Dziś kolejna porodowa opowieść, która czekała na publikację, aż skończą się wakacje , również blogowe ;) . Przepiękna, o porodzie, oczywiście domowym, który dał siłę Mamie... Wraz z Sabiną "życzę tak
pięknego porodu wszystkim Kobietom! " . Poczytajcie, jak to było :)
Jej siła jest ze mną…
Pragnę podzielić się
historią mojego domowego porodu. Noemi kończy niebawem trzy
miesiące, poród był dla mnie naprawdę wspaniałym i pięknym
przeżyciem.
Spisuję tę relację w
malutkich kawałeczkach, w urywkach czasu między karmieniami i
innymi obowiązkami. Pisząc przeżywam ten poród jeszcze raz, piszę
dla siebie samej, dla moich dzieci, także dla wszystkich kobiet
rodzących kiedyś i w przyszłości, które być może wahają się,
lękają porodów, macierzyństwa..
Być może ta historia może doda komuś inspiracji i odwagi
.
Być może ta historia może doda komuś inspiracji i odwagi
.
Wszystko zaczęło się w
ubiegłe wakacje, późnego lata pewna dziewczyna dzieli się ze
mną opowieścią o swoim domowym lotosowym porodzie. Jestem już
wtedy mamą energicznego i dziarskiego dwulatka, nie planuję
na razie kolejnego dziecka. Jednak gdy Joasia opowiada o tym
porodzie w domu, o swojej spokojnej córeczce, o pępowinie której
pozwolili samej odpaść po tygodniu – czuję poruszenie i
zazdrość. Kiedy ja rodziłam Tadzia, w szpitalu – tak w pełni
spokojnie nie było. Był początek w domu, a potem szpital i efekt
izby przyjęć, światło jarzeniówek, męczące KTG, stres,
napięcie, oksytocyna, leżenie na plecach, nacinanie, trudny pobyt
na oddziale noworodkowym. Mimo przyjmowania porodu przez świetną
zaprzyjaźnioną położną – czegoś mi w tamtym porodzie
brakowało. Pełnego kontaktu ze sobą i własną mocą. Coś mi się wydaje, że
sama też niedługo zostaniesz mamą – mówi mi wtedy, rok
temu, z uśmiechem Joasia. Ewa, cudownie mądra kobieta, wtedy
też mówi mi to samo – że coś Jej się widzi, iż wkrótce
chyba będę miała dziecko. Jak to, teraz? Wątpliwości czy to ten
czas, ten moment, te okoliczności. Proszę o czas na zmierzenie
się z innymi trudnościami. Mam pełno wątpliwości. Nie
czuję się wcale wystarczająco dobrą matką dla Tadeusza, mojego
synka. Jednocześnie ciągle jeszcze w pieluchach i w biegu.
Niespełna dwa miesiące
później dopadają mnie nudności przy szykowaniu obiadu. Krojąc
kolendrę, mdli mnie i już mi się przypomina początek pierwszej
ciąży. Nie jest to „idealny” moment. Wątpliwości, niepewność.
Dwa dni później odbieram wynik testu. Pozytywny. Czuję zaskoczenie
i radość. Obawy słabną. Kiedy zresztą miałby być ten
„idealny” czas? Zaraz po odebraniu wyniku mam plamienie,
boję się że stracę ciążę. Przeżywamy tę obawę razem z moim
mężem – Michałem. I znowu, mądre odważne kobiety-
Magda i Renata - dają mi wsparcie, moc, uspokajam się.
Nazajutrz lekarz potwierdza ciążę. I już się tego trzymam.
Pierwsze tygodnie ciąży
były trudne. Zmęczenie, nudności, mogę właściwie całymi
dniami spać. Chudnę bardzo, dużo wymiotuję. Jednocześnie
mam wrażenie, że moje ciało właśnie tego bardzo potrzebuje,
bardzo intensywnego oczyszczenia. Czuję się dokładnie tak jak
podczas głodówki. Przewala się przeze mnie i wypływa na
wierzch mnóstwo emocji do odpuszczenia, wyczyszczenia, przebaczenia
w wielu relacjach. Ciało ciągle mnie prowadzi do środka, do
wnętrza, odpuszczam ambicje, chodzenie do pracy, skupiam się
na sobie. W powrocie do siebie
pomaga mi praca z emocjami, z oddechem. Mój organizm akceptuje właściwie jedynie dietę sokowo-kaszowo-warzywną, takie zdrowe
przyzwyczajenie mi dzieciątko narzuca.
