piątek, 26 kwietnia 2013

Zakończenie akcji zbiórki w serwisie wspieramkulture.pl




Kochani, zakończyła się akcja zbierania na wydanie bezpłatnej książki za pomocą serwisu wspieramkulture.pl...
Bardzo, bardzo Wam dziękuję, że byliście ze mną i wspieraliście ten projekt...
♥

67 osób wsparło go swoimi wpłatami, zebraliśmy prawie połowę potrzebnej kwoty, dokładnie 4049 zł, niestety zgodnie z zasadami serwisu, ponieważ nie udało się zebrać całej kwoty, wszystkie pieniądze powinny automatycznie wrócić do darczyńców w ciągu 8 dni...

Chciałabym jednak Wam wszystkim powiedzieć, że nie traktuję tego jako porażki, wręcz przeciwnie, ponieważ jak na tak niszowy projekt udało się dotrzeć do wielu ludzi, o projekcie oraz o samych porodach w domu mówiło się w różnych mediach... Z pewnością tez dzięki udostępnianiu znajomym, wiele ludzi się tematem zainteresowało, albo przynajmniej w ich świadomości zarejestrowało się, że coś takiego jak poród w domu istnieje, wiele osób zapoznało się z opowieściami opublikowanymi na blogu...

Na tej jednej zbiórce projekt się nie kończy.
PROJEKT RODZIMY W DOMU trwa nadal, opowieści będą publikowane cały czas na blogu, zaś sama książka na pewno się ukaże, może nie w identycznym kształcie, jak zakładałam na początku, ale kwestia jej wydania po prostu przesunie się w czasie.
Książka jest tylko jedną z wielu form, jakich w projekcie chcę użyć.


Projekt "Rodzimy w domu" jest, od początku, z założenia wielopłaszczyznowy, w niedługim czasie zamierzam zrealizować wystawę fotograficzną, pt. " Rodzimy w domu- Miejsca"... ale o tym za parę dni napiszę szerzej w blogu- na szczęście liczę na to, że tutaj nie trzeba będzie pozyskiwać środków ;)

Jestem szczęśliwa, że tyle wspaniałych ludzi ta sprawa zaangażowała, nie tylko finansowo, że kibicowaliście i mam nadzieję, że kibicować będziecie nadal...
♥

 
Ten projekt będzie jeszcze długo trwał... ponieważ praca nad zbiórką funduszy i przeróżny odzew na nią, utwierdził mnie, iż w społeczeństwie polskim jest bardzo niska świadomość czym są porody domowe, jak wypadają w porównaniu do szpitalnych itd... Nadal rządzą szkodliwe mity... 

Mam nadzieję, że osiągniemy kiedyś poziom porodów w domu, taki jak w Holandii ( 40-45 % )

Gorąco zachęcam, nadsyłajcie opowieści, zdjęcia... 

niech to będzie niekończąca się opowieść...,  
a z wybranych powstanie książka. Na pewno.

Uściski i stukrotnie Wszystkim dziękuję :)
Hania ♥


sobota, 20 kwietnia 2013

Zuzia, Bartosz i Małgosia. Porody zwyczajne - niezwyczajne ;)

Niejednokrotnie opowiadając o porodach domowych słyszę pełne przestrachu zapytania:
" Co będzie jak dziecko owinie się pępowiną ?" i następnie snute są wizje pod tytułem "za późno na cesarkę"...  Pytają mamy, straszą ( ci mniej kompetentni ) lekarze...
Otóż,  jeśli tylko pozwolić zadziałać mądrej Naturze...,  pod opieka położnych, bez niepotrzebnych, panicznych reakcji i interwencji medycznych, Ola spokojnie urodziła trójkę zdrowych dzieci w domu, w tym dwójkę owiniętych pępowiną. 
Dzięki pozycjom porodowym, które mama przybrała instynktownie, natura poradziła sobie doskonale z tym, z czym często nie radzą sobie lekarze mimo armii sprzętu medycznego...
Pewnie też niektórzy z czytelników uważają, że jeśli worek owodniowy nie pęknie sam, niezbędny jest zabieg przebicia. Otóż moi drodzy, jeśli tak sądziliście, mylicie się...

Natura jest nie tylko mądra ale i hojna, obdarza nas czasami pięknymi niespodziankami, tak jak w tym przypadku. Małgosia- najmłodsza córeczka Oli, urodziła się dodatkowo w całym worku owodniowym. Rodzice uwiecznili ten niezwykły moment i teraz dzielą się tym z nami...
Szacunek należy się również dla wspaniałych położnych, które pomagały, a nie zakłócały przebiegu porodów.
 
Dziękuję Olu z serca za tą, potrójną relację z cudnych porodów <3 


Zuzię, pierwsze dzieciątko zaplanowaliśmy szybciutko po ślubie. Nigdy wcześniej ani później nie borykaliśmy się z podjęciem decyzji  „rodzimy w domu, czy w szpitalu”. W ogóle nie istniał dla nas taki dylemat. Zupełnie jasne było to, że dzidziuch w brzuchu chorobotwórczy nie jest, toteż nie było potrzeby myśleć o porodzie jako jakimś szpitalnym zabiegu.
Temat został błyskawicznie ogarnięty, już na początku ciąży zabukowałam sobie czas Marii – jak się później okazało - ukochanej i niezbędnej położnej! Towarzyszyły nam sztampowe pytania i zagadnienia, a czy to bezpieczne, a czy będzie lekarz, jak to? Nie będzie lekarza?! Początkowo chcieliśmy z tym walczyć, z ludźmi, którzy świadomie lub nie, próbowali wybić nam z głowy narodziny w domu. Czas pokazał, że słowami nie ma sensu. Ludzie mówili swoje, a my uśmiechaliśmy się i robiliśmy swoje. 
Mateusz, podobnie jak i ja był absolutnie przekonany do porodu domowego i absolutnie przeciwny ingerencji szpitalnej w tak intymne przeżycie. Bo kiedy rodzi się dziecko, jest to czas tylko i wyłącznie przeznaczony rodzinie.
Zuzia cudnie rozwijała się w swoim cichym cieplutkim domostwie i spokojnie czekała na „swój moment”. 

Zrobiło się już zupełnie wiosennie, maj 2009 roku rozpoczął się na dobre. Nagle, w końcówce mojej „okrągłej formy”, doznałam niezrozumiałego przypływu energii. Ujście dla niej znajdowałam w wielokrotnym praniu i prasowaniu ubranek naszej pierworodnej. Swoją drogą szczęściara mała – tylko jej osóbka doznała podobnego gestu z mojej strony. Młodsze rodzeństwo Zuzy zostało niecnie pozbawione uprasowanych i w kosteczkę poskładanych ciuszków, na rzecz chwili czasu dla rodzicielki :) Przyszły mi nawet do głowy wiosenne porządki, co cichaczem uskuteczniałam, nim mąż powrócił z pracy. Tym oto sposobem udało mi się wypucować wszelkie okna w naszym malutkim mieszkanku, co by dziecię miało lepsze widoki. Byłam już wówczas w tzw. "terminie". Strachu nie było żadnego bo i nie widziałam jeszcze czym to wszystko pachnie. Ciężko jest sobie wyobrazić uczucia, emocje i ból towarzyszący porodowi, jeśli się tego nie doświadczyło.
A zatem czekałam cierpliwie i... mniej cierpliwie. 

