Ogromnie się cieszę, że Magdalena przysłała mi swoją, długo oczekiwaną przeze mnie ;)  opowieść porodową :)   Dziękuję Magdaleno <3

Wiadomość o ciąży była dla nas niespodzianką, ponieważ mam problemy z jajnikami i obawiałam się, że w ogóle nie będę mogła mieć dzieci.
Pierwsze dni ciąży były dla mnie przerażające bałam się robić cokolwiek, żeby nie zaszkodzić dziecku. Cały czas siedziałam w internecie i czytałam na temat ciąży. Wcześniej nie interesowałam się tą tematyką i oczywiste dla mnie było, że rodzi się w szpitalu. Z jakichś powodów przed ciążą trafiały do mnie artykuły na temat porodów, tego jak wyglądają i jak traktowane są kobiety w szpitalach. Rodziło to we mnie straszny sprzeciw, ale nie wiedziałam, co można zrobić, żeby kobietom pomóc. Podczas czytania gdzieś natknęłam się na wzmiankę o porodzie domowym. Samo brzmienie tych słów mnie przyciągnęło. Od tej pory przez kilka miesięcy przetrząsałam Google w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji na temat porodu domowego. Znalazłam min. książkę Ireny Chołuj i po jej przeczytaniu byłam pewna, że chcę rodzić w domu.
W pierwszych miesiącach ciąży zastępowałam mojego nauczyciela na zajęciach jogi, był to lipiec i sierpień, dostałam od jednej z dziewczyn numer do dr Agrawal. Zajrzałam na jej stronę i znalazłam informację o Szkole Świadomego Macierzyństwa. Program bardzo mi się spodobał i od razu się zapisałam na zajęcia. Zastanawiałam się też, czy nie zacząć chodzić do niej na wizyty, ale koszt był dla mnie spory, a poza tym i tak chodziłabym do mojej lekarki, ponieważ bardzo ja cenię za naturalne podejście. Uznałam, że prowadzenie ciąży przez dwóch ginekologów nie ma sensu i że zostanę przy swojej sprawdzonej lekarce. Podczas drugiej wizyty zapytałam ją o poród domowy. Odpowiedziała mi, że nie jest temu przeciwna, ale sama się tym nie zajmuje i że mogę się przenieść do dr Agrawal. Stwierdziłam, że zostanę u niej więc zaproponowała mi zakup książki dr Agrawal "Świadome macierzyństwo". Skonsultowałyśmy się na temat szkoły rodzenia, Pani Małgorzata uznała, że szkoła rodzenia u dr Agrawal wystarczy i że tam zdobędę kontakt do położnej.
Na początku ciąży bałam się o jej przebieg, ponieważ nie jadłam mięsa, a lekarka u której byłam na pierwszej wizycie (czas oczekiwania na moją lekarkę wydawał mi się zbyt długi) stwierdziła, że dieta musi być zróżnicowana, a każde odstępstwo będzie skutkować zaburzeniami rozwoju płodu. Trochę mnie to przestraszyło, ale dr Kołtowska stwierdziła, że to nie problem i jeśli spadnie mi poziom żelaza, to prostu będziemy stosować suplementację i że mam się niczym nie przejmować.
Z każdym kolejnym tygodniem czytałam coraz więcej o porodach domowych i nabierałam pewności, że właśnie tak chcę urodzić. Czekałam na zajęcia szkoły rodzenia i nawiązanie kontaktu z Panią Grażyną. W międzyczasie koleżanka pożyczyła mi dwie książki "Narodziny bez przemocy" Fredericka Leboyer oraz "Poród aktywny" napisaną przez Janet Balaskas. Pierwszą z nich wchłonęłam w jeden wieczór i wiedziałam po jej przeczytaniu że nie pozwolę na to aby ktoś mi odebrał dziecko po tej długiej i ciężkiej podroży po to, żeby je poważyć i pomierzyć.