Dopiero gdzieś w połowie ciąży - nudności mijają, wraca
energia, mam ochotę wychodzić do świata, wracam do pracy.
Już od początku ciąży
mam przeczucie, że tym razem będę mamą córeczki. W snach i
medytacjach przychodzi piękna i mądra dziewczyna.
Jednocześnie wracają wspomnienia pierwszego porodu i napływają
myśli – a gdyby tak urodzić w domu, bez procedur,
towarzystwa nieznanych osób?
I jak na wezwanie zewsząd napływają do mnie idee i inspiracje – od przyjaciela Tomka, którego córeczka Gaja przyszła na świat w domu; wciąż trafiam też na dobre historie porodowe, wartościowe blogi i książki. Czytam wszystko, co możliwe na temat rodzenia w domu. Pracuję z emocjami, nastawieniem do porodu, w modlitwach proszę o poród łagodny dla mojego ciała i bezpieczny dla maleństwa. Wracam do Mamy by dopytać jak było kiedy mnie rodziła. Okazuje się, że urodziła mnie w krótkim czasie, po niewielu skurczach, przyszłam na świat spokojna i uważna. Wszystkie te informacje osadzają mnie i uspokajają. Nawiązuję kontakt z położną, którą znam z pierwszego porodu. Sprawdzamy co i jak, jakie trzeba zrobić badania. Umawiamy się, że przygotowujemy się na poród naturalny, ale bez spinania się że musi być w domu – zobaczymy jak wyjdzie. Takie podejście mi wystarcza i odpowiada. Robię wszystko, co w mojej mocy by jak najlepiej się przygotować do domowego porodu, resztę powierzam Opatrzności. Ufam intuicji własnej i położnej, ale też jej fachowości. Ufam sobie i swojemu ciału.
I jak na wezwanie zewsząd napływają do mnie idee i inspiracje – od przyjaciela Tomka, którego córeczka Gaja przyszła na świat w domu; wciąż trafiam też na dobre historie porodowe, wartościowe blogi i książki. Czytam wszystko, co możliwe na temat rodzenia w domu. Pracuję z emocjami, nastawieniem do porodu, w modlitwach proszę o poród łagodny dla mojego ciała i bezpieczny dla maleństwa. Wracam do Mamy by dopytać jak było kiedy mnie rodziła. Okazuje się, że urodziła mnie w krótkim czasie, po niewielu skurczach, przyszłam na świat spokojna i uważna. Wszystkie te informacje osadzają mnie i uspokajają. Nawiązuję kontakt z położną, którą znam z pierwszego porodu. Sprawdzamy co i jak, jakie trzeba zrobić badania. Umawiamy się, że przygotowujemy się na poród naturalny, ale bez spinania się że musi być w domu – zobaczymy jak wyjdzie. Takie podejście mi wystarcza i odpowiada. Robię wszystko, co w mojej mocy by jak najlepiej się przygotować do domowego porodu, resztę powierzam Opatrzności. Ufam intuicji własnej i położnej, ale też jej fachowości. Ufam sobie i swojemu ciału.