W nocy 14 maja, około 3-ciej obudził mnie dziwny regularny ból. Miałam wrażenie, że dostałam okres. Ze spokojem siadłam na łóżku, włączyłam stoper i odmierzałam skurcze. Regularne, jak w zegarku, co 15 minut. I bolały coś tam trochę..Nie mogłam uwierzyć, że to już się dzieje! Po kilku skurczach powtarzałam sobie: jeszcze raz, jak będzie skurcz to budzę Mateusza! A potem podobnie z kolejnym... W końcu mąż obudzony został słowami, "Mateusz, chyba się zaczyna..!"
Mąż zadzwonił do położnej i zgodnie z zaleceniem weszłam do wanny na dłuuugi czas. Zupełnie się wyciszyłam, skurcze przytłumiły się nieco, ale jedynie na chwilkę. W dalszym ciągu były do bólu regularne. Dosłownie: do bólu! Marysia przyjechała do nas około 5-tej. Zbadała, oceniła i powiedziała, "Kobieto do 14 powinnaś urodzić!"

Bolały mnie plecy, okrutnie. Nie pomógł TENS, ale pomogły kochane ręce Mateusza. Była też, bliska naszej rodzinie Kinga, wprawiająca się położna. Na zmianę z mężem masowali mi plecy.
Próbowałam jeszcze moczyć się trochę w wodzie, jednak zdecydowanie wygodniej czułam się na lądzie. Nie planowaliśmy dokładnego miejsca porodu, nasze mieszkanko było tak małe, ze mogłam urodzić w każdym kącie. Moje ciało zdecydowanie wiedziało jakie pozycje będą dla mnie odpowiednie i gdzie ma dokonać się najważniejsze. Ja jedynie szłam za instynktem. Za mną podążał Mateusz, wiernie znosząc każdy mój jęk i każdy humor.
Zuzia nijak nie chciała wstawić się w kanał rodny, co dla mnie było tym bardziej bolesne, że położna przewalała mi brzuchem na prawo i lewo. W skurczu. Oj bolało! Przez myśl mi nawet nie przeszło, ze mógłby to być powód transferu do szpitala.
Jedyne, czego bałam się jak ognia, było pęknięcie krocza. Chyba sam fakt przyprawiał mnie o mdłości. No i pękło. Nie wiem kiedy, nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
Przyjęłam pozycję kucającą, o czym zresztą dowiedziałam się po fakcie, od męża. Tak było najlepiej. Mateusza miałam za sobą. Następnego dnia pokazywał mi ślady moich paznokci na jego dłoniach...

Było już po 13ej, kiedy kolejny skurcz party pokazał światu główkę naszej córeczki. Z obecnej perspektywy, był to cudny czas,  ale gdy wówczas słyszałam: "zobacz jest już główka, ojej ma takie czarne włoski..dotknij..pogłaskaj", myślałam tylko: dajcie mi spokój z główką, ja już nie mam siły, rezygnuję! Chwila wytchnienia i kolejny skurcz i nagle ulga, już nie boli, a do mojej piersi tuli się Malutkie Różowiutkie Stworzonko. Zuzanna. Nasza córeczka!

Potem łożysko. W tym czasie nasze dziecię tuliło się do taty. Potem wróciło do mamy na obiad, ponieważ właśnie dochodziła 14-sta:)
Najedzoną Zuzankę tatuś porwał do mierzenia i ważenia, a ja w tym czasie miałam chwilę na prysznic. Potrzebowałam kilku szwów, co rzecz jasna napawało mnie przerażeniem, a w ostatecznym rozrachunku nie było takie straszne. Najważniejsze było to, że nasze Maleństwo jest przytulane i szczęśliwe.

Gdzieś w międzyczasie Marysia zadbała o neonatologa. Mówiąc szczerze pamiętam to jak przez mgłę. Moje zmęczenie sięgnęło zenitu i nie miałam siły nawet na pożywny rosołek porodowy ;)
Oboje z mężem runęliśmy do łóżka, nasza Kruszyna przyssała się na bliżej nieokreślony czas, a położne zajęły się biurokracją. Nawiasem mówiąc, należy im tego serdecznie współczuć! Zdążyłam się wyspać, a Maria jeszcze siedziała w papierach. Później położna zostawiła nas, przypominając o dobroczynnej mazi płodowej naszej Zuzi i że możemy małego "brudaska" "pohodować sobie" kilka dni. 

Zuzia

 Zaczęło się życie we troje. Cicho. Spokojnie. Bezpiecznie. U siebie. Nie musieliśmy nigdzie wracać, byliśmy w domu! Po kilku dniach, kiedy nabrałam sił, Zuzia zaliczyła swój pierwszy spacer. Dopiero gdy całkowicie  wróciły mi siły zaczęliśmy myśleć o wizycie u lekarza, ewentualnych szczepieniach itp... Życie toczyło się...

Ola z Zuzią

Ponieważ historia lubi się powtarzać, a my należymy do ludzi otwartych na życie... rok później zakiełkowało małe Ziarenko!
Od początku byliśmy pewni, że mamy synka, toteż mówiliśmy do niego po imieniu. Bartosz rozwijał się prawidłowo, rósł nieziemsko. Porównywałam badania - jak to facecik- większy, cięższy, silniejszy:) Zuzia często pytała: "mamusiu, a w którym pokoju będzie się Baltos lodził?" Czyli znów wiadomo było, że nie ma mowy o szpitalu. Instynktowne pytanie dziecka. Ono wie, ze poród jest czymś zupełnie naturalnym.  Gdzie może być bardziej naturalnie, zwyczajnie, niż w domu.. Sporadyczne pytania i sugestie już nie robiły na nas wrażenia. Z uśmiechem czekaliśmy na Bartosza. 

Nadszedł termin porodu, cały ten czas był dla mnie wyjątkowy. Wiedziałam, że drugi poród może być szybki i przyznam – był lekki stres. Od porodu Zuzi zdążyliśmy przeprowadzić się dwa razy. Aktualne mieszkanko było dla mnie nowe – zaledwie kilkudniowe. Zapowiedzią porodu było nic innego jak mycie okien pod nieobecność męża, a że większe mieszkanie to i namachać się musiałam ostro. 