W końcu przyszedł listopad i szkoła rodzenia. Zajęcia bardzo mi się podobały, podejście dr Agrawal do kobiecości jest mi bardzo bliskie. Jednak na wykładzie Pani Grażyny przeżyłam wielkie rozczarowanie, wydala mi się ona strasznie zasadnicza, jakaś taka zimna i mało swojska. Pomyślałam, że z taką osobą będę się czuła jak w szkole, Pani Grażyna przypominała mi nawet nauczycielkę. Pomimo tych wątpliwości podeszłam do niej po wykładzie i poruszyłam temat porodu domowego. Powiedziała mi, żebyśmy się umówiły na początek stycznia na pierwszą rozmowę. Kilka tygodni później były zajęcia z opieki nad niemowlakiem z Grażyną i na nich kompletnie zatarło się pierwsze niekorzystne wrażenie. Pełna obaw czekałam na styczeń. Mój Dominik bał się porodu domowego i początkowo był mu raczej przeciwny. Wiedziałam, że dwie osoby muszą mieć zgodę na poród i jeśli będzie się on odbywał wbrew komuś istnieje duże ryzyko komplikacji. A ja zrobiłam się zdeterminowana do tego stopnia, że stwierdziłam, że jeśli nie z położną i Dominikiem, to sama, ale w domu.
W międzyczasie pojechaliśmy do szpitala na Kamieńskiego, żeby zobaczyć salę porodową i dowiedzieć się, jak to wszystko wygląda. To był szpital, w którym miałam rodzić w przypadku komplikacji. Sam zapach szpitala utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jest to dobre miejsce na przyjście na świat mojego dziecka. Przeraziła mnie kartka na drzwiach oddziału mówiąca, że jest zakaz odwiedzin ze względu na epidemię grypy. Nie dowiadywałam się jak wygląda kwestia porodów rodzinnych i czy grypa ich nie uniemożliwiła.
Doczekaliśmy styczniowej wizyty Grażyny i zostaliśmy przez nią zaczarowani - okazała się cudowną, ciepłą, mądrą, doświadczoną i niesamowicie odważną kobietą. Po rozmowie z nią moja pewność, że chcę rodzić w domu stała się jeszcze silniejsza. Grażyna zbadała mnie i okazało się, że dziecko jest już ułożone główką w dół. Rozpoczęło się jeszcze bardziej intensywne oczekiwanie. Kolejne dwa miesiące minęły mi błyskawicznie, brzuch robił się coraz większy i cięższy a ja miałam go coraz bardziej dosyć. W marcu zaczęły się cotygodniowe wizyty i badania KTG, dwa tygodnie przed terminem moja lekarka stwierdziła, że być może już się nie zobaczymy, ale Wiki się nie spieszyło. Myślę, że czekała na warsztat jogi prowadzony przez Jurka Jaguckiego, jego termin to 27-28 marzec, a termin porodu miałam ustalony na 19. Bardzo zależało mi na tym, żeby się z Jurkiem zobaczyć - jest ważną osobą w moim życiu. W końcu przyszedł termin, a ja wciąż nie wykazywałam oznak tego, że w ogóle kiedykolwiek urodzę. Tydzień po terminie lekarka wypisała mi ostatnie zwolnienie i powiedziała, że nie chce mnie więcej widzieć u siebie.
Czas mijał, brzuch był coraz cięższy i nic, zaczęłam czytać o naturalnych metodach wywoływania porodu i stosować je bez rezultatów. W końcu przyszedł termin warsztatu,sobota, początek był o 13, a ja od rana nie czułam ruchów, czekałam i nic się nie zmieniało, w końcu wpadłam w panikę. Zaczęłam dość mocno uciskać brzuch, żeby poczuć że dzidzia w środku się obudziła. Dominik zadzwonił do Grażyny, która kazała nam pojechać do szpitala. Pojechaliśmy na Chałubińskiego, bo tam mamy najbliżej. W izbie przyjęć pielęgniarka przyłożyła mi urządzenie do badania tętna i okazało się, że wszystko jest dobrze. Dzidzia w końcu się obudziła i zaczęła kopać. Od tego momentu zaczął się dla mnie koszmar.