Mijają miesiące. W ostatnim trymestrze cudownie służy mi i relaksuje masaż Lomi Lomi. W końcu zostaje kilka tygodni do terminu. Spotykamy się z położną u nas w domu, Ona zaczyna od pytań do mojego męża – jak On ma się z tym żeby dzieciątko przyszło na świat właśnie w domu. Podoba mi się jej stanowczość i to, ze sprawdza także jego punkt widzenia. Czuję się bezpiecznie. Michał jest pełen dobrej energii, ma dobre przeczucia. Cieszy się, że będzie z nami cały czas, także już po porodzie. Siedzimy przy stole i planujemy. Lista spraw jeszcze do załatwienia. Atmosfera optymizmu. W końcu ustalone – umawiamy się na domowy poród, z zastrzeżeniem, że jeśli cokolwiek pójdzie niepewnie, pojawi się lęk, albo odejdą zielone wody – położna musi wiedzieć o wszystkim i w razie czego jedziemy do szpitala. Wszyscy mamy czuć się pewnie i bezpiecznie – to warunek.
Przygotowujemy dom,
sprzątamy, sadzę kwiaty. Kilka dni przed terminem ogarnia mnie
jeszcze totalne „wicie gniazda” – sprzątanie, zmiana obicia
kanapy. Nagle w piątek wieczorem stwierdzam, że muszę, po prostu
muszę mieć przed narodzinami nowy duży wygodny stół kuchenny,
tak żeby cała rodzina się zmieściła. Nazajutrz razem z Tadkiem i
Michałem jedziemy na wspólne śniadanie, celebrujemy ostatnie
chwile tylko we trójkę i wybieramy stół, jest piękny! Mój
mąż skręca go do późnej nocy, coś mi się zdaje, że wywieram
na nim lekką presję.. Krzątamy się do późna, ja czuję się
już inaczej. Blisko porodu. Idziemy spać. Nazajutrz gotuję jeszcze
lekką zupę jarzynową i już czekam. Termin mam w okolicach
Dnia Matki, dwa dni później jest nów księżyca – czuję, że to
będzie mniej więcej wtedy, zgodnie z moim cyklem. Lada dzień. Przed porodem boję się
najbardziej tego, że zgubi mnie brak wiary we własne siły, że
zacznę narzekać w trakcie - że boli, że już nie mogę, że
poczuję się bezsilna i się w tym pogrążę. Wiem, że to
samonakręcająca się spirala. Dzielę się tym z Michałem, proszę
by przypominał mi, jaka jestem dzielna, gdybym zaczęła narzekać.
Zaczyna się nazajutrz po
Dniu Matki, od rana czuję się inaczej, mam napięcie w podbrzuszu
jak na okres i nie mam apetytu. Ciało oczyszcza się. Ciekawi mnie
czy to już. Mój synek ma tego dnia popołudniu występ z okazji
Dnia Mamy w przedszkolu, wiem że to przeżywa i długo się do niego
przygotowywał. Chciałabym dotrzeć na występ, a jednocześnie mam
już ochotę zagłębiać się w sobie. Słucham sobie piosenek
Bajmu, „Jej siła jest ze mną” nucę, czuję kontakt z moją
córeczką, mam się dobrze i bezpiecznie. ”Miłość, czy Ty
wiesz co znaczy mieć w sercu Jej blask” – śpiewam dla Noemi.
Michał wraca z uśmiechem wcześniej z pracy, jeszcze zjadamy
lekki obiad razem. Jestem pewna, że to już. Śmiejemy się, że
dziecko ma już dość słuchania na okrągło Bajmu i że
postanowiło wyjść z brzuszka.
Kiedy odpoczywam i leżę tak jak radziła położna, nagle
słyszę takie „pyk” i czuję, że pęka pęcherz płodowy.
Wstaję i odchodzą wody – sprawdzamy, że są czyste. Radość,
dzwonię do położnej, która jeszcze jest na dyżurze w szpitalu.
Zaraz mój synek zaczyna
występ – jednak dzisiaj obejrzy go w moim zastępstwie Babcia
Kwadrans po odejściu wód czuję pierwszy skurcz, trwa długo,
wyraźnie czuję jak przechodzi przez całą macicę. Czuję się
gotowa i już skupiam się tylko na tu i teraz. Oddycham do
skurczów całą sobą i – udaje się. Ból znika i staje się po
prostu silnym doświadczeniem. Nie z każdym skurczem mi się to
udaje, ale wzmacnia mnie poczucie, że pracuję ze skurczami i panuję
nad tym, na co mam wpływ.