W piątym dniu po przeprowadzce, a już trzy dni po terminie wskazanym przez USG, chyba pojawiło się coś na kształt skurczy. Odprawiłam moją córeczkę do zestresowanej siostry i jak na złość nie mogłam dodzwonić się do Mateusza. Pomaszerowałam zatem do wanny i w kąpieli zadzwoniłam do Marii, a tu zagwozdka! Maria ma rodzinną imprezę, ale obiecuje, że przyjedzie. Mąż na szczęście też przyjechał.  Od 18-stej, kiedy to zarejestrowałam regularne skurcze, wszystko zdążyło klapnąć. Jak przyjechała położna, około 23-ciej, to w zasadzie całkowicie się rozregulowałam. 
Po badaniu wiedziałam, że jakieś tam rozwarcie sensowne jest i, że jest szansa na poród. Tylko nie wiadomo było kiedy. Uzgodniłyśmy z Marią, że ona jedzie dalej się bawić, a ja mam ją informować o przebiegu sytuacji. Krótko po jej wyjściu skurcze się nasiliły. Znowu wskoczyłam do wody, i dałam znać Marysi. Nie chciałam psuć jej rodzinnej atmosfery, toteż po obdzwonieniu położnych, okazało się, że jest jedna, która wraca właśnie z „fałszywego alarmu”. Maria obiecała pojawić się rano jeśli nie urodzę do tej pory. 

Przyjechała Edytka. Bartosz jakby wyczuł sytuację i wyluzował. Skurcze także wyluzowały. Wszystko wyluzowało ;)  Woda pochłonęła mnie bez reszty. Trzeba było zatem wyczołgać się na ląd, coby wzmóc akcję porodową. Bardzo marnie się zapowiadało. Kurczyłam się nieregularnie, boleśnie i mniej boleśnie.. Duże odstępy czasowe między skurczami prowokowały organizację czasu. I tak upłynął wieczór i noc. Nad ranem zjawiła się..Maria. Moje dzieci chyba potrzebują tej położnej! Ja znów się wyluzowałam. Dziewczyny odpoczywały w kuchni przy herbatce, my oglądaliśmy kabarety. Śmiechu było co niemiara o 4-tej nad ranem! 

W końcu zaczęło się na dobre. Bartosz wiercił się jak szalony, a i Edyta nie dawała mi spokoju. Badała w każdym skurczu. Poczułam, że odeszły mi wody. Myślałam sobie: kurcze, czemu teraz, czemu na moim ulubionym tapczanie. Zanim się zorientowałam, już znalazłam się w pozycji kucającej, a Edyta wołała:" pchnij go, jeszcze troszeczkę i przytulisz Bartoszka! " Przyznam szczerze, że w tym porodzie objawił się mój operowy wokal. Nie przypuszczałam, że jestem w stanie coś takiego z siebie wydobyć! Niemniej jednak niesamowicie mi to pomagało. Także w 17 minut udało mi się wyśpiewać syna. 

Cudnie było znów poczuć tę ulgę i mieć Maleństwo przy piersi. Znowu pękłam (jak się okazało), ale czy to ważne? Bartosz był z nami – to się liczyło. Urodziłam w sypialni, wymalowanej dwa tygodnie wcześniej, z kilka dni wcześniej umytymi przeze mnie oknami. Przy moim łóżku, do którego, po szybkim prysznicu się wdrapałam i  z synem przy piersi usnęłam. 

Mateusz chyba dostał kopa. Siedział jakiś czas z dziewczynami w kuchni. Jak ochłonął, powiedział mi co go tam trzymało.Bartosz miał owiniętą pępowinę wokół szyi. Edyta nie panikowała, pracowała z nim. Dlatego tak wiercił się w tym porodzie, próbował się wymotać. I z pomocą ciotki Edyty, udało mu się! Wiem też jaki byłby schemat działania szpitalnego. Kiepska akcja porodowa, marne skurcze, podajemy oksytocynę. Akcja przyspiesza, pępowina się zaciska, dziecko nie ma szans na wymotanie. Decyzja – cesarskie.
To nie mój wymysł, to słowa doświadczonych położnych, które oprócz domowych, przyjmują również porody w szpitalu. 
Naszego synka nikt nie ponaglał, sam dobrze wiedział ile czasu potrzebuje, żeby poradzić sobie z trudną sytuacją. Dzięki tym marnym skurczom, dzięki Edycie, dzięki porodowi w domu, mogłam urodzić naturalnie. Dzięki Bogu! Był to dla nas olbrzymi cud! 

Potem „procedura” standardowa. My śpimy, dziewczyny zajmują się papierologią, całują nas na pożegnanie i widzimy się następnego dnia. Mieliśmy problem z neonatologiem. To był czas letnich urlopów i nikt nie chciał się do nas ruszyć. Nieźle się nagimnastykowaliśmy, a i tak pani doktor zjawiła się następnego dnia. Nie ukrywała zdumienia, podobnie jak i ja. Bartosz miał 4,5 kg i 60 cm długości. Uff. Daliśmy radę i tym razem:)  Wieczorem mąż przywiózł Zuzię od cioci. Po ucałowaniu braciszka spytała: "mamusiu, to co ty masz teraz w brzuszku?" . 

Dziś Zuzia ma prawie 4 latka a Bartosz prawie 2.
Miesiąc temu, 4 marca urodziła nam się Małgosia. Jak już wspomniałam – lubimy dzieci. I lubimy rodzić je w domu!  Kiedy przestałam regularnie karmić Bartosza piersią, wróciła moja płodność, ale tylko po to, żeby zaowocować:) Nasze starsze dzieci rodziły się w miesiącach letnich, chcieliśmy więc zobaczyć jak to będzie zimą. Skrupulatnie zaplanowane, tak żeby zaraz zaczęła się wiosna. Można będzie się chustować i przytulać i nie być zlanym potem, tak jak latem. Małgola, jak jej rodzeństwo rozwijała się dobrze, też zapowiadała się na duże i ruchliwe dziecię. Ciąża była dość ciekawym doświadczeniem. Dwójka biegających i ciągle „coś chcących” zewnętrznych dzieci nie pozwalała na błogi relaks. Na szczęście był jeszcze mąż! Nie wiem jak on poradził sobie z całym domem na głowie, kiedy ja już wysiadałam. Nie wiem, ale kocham! I dziękuję! 