Pielęgniarka założyła mi kartę i wysłała na USG. Tam były 2 kobiety, jedna w wieku ok 50 lat a druga w wieku około 30 lat, ta starsza zaczęła od zbesztania Dominika że stoi za blisko drzwi i że faceci to tylko tyle potrafią, nie było mowy o tym żeby wszedł ze mną na badanie. Później zjechała moją lekarkę że przenoszonej ciąży do szpitala nie wysłała i że mam się zgłosić w poniedziałek do nich na patologię ciąży. Zrobiły mi USG, ale nie raczyły poinformować o jego wyniku, słyszałam tylko jak uradowane oglądały nóżkę i rączkę i że tętno jest 153. Jak zapytałam czy wszystko z dzieckiem w porządku to mi powiedziała, że nic nie jest w porządku bo jestem po terminie i żebym się zastanowiła czy nie chce zostać w szpitalu sugerując mi, że wychodząc ze szpitala zaszkodzę dziecku. Chwile wcześniej nie było mowy o tym żebym została, tylko że mam się do nich w poniedziałek zgłosić... Dostałam do podpisania formularz, w którym miałam napisać że nie zgadzam się zostać w szpitalu. Byłam niesamowicie szczęśliwa, że mnie stamtąd wypuścili, leżąc na kozetce z “przemiłą” panią doktor zastanawiałam się , czy nie uciec przez okno, nie wiem czy to z tego powodu okna były zakratowane....
Ogólnie ta przygoda mnie utwierdziła w przekonaniu, że jeśli to tylko możliwe i bezpieczne to chce się trzymać z dala od szpitali, lekarka była przykładem rzeźnika, o jakich się czyta czasem na forach... Jestem przekonana, że gdybym rodziła z kimś takim poród byłby koszmarem i nie obyłoby się bez komplikacji. Grażyna dala mi ultimatum do środy, zabroniła pić olej rycynowy i kazała we wtorek zrobić porządne USG.
Resztę soboty i niedzielę spędziłam w cudownej atmosferze jogowo-warsztatowej wykreowanej przez Jurka Jaguckiego, żartował on nawet, że w razie czego odbierze poród, bo jest doświadczony w tej materii. Myślę, że wszystkie asany, w których przebywałam przez te dwa dni bardzo mi pomogły przetrwać trud wydawania na świat nowego życia.
W niedzielę ok 23 wieczorem poczułam pierwsze skurcze, nie były one bolesne, ale regularnie co kilka minut mój brzuch robił się twardy jak kamień, na chwilę miękł i znowu twardniał. Po północy zaczęły się skurcze, które delikatnie pobolewały. Nie chciałam dzwonić do Grażyny, wiec postanowiłam pospać. Rano skurcze wciąż były, sprawdziłam, czy kąpiel na nie wpłynie i gdy okazało się, że cały czas są takie same zadzwoniłam do Grażyny. Powiedziałam jej, że skurcze są co 10 minut, była 12, odpowiedziała mi, że za 3 godziny przyjedzie po pracy, a ja najlepiej zrobię, jeśli pójdę na spacer. Mieszkam niedaleko wałów na Odrze i tam się z Dominikiem wybraliśmy. W trakcie spaceru akcja przyspieszyła i częstotliwość skurczy zwiększyła się do 4 minut. Zaczęły porządnie boleć i podczas skurczu musiałam się o coś opierać i pochylać do przodu. Spacer był dość zabawny, ale też męczący że względu na te moje skurcze. Po drodze weszliśmy jeszcze do sklepu i w domu byliśmy spóźnieni, na szczęście Grażyna też się spóźniła - utknęła w korkach. Gdy zjawiła się o 17 Dominik akurat skończył gotować zupę, Grażyna mnie zbadała, okazało się, że mam 3 cm rozwarcia. Zapytała, czy wolę, żeby została, czy ma pojechać do domu i wrócić później. Teraz wydaje mi się, że wiedziała, że niedługo urodzę, ale chciała dać mi możliwość decyzji, czy chcę, żeby została. Stwierdziłam że lepiej, żeby została i zaproponowaliśmy jej, żeby zjadła z nami zupę.