Przerwy między skurczami
są po prostu błogością, kiedy po prostu cieszę się, że jestem
i nic nie boli. Dzwoni położna sprawdzić jak często i jak długie
są skurcze. Wchodzę w jakiś inny wymiar czasu. Michał się
jeszcze krząta po domu, przygotowuje podkłady i rozpala w kominku.
Cieszę się, że w domu jest żywy ogień w czas porodu.
Potem przychodzi do mnie mąż, a jednocześnie za oknem nagle
grzmoty, burza z wielką ulewą. Śmiejemy się, że drugie imię
Noemi to „Zrodzona w burzy”. Skurcze są coraz silniejsze i
częstsze, ale mam poczucie że wcale nie jest najgorzej. Buczę
sobie w ten ból jak stary Indianin i to mi pomaga.
Po jakiejś godzinie od pierwszego skurczu czuję potrzebę wejścia
do wody. Ciepła woda nasila intensywność skurczy, jednocześnie
łagodzi ich odczuwanie.
Po jakiejś godzinie w
wannie zaczynam się niepokoić – akcja coraz bardziej przyspiesza,
a ja czuję, że dziecko jest już naprawdę bardzo nisko. Michał
dzwoni do położnej – jest już w drodze do nas, wyrusza też
druga położna, która ma bliżej. Mam już wyjść z wanny, co
robię z pewną niechęcią. Ciężko mi już dojść do łóżka o
własnych siłach. Zaczynam narzekać. Michał kochany uśmiecha się
i mówi, że mi przygotował miejsce i że zaraz się wygodnie
ułożę. Jego życzliwość mnie wzrusza, wstyd mi tak narzekać,
gdy widzę jak się o mnie troszczy. Kładę się i czuję parte
skurcze, nad którymi nie mam już żadnej kontroli. Po prostu moje
ciało wypycha dziecko zupełnie samo, bez mojego udziału. Czuję
się bezradna, nie wiem co robić, nie jestem pewna czy mogę już
przeć. Nie dowierzam, że mogłabym mieć już rozwarcie, po
zaledwie 2,5 godzinach porodu. Jednocześnie – jak na zawołanie -
akcja spowalnia i przerwy między skurczami wydłużają się.
Podczas jednego ze
skurczów czuję jak główka dziecka przeciska się przez moją
miednicę. Wydzieram się już jakby mnie obdzierali ze skóry, a
jednocześnie się cieszę, że poród idzie do przodu. Puszczam
kontrolę. Za oknem rozpogadza się.
Zjawia się życzliwa i
pełna ciepła Położna, jawi mi się jak piękny dobry anioł.
Wnosi świeżą energię do pokoiku, Jej lekkość udziela mi
się i zyskuję nowe siły. Szybko się poznajemy – sytuacja chyba
jedyna w życiu, gdy podaję rękę nieznanej chwilę wcześniej
kobiecie, a już za chwilę dzielimy intymny świat porodu,
towarzyszy mi w sytuacji granicznej dla mnie. Po badaniu mówi mi –
możesz poprzeć. Jestem zaskoczona że to już, że tak szybko
doszłam do pełnego rozwarcia. I zaczynam przeć. Nie
mogę sobie znaleźć pozycji, szukam miejsca. Położna mówi mi, że
główeczka Noemi już jest bardzo bliziutko – faktycznie, dotykam
jej, jest jak skórka brzoskwinki. Proponuje zmienić pozycję.
Wkracza na to położna Ania –pełna energii, ciepła, bije z niej
moc. Gdy Ją widzę zdaję sobie sprawę, że brakowało mi Jej
obecności. Udziela mi się energia wszystkich osób w pokoju. Uwaga
wszystkich jest skupiona na tym, żeby bezpiecznie urodzić i przyjąć
Noemi. Ania pyta – Jak, gdzie
chcesz urodzić? Nie wiem – odpowiadam, bo ja naprawdę nie wiem,
jestem teraz poza umysłem. Jestem bólem, jestem skurczem, jestem
błogością kiedy nie boli.