Nikogo już nie dziwiło, że rodzimy w domu. Moja najwspanialsza na świecie ginekolog, pani Mariola, jak zwykle wspierała mnie we wszystkim. Termin u położnych zarezerwowany. Mieszkanie, tradycyjnie – zmienione. Okna umyte. Czekamy... 
Termin na 23-go lutego. I nic, cisza. Skurcze przepowiadające ciągnęły się, miałam wrażenie, od połowy ciąży. Przestałam już zwracać na nie uwagę. Jak nigdy wcześniej, udało mi się nawet zaliczyć dwa razy KTG. Przy okazji drugiego, lekarz szukał mi miejsca na patologii ciąży. Posmutniałam, bo wiedziałam, ze nic się nie dzieje. Małgosia potrzebuje po prostu tyle czasu. W końcu nadal byłam w terminie. Miałam jeszcze ok. tygodnia spokoju, a już chcieli mnie kłaść. Po co? 
Po piątkowym KTG, lekarz kazał mi zgłosić się w poniedziałek na USG i we wtorek na patologię, gdybym nie urodziła. Zamierzałam urodzić, oczywiście:) 

W niedzielę 3-go marca, zupełnie spokojnie, ba nawet z rezygnacją, przetrwałam dzień. Powoli denerwowały mnie już telefony, esemesy z pytaniami czy już, czy coś się dzieje, dlaczego nie rodzę.
Wieczorem wydawało mi się, że mam coś na kształt regularnych skurczy. Zjedliśmy kolację i pomyślałam, że można by pro forma odwieźć dzieci do siostry. Dzieciaki doskonale zaznajomione z sytuacją wiedziały dobrze, że wrócą zaraz po porodzie. Bardzo czekały na Małgosię. Zuzia upewniła się tylko, że jak Małgosia się urodzi to będzie mogła ją przytulić i pojechali. Ja w tym czasie zrobiłam sobie kąpiel. Nie przekonały mnie te skurcze. Właściwie wydawało mi się, że niczym nie różnią się od wcześniejszych. Mąż wrócił od siostry. Delektowaliśmy się ciszą, sobą. Przy każdym skurczu mówiłam: jeszcze jeden, jak będzie jeszcze jeden za 10 minut, to dzwonie do Marii. No i tak kilka rund. W międzyczasie zebrało mi się na przedporodowa zachciankę. Lody i cola. Między skurczami, zupełnie na luzie, wyskoczyliśmy na stację po prowiant. 

Zadzwoniłam w końcu do Marii. Kazała mi się wyspać. Posłusznie zatem runęłam do łóżka. Budziłam się na skurcz, czasem budził mnie Mateo, żeby powiedzieć: "Ola, zaraz będziesz miała skurcz!" i był! Kochany mąż, zrobił mi nawet najpyszniejszy na świecie rosołek porodowy!

Marysia przyjechała po północy.  Skurcze zrobiły się bolesne. Pomagała piłka. Kołysała mnie. Odkryłam, że w skurczu przynosi mi ulgę wypowiadanie (na wydechu) jednego z ulubionych wyrazów naszego synka: włłłoooosy! Niebanalne odkrycie. Myślę, że będzie kiedyś dumny z mamy. Skurcze były bardzo długie i dość bolesne, dlatego czym prędzej pośpieszyłam do wody. Tam mi było przyjemnie. Doświadczenie poprzednich porodów przypominało mi, że będzie bolało. Miałam nawet lekkiego stracha przed tym bólem. Jednak wanna okazała się być niezłym oparciem. Rzecz jasna mąż nadal był potrzebny. Choćby sama obecność! Nim się spostrzegłam, był już świt. Wszystko działo się bardzo szybko, a jednocześnie wydawało mi się, że mam mnóstwo czasu. Na przemyślenia, na wczucie się w ekspresję porodu. Dalej byłam w wodzie, Mateusz dolewał mi tylko ciepłej. Drzemałam między skurczami i czekałam na parte. Gdzieś nad ranem przyszła druga położna Magda. Mieszka blisko, to wybrała się na poranny jogging. Wszyscy byliśmy w łazience, śmialiśmy się, opowiadaliśmy jakieś gagi i czekaliśmy na Małgosię.
Około 7-mej kolejny skurcz party  i następny. Długie, tak długie, że podczas jednego zastanawiałam się nad sensem parcia. Pojawiło mi się w głowie pytanie, o ile dłużej zająłby poród, gdybym nie parła, a jedynie pozwalała nieść się temu co się dzieje. Szybko jednak zweryfikowałam moje wywody filozoficzno – fizjologiczne. Lepiej jest poprzeć.
Zaczęła rodzić się główka, w kilku podejściach. Nie odeszły mi wody, Małgosia rodziła się w pęcherzu. Maria zapytała nas czy chcemy to uwiecznić. Bezdyskusyjnie! Dla nas i dla położnictwa. Mateusz fotografował, a ja poddawałam się temu cudnemu przeżyciu. Kiedy urodziła się główka, zorientowałam się, że skurcz dalej trwa. Wystarczyło porządnie się spiąć i Małgocha już płynęła do mnie. Urodziła się w pęcherzu. Najpiękniejszy poród, jaki mogłam sobie wymarzyć. Maria nazwała ten poród najbardziej naturalnym, porodem "hands off". Rzeczywiście, jedyne, co zrobiła, to asekurowała Małgosię i podała ją z wody na mój brzuch. Nie przebiła pęcherza. Wszystko działo się tak jak powinno, naturalnie, własnym tokiem.

Małgosia w worku owodniowym
Ola z Małgosią

Żeby tradycji stało się zadość, nasza druga córeczka również była owinięta pępowiną. Kiedy urodziła się główka, położna w pierwszym odruchu chciała przebić pęcherz i zdjąć pępowinkę. Nie zrobiła tego, bo stało się coś zdumiewającego. Wbrew większości porodom, najpierw urodził się dolny bark, potem górny, co sprawiło, że pępowina nie zacisnęła się na szyjce, a jedynie przygarnęła malutką do mnie. Niesamowite! 

Nie pękłam! Nie było szycia. Adrenalina po tym porodzie trzymała mnie długo. Mogłam góry przenosić. Dopiero następnego dnia lekko opadłam z sił. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że szpital nie pozwoliłby na na taki poród! Na takie przeżycie. Mało tego, przekonuję innych, właściwie nie ja, a fakty.
Mateusz zmontował filmik ze zdjęć porodowych. Przez tydzień byliśmy w takiej euforii, że oglądaliśmy po kilka razy. Nasza pierworodna czasem mówi: "mamusiu, a puścisz mi filmik jak się Małgosia rodziła w pęchezu?"

Ola z Trójeczką

Zuzia, Bartosz i Małgosia

Dzieci są zachwycone siostrzyczką. Trzymanie jej na rękach skutkuje błogą ciszą w domu. Małgosia działa jak hipnoza. Każdy się uspokaja. Tylko coś z tą zaplanowaną wiosną kiepsko. Mimo to, dwudniowe dziecię spacer zaliczyło. Teraz już chustowanie pełną parą i ruszamy w poszukiwaniu wiosny!
Z definicji państwowej jesteśmy już rodziną wielodzietną. Chyba trzeba państwu uaktualnić to pojęcie.
Miejmy nadzieję, do następnego domowego. 