Mi nie było dane skończyć swojej. Skurcze zrobiły się na tyle częste, że w przerwie pomiędzy kolejnymi skurczami byłam w stanie zjeść tylko jedną łyżkę. Po kilku uznałam, że mi się chce tak męczyć. Zaczęłam biegać i robić jakieś absurdalne rzeczy, nie mogłam znaleźć gumki do włosów i skurcze były już na prawdę bolesne. W końcu organizm zaczął się oczyszczać, biegałam co chwilę do toalety aż poczułam że chce do wanny. Napuściłam sobie gorącą wodę i weszłam do niej. Grażyna z Dominikiem przynieśli potrzebny sprzęt i tak sobie siedzieliśmy, podczas skurczu opierałam się na przedramionach a w przerwie siadałam i próbowałam trochę odpocząć. Ta gimnastyka była dość mecząca, ale sprawiała mi ulgę. W którymś skurczu Grażyna mnie zbadała i stwierdziła, że jest pełne rozwarcie i że lepiej jeśli wyjdę z wanny, bo nie ma w niej na tyle miejsca, żeby maleństwo bezpiecznie wyszło. Nie chciałam wyjść, wanna wydawała mi się jedynym przyjaznym miejscem na świecie, ale Grażyna umiała mnie do tego w cudowny sposób przekonać. Nie kazała mi wyjść, tylko sprawiła, że sama zechciałam się znaleźć na zewnątrz. Dominik usiadł na muszli klozetowej a ja przykucnęłam oparta o jego uda, po kilku skurczach postanowiłam zmienić pozycję, bo czułam, że wszystko dzieje się za mocno i za szybko. Uklękłam przodem do niego i po kilku skurczach Wiki wydostała się na zewnątrz. Pod sam koniec porodu miałyśmy z Grażyną małą awanturę - ja stwierdziłam, że mam dość i już nie chcę rodzic, a ona straszyła mnie szpitalem. W całym tym rozdzierającym bólu miałam ochotę się z tego śmiać, bo już było widać główkę i wiedziałam, że nie ma szansy na szpital, Grażyna też o tym wiedziała, ale dzielnie odgrywałyśmy swoje role.
Widok mojego dziecka wcale nie był taki, jak to w kolorowych gazetach dla mam opisują... Mała, z wielką rozdartą paszczą i ciemnymi oczkami, istota była całkowicie bezbronna. Grażyna pomogła mi przystawić ją do piersi i mała od razu się przyssała. Nie było w tym żadnej wzniosłości, orgazmów, tylko zwykły fizyczny ból. Po chwili odpoczynku postanowiliśmy przenieść się do pokoju. Położyłam się na łóżku, Wiki znowu dostała pierś i urodziło się łożysko. Dopiero po urodzeniu łożyska Dominik odciął pępowinę, to był nasz kompromis związany z porodem lotosowym, który mnie kusił, ale na który się jednak nie zdecydowaliśmy. Prawie niezauważenie Grażyna zbadała Wiki i ubrała ja, po czym dostałam ją z powrotem. Leżeliśmy we troje cali szczęśliwi, że męka porodu już się skończyła, a Grażyna wypełniała swoje dokumenty. Po dwóch godzinach kazała mi wstać i pomogła mi pójść do toalety. Dwie rzeczy mnie bardzo zdziwiły - mogłam bez problemu siedzieć, wstać i chodzić, a druga była taka, że było mi koszmarnie zimno i cała się trzęsłam, Grażyna stwierdziła, że to z wysiłku i że jak coś zjem to mi przejdzie. Ok 22 zostaliśmy sami z naszym szczęściem. Po tym jak minął pierwszy szok przyszła radość z naszego cudownego maleństwa, które sobie słodko spało wtulone we mnie.
Byłam trudnym przypadkiem, ciągle do Grażyny wydzwaniałam i wypytywałam a o jakieś dziwne rzeczy, miałam problemy z piersiami i wzywałam po pomoc, a Grażyna cierpliwie to wszystko znosiła i pomimo tego, że wykroczyłam poza planowane trzy wizyty nie chciała ode mnie dodatkowych pieniędzy.
Patrząc na mój poród bardzo się cieszę, że tak właśnie wybrałam, straszona przez ludzi z mojego otoczenia wizjami komplikacji i braku odpowiedniego sprzętu nie złamałam się i posłuchałam swojej intuicji. Nie przygotowywałam żadnych świec, ani romantycznej atmosfery, poród był dla mnie przeżyciem bolesnym i niezbyt wzniosłym, ale jednak mistycznym. To poddanie się swojemu instynktowi i słuchanie swojego ciała było dla mnie bardzo cenne i nie wyobrażam sobie w tych chwilach być kierowaną przez personel szpitalny.

Autorka: Magdalena Mostek- Wrocław 
zaprasza na bloga o dobrych porodach      Dobry poród

Spodobała Ci się ta opowieść i chciałabyś, żeby ukazała się w bezpłatnej książce wesprzyj projekt