Położne proponują
pozycję w kucki. Michał wsparty na łóżku jest dla mnie jak
fotel. Przez jeden –dwa skurcze nie mogę się odnaleźć. Odpływam
w przerwach miedzy skurczami, odpoczywam. Krzyczę z całych sił
i te krzyki dodają mi mocy. Dobrze, mówi położna, pokrzycz jak
czujesz że Ci pomaga. Dziewczyny są jak tandem, uzupełniają się.
Położna mówi, bym postawiła całe stopy na ziemi – okazało się, że kucając bezwiednie opierałam się na palcach. Staję na Ziemi pełnymi stopami i już… poszło, 2 skurcze i już, po prostu już. Noemi już jest z nami! Nasza słodka Noemi.
Położna mówi, bym postawiła całe stopy na ziemi – okazało się, że kucając bezwiednie opierałam się na palcach. Staję na Ziemi pełnymi stopami i już… poszło, 2 skurcze i już, po prostu już. Noemi już jest z nami! Nasza słodka Noemi.
Potem Noemi ląduje u
mnie na piersi, jest cudowna, spokojna, wyciszona. W ogóle nie
krzyczy, patrzy pięknymi oczyma. Skórkę ma gładką i wygląda na
wypoczętą. Patrząc na Nią, czuję się cudownie, już zapominam o
wysiłku. Dziewczyny czekają jeszcze na łożysko, wszystko w
porządku, pełnia radości. I tak zostaję z Małą na brzuchu
ponad 2 godziny na łóżku, nikt nam nie przeszkadza, nie odcinamy
pępowiny. Michał parzy kawę, ja dostaję słodką herbatę.
Położne bardzo dokładnie oglądają łożysko, wszystko gra, jest
w całości. Jak się okazuje, nawet nie popękałam, skończyło się
na otarciu naskórka. Dziewczyny idą potem pić kawę, a my
zostajemy z córeczką na brzuchu. Niesamowity czas. Maleńka na
początku nie chce ssać, przytula się tylko. Po prostu sobie jest,
śliczna i maleńka.
Po ponad dwóch godzinach
odcinamy pępowinę – przestała tętnić. Noemi przyjmuje to
spokojnie. Łożysko zachowujemy z zamiarem posadzenia drzewa.
Potem wstaję i ze zdziwieniem o własnych siłach wędruję pod
prysznic. Położne w tym czasie badają maleńką. Są jak dobre
anioły, dbają o wszystko. Potem nas zostawiają i kładziemy
się już po prostu razem spać.. Wcześniej zjadam jeszcze pół
sporej chałwy.
Nazajutrz przyjeżdżają
do nas obie Mamy i Tadeusz. Celebrujemy narodziny. Maleńka śpi,
budzi się na karmienia. Ja odsypiam, odpoczywam. Kominek rozpalony,
bije z niego ciepło, dziecko śpi tuż obok. Jest cudownie i jestem
dumna z siebie, że tego dokonałam, urodziłam maleńką własnymi
siłami! Wszystko odbyło się spokojnie i bezpiecznie.
Wiem, że ten dobry
i bezpieczny poród był rezultatem całego wsparcia i oddania,
jakie dostałam i Miłości jakiej doświadczyłam w trakcie
całej ciąży. Córeczka jest bardzo zrównoważona, spokojna. Ma
piękny uśmiech i jasno daje znać o swoich potrzebach. Cieszę się,
że mogłam dać Jej tak harmonijny i dobry poród, dzięki temu sama
doświadczyłam własnej mocy. Dziękuję za to bardzo! Życzę tak
pięknego porodu wszystkim Kobietom!
Autorka tekstu: Sabina, zdjęcia z archiwum domowego autorki.
Dziękuję Sabino :)
![]() |
Sabina z Noemi |
Autorka tekstu: Sabina, zdjęcia z archiwum domowego autorki.
Dziękuję Sabino :)
1 komentarz:
Mam pytanie odnośnie łożyska i zasadzenia drzewa: tzn Co? Wkopuje się pod sadzonkę?
Prześlij komentarz