Autorka: Ola 
Zdjęcia z archiwum domowego Oli. 

Dziękuję :)



W radiu o rodzeniu po ludzku...



                     Wczorajsza audycja radiowej Trójki. Czy w Polsce rodzimy po ludzku...???


Kliknij obrazek by przejść na stronę Radia Trójka

czwartek, 18 kwietnia 2013

Masz rodzić i się nie wtrącać - najnowsze badanie nad opieką okołoporodową w szpitalach

" Lekarze i położne nie przestrzegają standardów opieki nad rodzącą, choć te - jako rozporządzenie ministra zdrowia - obowiązują już od dwóch lat. Kobiety słyszą w szpitalach, że to idiotyzmy"

Rozporządzenie ministra zdrowia o standardach opieki okołoporodowej weszło w życie dwa lata temu. Odnosi się tylko do porodu fizjologicznego, czyli sytuacji, w której matce i dziecku nie grożą komplikacje, nie potrzeba cesarskiego cięcia.
Fundacja Rodzić po Ludzku postanowiła sprawdzić, czy w szpitalach stosuje się standardy. W każdym z dziesięciu, które odwiedziła fundacja, okazało się, że nie.
Były to szpitale miejskie i powiatowe na Mazowszu. W każdym zaglądano na porodówkę i w oddziale noworodkowym. Nie sprawdzano klinik i wysokospecjalistycznych oddziałów, bo tam trafiają pacjentki z komplikacjami, które nie mogą mieć fizjologicznego porodu. Ankieterki przepytywały ordynatorów, położne i matki obserwowały pracę na oddziale. 
Okazało się, że lekarze i pielęgniarki postrzegają standardy tylko jako dodatkowe przepisy, a nie coś, co może pomóc w ich pracy. Najgorzej z wiedzą o standardach u ordynatorów porodówek, choć to oni są odpowiedzialni za ich wdrażanie. Więcej wiedzą lekarze prowadzący oddziały noworodkowe, a najwięcej położne." Cały, bulwersujący artykuł z dnia dzisiejszego, możesz przeczytać na:


Czasem, gdy opowiadam kobietom, które rodziły tylko w szpitalu i nie mogły, czy tez nie chciały doświadczyć porodu w domu, słyszę w odpowiedzi " miałaś szczęście"  i myślę sobie wówczas tak, miałam szczęście, że doświadczyłam jako jedna z nielicznych naprawdę dobrego porodu w szpitalu.
 Miałam szczęście, że dotarła do mnie idea porodów domowych, a mój organizm i dzieci były na tyle zdrowe, że mogliśmy zostać dwukrotnie zakwalifikowani do porodu w domu...
W szczególności myślę o tym i dziekuję losowi, gdy słyszę opowieści kobiet o porodach szpitalnych, kobiet pełnych wdzięczności za "uratowanie dziecka" i z tej wdzięczności przełykających  łzy upokorzenia i spychających złe wspomnienia, gdy ich prawa do intymności, szacunku dla decyzji, porodu w atmosferze bezpieczeństwa, zaufania i godności zostały pogwałcone w imię kontroli nad porodem. 
Kontroli, która jest potrzebna tylko tym lekarzom, którzy nie są na tyle kompetentni by uczestniczyć w porodzie zgodnym z naturą. 
Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego w innych europejskich krajach lekarze współpracują z kobietami, szanują swoje pacjentki, a w Polsce wciąż górę bierze paternalistyczne podejście do pacjenta,  część lekarzy wyraźnie cierpi na tzw. "syndrom boga".
Czy polscy lekarze są ulepieni z jakiejś innej gliny niż ci w Szwecji, Holandii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Irlandii i innych państwach, gdzie pierwszą podstawową zasadą jest poszanowanie praw pacjenta? Czy gdzieś zawodzi system edukacyjny w akademiach medycznych? Czy to naprawdę kwestia systemu finansowania naszej służby zdrowia ? Gdzie zasadza się etiologia tego zjawiska ?

Kiedy przeczytałam słowa ordynatorów cyt.  "Przepisała sobie plan jakiś taki nie wiem skąd, chciała wszystko sama, sama, sama", "Jest tam sporo idiotyzmów, za dużo może pacjentka ingerować w poród". 
przypomniał mi się natychmiast skecz Monty Pythona, gdzie pada słynna kwestia " Pani nie ma kompetencji aby urodzić  ".  
 Przyznam szczerze, że ciarki mi przechodzą po plecach, gdyż słowa takie, świadczą o tym, iż ci konkretni lekarze nie dokształcają się na bieżąco, nie znają światowych trendów w medycynie, nie zapoznali się z badaniami i statystykami dotyczącymi porodów, które to statystyki wyraźnie wskazują na to iż najbezpieczniejszy jest taki poród,  kiedy rodząca poddaje się naturalnym procesom porodowym, a personel jedynie ją w tym wspiera, nie kieruje, nie ingeruje. Jednym słowem, brak kompetencji tych lekarzy stwarza realne zagrożenie dla zdrowia i życia matek oraz ich dzieci. Zastanawiający jest i bardzo niepokojący fakt, że im wyższe stanowisko w hierarchii w służbie medycznej, tym paradoksalnie, mniejsza znajomość światowych standardów okołoporodowych.

Wracając do wspomnianego na początku szczęścia, myślę też sobie wówczas, chociaż nie zawsze na głos wypowiadam, że to kobietom mającym zdrowe organizmy oraz w zdrowych ciążach, a decydującym się na poród w szpitalu trzeba życzyć dużo szczęścia, ponieważ będzie im potrzebne o wiele bardziej, niż tym, które zdecydowały się na poród w domu.
 




środa, 17 kwietnia 2013

O porodach w domu w Radiu TokFm



Wczoraj byłam gościem Tomasza Kwaśniewskiego w wieczornej audycji "Alternatywa" w Radiu TokFm.  Rozmawialiśmy bardzo miło, oczywiście o porodach domowych, posłuchajcie...




 kliknij na zdjęcie aby posłuchać

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Kto chce rodzić w domu ?

Kim jesteśmy my, rodzice, którzy decydują się na poród w domu? Czy to grupa nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych oszołomów ?
Otóż nie... 


Jesteśmy rodzicami przez duże R. Świadomymi z czym się wiąże rodzicielstwo, oraz biorącymi porody w swoje ręce, ponieważ to ręce Rodziców powinny być tymi, które przyjmują jako pierwsze, dziecko na świat... 
Bierzemy tez odpowiedzialność za nasz poród, tak jak i za całe nasze życie.
Jesteśmy Rodzicami mającymi wiedzę na temat fizjologii porodu, a Matki znają swoje ciała i potrafią z niego odczytywać sygnały. 
Ufamy sobie nawzajem, a jeśli mamy starsze dzieci, to chcemy być prawdziwie zjednoczoną rodziną. Jesteśmy Rodzicami, którzy chcą dzieci wychowywać od początku do prawdziwego życia, a nie do życia w strachu. 
Nie jesteśmy przeciwnikami szpitali, jedynie uważamy, że szpitale, zgodnie z przeznaczeniem- są dla chorych oraz by ratować życie w nagłych wypadkach. 


Jacy jeszcze jesteśmy? Oto kilka cytatów z  artykułów...

"Kilka słów chciałabym poświęcić rodzicom, którzy decydują się na urodzenie dziecka w domu. Z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że są to najczęściej ludzie, którzy mają pełną świadomość tego, że bycie rodziną zaczyna się dużo wcześniej, niż w momencie przyjścia dziecka na świat. Poród traktują jako ważne wydarzenie, są do niego przygotowani nie tylko merytorycznie, ale także duchowo. Bardzo dobrze wiedzą czego chcą, a czego nie są w stanie zaakceptować. Domowi rodzice to ludzie na tyle dojrzali, że decydują się pójść inną drogą niż wszyscy, żeby zrealizować marzenia o tym, jak ich dziecko ma przyjść na świat. Z ciekawości zrobiłam kiedyś statystykę dotyczącą ich zawodów i najwięcej było wśród "moich" par psychologów, pedagogów, ludzi związanych z medycyną tradycyjną i niekonwencjonalną oraz artystów. Żadna położna, mając do czynienia z takimi indywidualistami nie musi się obawiać popadnięcia w rutynę!...
...
O tym, że porody w domu nie są jedynie potrzebą niewielkiej grupy fanatyków świadczy wyraźny wzrost ich liczby w wielu krajach znacznie bogatszych od naszego, a co za tym idzie oferujących usługi medyczne na wysokim poziomie. Jednocześnie zmienia się w tych krajach stosunek środowiska lekarskiego do porodów przyjmowanych w domach przez położne. Bardzo mocnym argumentem na korzyść porodów poza szpitalem okazała się także ich opłacalność ekonomiczna, o której u nas na razie się nie wspomina.
Wiele przemawia za tym, że rodzenie w domu nie jest tylko rodzajem mody, ani podkreślaniem niezależności swoich poglądów. Jestem pewna, że w końcu wszyscy przywykniemy do takiej możliwości narodzin, tak samo jak nauczyliśmy się traktować jako oczywistą obecność ojca przy porodzie. Wiem także, że taka zmiana poglądów wymaga czasu, dyskusji, przedstawiania argumentów. Na tej drodze na pewno postawiłyśmy już pierwsze kroki, ale ciągle jeszcze wiele z nas ociąga się z wyruszeniem w obranym kierunku licząc, że ktoś podejmie ten trud za nas. A naprawdę nie warto czekać aż ktoś podaruje nam prawdziwą niezależność." 

" Kto decyduje się na urodzenie dziecka w domu? Najczęściej są to pary, które poród traktują jako ważne wydarzenie rodzinne. Są do tego przygotowane nie tylko merytorycznie, ale także duchowo. Nie wyobrażają sobie tego, żeby ich dziecko przyszło na świat w szpitalu. Nie chcą, aby ktoś obcy zawłaszczył choćby najmniejszą część z tego, co mogą wspólnie przeżyć. Zdaniem Wandy Szotyńskiej ważne jest, aby pragnienie porodu w domu było równie silne u matki jak i u ojca dziecka. Jeżeli tak się dzieje, to „wynika to z daleko idącej wewnętrznej potrzeby obojga i dużej integracji pomiędzy kobietą i mężczyzną” - twierdzi Wanda Szotyńska. „Domowi rodzice” to ludzie dojrzali, którzy decydują się pójść drogą inną niż większość, żeby zrealizować marzenia o tym szczególnym wydarzeniu. Dobrze wiedzą czego chcą, a czego nie są w stanie zaakceptować. „Często wypływa to z ich filozofii życia, cenią naturalność, a przecież poród jest zjawiskiem naturalnym. Również tryb życia, sposób odżywiania, często wiara – odgrywają tutaj bardzo ważną rolę”.
http://www.twoje9miesiecy.com/index.php?id=134

" Rodzice decydujący się na poród swojego dziecka w warunkach domowych i na opiekę położnej mają określone oczekiwania.
Oczekują między innymi:
1. profesjonalnego, a jednocześnie dyskretnego nadzoru, prowadzenia i towarzyszenia
2. szacunku dla fizjologii porodu, czyli respektowania okresów i faz porodu w odniesieniu do tej jednej, konkretnej rodzącej
3. zezwolenia na przyjmowanie przez rodzącą dogodnych pozycji w każdym okresie porodu
4. zezwolenia na badanie położnicze wewnętrzne w czasie porodu w pozycji innej niż na wznak, np. na stojąco
5. niepodejmowania zbędnych interwencji medycznych, takich jak lewatywa, golenie krocza, rutynowe nacinanie krocza, przebijanie pęcherza płodowego, zbyt wczesnego odpępniania noworodka
6. nieburzenia poczucia bezpieczeństwa, które ma fundamentalne znaczenie dla przebiegu porodu
7. konstruktywnego informowania w razie pojawienia się patologii i konieczności przewiezienia do szpitala
8. szacunku dla sposobu przeżywania aktu porodu
9. szacunku dla narodowości, kultury, religii rodziców
10. szacunku dla wierzeń rodziców związanych z rytuałami porodowymi (o ile nie przyniosą negatywnych skutków zdrowotnych matce i dziecku)
11. empatii wobec rodzącej
12. wzmacniania rodzącej i jej partnera w trudnych chwilach porodu
13. zapewnienie maksymalnie długiego kontaktu rodziców z dzieckiem po porodzie (o ile są ku temu warunki położniczo-neonatologiczne)
14. wspólnego przeżywania radości lub traumy narodzin
Poród domowy w swojej istocie nie jest tylko zdarzeniem medycznym, nie jest wydarzeniem publicznym, nie jest porodem arbitralnie kontrolowanym, nie odbiera tożsamości rodzącej i jej partnerowi, nie odziera z szacunku rodzące się dziecko."
http://www.dobrzeurodzeni.pl/?i=48&idd=28

" Nie ma znaczenia, który to jest poród. Niektóre spośród pań decydują się na poród domowy, będąc w pierwszej ciąży, inne zaś – rodząc po raz kolejny. Czynnikiem zasadniczym jest podejście do życia. Z moich obserwacji wynika, że na taki poród decydują się w głównej mierze osoby, dla których możliwość decydowania o sobie jest bardzo istotna. Ponadto są to ludzie, dla których poród jest czymś więcej aniżeli tylko medycznym przeżyciem. Zdecydowanie najliczniejszą grupą wybierającą poród domowy są osoby wykonujące wolne zawody – artyści, dziennikarze. Także psycholodzy; jest też spora reprezentacja pracowników służby zdrowia. "
http://dzielnicarodzica.pl/18011/18/artykuly/ciaza_i_porod/porod/Zamienic_szpital_na_dom

"Kobiety kierują się również dobrymi i złymi doświadczeniami koleżanek, znajomych, które rodziły w szpitalu lub w domu. Jest wiele mam, które 2, 3 razy rodziły w szpitalu, a kolejny raz chcą rodzić w domu, gdyż mają złe doświadczenia z hospitalizacji. Tych rodzących mam najwięcej. Miały one poczucie przedmiotowego traktowania, niewłaściwej opieki, stąd ich decyzja o porodzie w domu. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której w szpitalu jest tylko jedna lub dwie położne dla kilku rodzących; dodatkowo położne te mają do wypełnienia wiele dodatkowych obowiązków administracyjnych. W warunkach domowego porodu jest jedna lub dwie położne, a jedna rodząca. My współuczestniczymy w rodzeniu w każdej minucie porodu: wspieramy kobietę, pomagamy stosownie do jej potrzeb, czuwamy nad bezpieczeństwem rodzącego się dziecka. Wspieramy również ojca uczestniczącego w porodzie; całą rodzinę na trudnym progu rodzicielstwa, jakim są narodziny dziecka w rodzinnym gnieździe."
http://www.prozdrowie.pl/Artykuly/Ciaza-i-Dziecko/Porod-i-polog/Porod-w-domu-fanaberia-czy-powrot-do-natury

"- Dlaczego zdecydowałaś się rodzić w domu?
- Nie widziałam żadnego powodu, dla którego nie miałabym rodzić w domu. Ciąża to przecież nie choroba.Poza tym jestem niezależna i mam zaufanie do swojego ciała. Znana propagatorka porodów naturalnych, autorka wielu publikacji na ten temat, antropolożka Sheila Kitzniger, porównała kiedyś poród w szpitalu do lotu samolotem. Wchodzisz i zdajesz się na pilota. To on ma doprowadzić cię do celu. Natomiast rodzenie w domu jest jak pływanie łódką. Sama jesteś sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Masz team pomocniczy, no ale to ty prowadzisz. Zrozumiałam, że chcę rodzić w domu, kiedy na studiach pokazano nam dwa filmy o porodach. Jeden z porodu w domu i zaraz potem drugi o porodzie w szpitalu. Różnica była ogromna na niekorzyść porodu szpitalnego."
http://www.mamazone.pl/artykuly/ciaza-i-porod/porod-i-polog/szkola-rodzenia/2012/jak-wyglada-porod-w-domu.aspx

"Badania pokazują, że przyszli rodzice, decydujący się na poród w warunkach domowych, są osobami bardziej świadomymi procesów rozwojowych dziecka przez cały okres ciąży. Przygotowują się do porodu z wielkim zaangażowaniem i chcą, by ich dziecko przyszło na świat w domu, nie zaś w sterylnych wnętrzach szpitala. Dla niektórych rodziców domowy poród to również możliwość ograniczenia stresu. Daje im poczucie, że matka rodzi „u siebie”, co w niewątpliwy sposób wpływa również na obniżenie stresu u dziecka. Poród domowy gwarantować może także większą prywatność i intymność, jakiej nie są raczej w stanie zapewnić polskie szpitale. Świadomość, że nikt przypadkowy, niepowołany nie będzie obecny podczas porodu jest bezcenna. Pozwala także matce na większą koncentrację i zachowanie pełnej świadomości w trakcie porodu. Kobiety, które decydują się na poród w domu, zwracają również uwagę na indywidualne podejście do ciężarnej ze strony położnej. Wcześniejsze rozmowy i spotkania kształtują relację opartą na zaufaniu."
http://pielegnacjadziecka.pl/mama/bede-rodzic-w-domu

Tacy jesteśmy - my rodzice decydujący się na porody w domu :)  
Nikogo nie namawiamy siłą do rodzenia w domu, ale świecimy własnym dobrym przykładem, dzieląc się wspaniałymi relacjami tu:  Relacje z porodów domowych


sobota, 13 kwietnia 2013

Józef, droga do domu.


Józef urodził się jeden dzień po mojej córce Franciszce. Położne, które towarzyszyły nam w porodzie 12.03.2011, następnego dnia, 13.03.2011, pojechały do Agnieszki. 
Nie znałyśmy się wcześniej, a o powyższym fakcie zgadałyśmy przypadkiem, chyba z rok później, na grupie fejsbukowej porodów domowych. Jaki ten świat jest mały...
Dodam jeszcze, że poród Józefa był wyjątkową niespodzianką... dlaczego?  To już sami przeczytajcie :)



A było to tak...

13.03.11. Niedzielny poranek, tzw. termin.
Skurcze krótkie i miłe, dające nadzieję początku po prysznicu znikają.

Niedzielne południe. 
Wracają co 10 minut ale są krótkie, niebolesne i się nie nasilają. Niemniej regularność sprawia, że dzwonię o 14.30 do Mojej Położnej z informacją. Ustalamy, że dojedzie w ciągu godziny. Przed 16 jest u nas. Ja siedzę sobie na skraju łóżka ubrana stosownie do okazji w mężowską koszulkę z reklamą piwa dla rozluźnienia atmosfery :) Po badaniu 4cm rozwarcia, skurcze bez zmian, głowa wysoko. Rozmawiamy na tematy akwarystyczne, podróżnicze, spożywcze oraz wszelkie inne;) Nuda, panie jednym słowem. 

Badanie ok 18:00,  6 cm ale głowa nadal wysoko, skurcze nieco częstsze  i mocniejsze, luz - blues. Po 19 przyjeżdża druga Położna (zwana dalej Położną Pomocną). Mnie już trochę mocniej bierze, więc jak zebrani rozmawiają sobie i pija kawkę, ja zamykam oczy i oddycham głęboko. Moja Położna wpada na pomysł, by zostawić nas samych. One idą do kuchni. O jak nam to dobrze robi! Jak dobrze jest się przytulić! 

W pokoju ciemno, tylko świece, cicha, spokojna muzyka. Od mniej więcej tego momentu tracę poczucie czasu i nieco słuch. Położne wracają z pomysłem zawiązania mnie w chustę, ponieważ główka nadal nie wstawiła się do wyjścia. Zawiązują mnie w elastyczną chustę do noszenia dzieci. Najpierw poleguję nieco na lewym boku, potem siadam, Położna Pomocna za mną. W czasie skurczu (coraz mocniejsze) ona dociska chustę, Moja Położna masuje mi na nogach punkty odpowiedzialne za pobudzenie skurczy. Pocieszają mnie, że jak tylko odejdą wody pójdzie jak z płatka. Jestem bardzo zmęczona. Muszę wstać, ściągamy chustę, opieram się o łóżeczko. Skurcze są naprawdę bardzo mocne i długie dodatkowo dochodzą nieznane mi wcześniej potworne bóle krzyżowe, rzecz trudna bo oddech ich nie łagodzi. 

Na szczęście Położna Pomocna (która jest osobą drobniutką) idzie z pomocą i z jej maleńkich dłoni płynie wielka moc: w czasie każdego skurczu ściska mi biodra z przeogromną wręcz siłą. Opieranie o łóżeczko zastępuję zawieszeniem się na Mężu, który tak bezpiecznie pachnie... 
Wody zaczynają się sączyć ale mizernie, głowa nadal wysoko. Najpierw wizualizuję lejące się wody, później łagodnie ponaglam, a z nadejściem sławnego 7cm operuje w myślach tylko zaawansowana łaciną. Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Odchodzą wody zalewając całą podłogę :) Na szczęście liczne stare prześcieradła w pogotowiu i potopu nie ma. Zaczynam pojękiwać, płyną ze mnie niskie tony, wibrują w całym ciele. 

I teraz tak: w poprzednich porodach był to moment kiedy czułam ewidentnie przejście do drugiego rozdziału, kiedy czułam wręcz kosmiczny przypływ mocy, która wchodziła we mnie jakby z góry, wypełniała ciało i wychodziła wraz z dzieckiem. Wszystko to ułamki sekund ale absolutnie do wyczucia. A tu nic. A raczej coś nowego. Poczucie, że przede mną trudny etap, jakby początek ostatecznej walki(?). Patrzę na podkłady pode mną i co widzę??!!!!?!?!? Smółka!!!! Ale o co chodzi??? 

Moja wersja ciągu dalszego: nie mogę stać już. Klękam przy łóżeczku, jedna noga odwiedziona, nie wiele słyszę, tylko Moją Położną w tle: oddychaj, super, świetnie, oddychaj itd. Przychodzi parcie ale jakieś obce, nieznane. Poddaje się mu. Niewygodnie. Przesuwam się na kolanach do naszego łóżka, klękam przy nim, oddycham, pojękuje. Czuję, że urodziło się już trochę dziecka ale nie ma ulgi jak przy wyjściu główki. Dotykam. Małe to i dziwne!!?! 

Zaglądam i nie wiele widzę ( w pokoju oprócz świec mała lampka). Pierwsza myśl: pępowina wypadła, ratunku!! Ale nie ma czasu na stres. Słyszę Moją Położną: podeprzyj głowę rękami, będzie ci wygodniej. Jeszcze jeden skurcz i czuje, że dziecię urodzone. 4 ręce pode mną łapią i pierwsze co naprawdę słyszę: Syn. Zrywam się do wstania, bo JUŻ go chce zobaczyć i przytulić. Kładę się na łóżku, dostaję mojego Józefa Jakuba. 

Agnieszka z Józefem, pierwsze minuty.

 Położne mnie okrywają, czekamy na łożysko. Rodzi się w ciągu kwadransa. Potem niewielkie szycie po malutkim pęknięciu. Ja tulę moje maleństwo i kwilę, ono trochę ssie pierś. Po ok 1,5 h pomiary. Kładziemy się do łóżka i jest tak dobrze... 

Wersja Męża od chwili odejścia wód: Położne do siebie: smółka! Położna Pomocna wyciąga strzykawki, buteleczki, rozkłada walizy - wszystko na wszelki wypadek, patrzą na siebie, są w dużym napięciu ale nie ma paniki. Stan najwyższego alarmu. Już wiedzą, że dziecko rodzi się w ułożeniu pośladkowym.!! To co ja dotykam myśląc, że pępowina to nic innego jak genitalia mojego syna :) Nikt z nas nie miał pojęcia, że głowa nie jest na dole.... o i taka to droga Józefa do domu.

P.s. Podczas zakładania szwu doznaję olśnienia i wołam: słuchajcie, ja już WIEM! To było 4.03! W środku nocy obudziło mnie wielkie szarpnięcie brzucha ale za chiny ludowe nie pomyślałam, że to obrót!! (Ja, która o ciążach -porodach wiem nie mało i a Józef jest 4 dzieckiem). Nawet mocno się zmartwiłam, bo dziecko do świtu nie ruszało się, mimo potrząsania, kołysania, bujania, próśb i gróźb. Jako, że rano zaczęło fikać koziołki zapomniałam o całej sprawie.

Dopisek po czasie: myślę, że tak bardzo zarządzałam energią w trakcie porodu, że taki poród był mi zapisany - stąd całkowite wykluczenie myśli o obrocie, nie rozpoznanie go.


Autorka: Agnieszka 
Zdjęcie z archiwum domowego Agnieszki. 


Dziękuję Agnieszko :) 


środa, 10 kwietnia 2013

Kwiat Lotosu

Pierwsza w tym roku ;) nadesłana opowieść o porodzie lotosowym... Dlaczego tak, czy to naprawdę takie niezwykłe i co to w ogóle jest ten poród lotosowy... Ewelina, która przygotowuje się na przyjęcie swojego trzeciego maleństwa, opowiada o dwóch poprzednich porodach- domowych i jednocześnie lotosowych.  Czytając, podziwiałam niezwykłą dojrzałość wówczas stosunkowo młodych rodziców...

Dziękuję Ewelino i pełnego spokoju trzeciego porodu życzę, oczywiście czekamy na uzupełniającą relację  <3

W tym roku, w październiku pojawi się w naszym domu trzecie Maleństwo. Tak jak w przypadku naszego Synka i Córci, planujemy poród domowy-lotosowy. Chciałabym opisać nasze porody i związane z nimi emocje. Każdy z naszych porodów był inny, wyjątkowy i wspaniały:) Każdy z nich przyniósł burzę emocji i wrażeń, ale to „ten pierwszy” przełamał tabu, to wtedy zmieniło się nasze postrzeganie tej małej istotki, jaką jest nienarodzone dziecko. Pierwsza ciąża i poród sprawiły, że zaczęliśmy myśleć nie o sobie, a o tym co zrobić, aby naszemu maleństwu w czasie porodu pomóc. Dużo czytaliśmy na temat tego, jak poród wpływa na dziecko, przez co ono przechodzi i jak może to być dla tej malutkiej istotki traumatyczne, jeśli nie podejdziemy do tematu z myślą o dziecku a jedynie o matce. Ja próbowałam, na tyle na ile to możliwe, wczuć się w rolę tego Malucha, który rodząc się, przybywa do krainy zupełnie sobie nieznanej, całkiem innej niż ta w której powstał. Zrodziła się we mnie wtedy nie tylko miłość, ale i ogromne współczucie. Zrozumiałam, że poród to coś więcej niż wydanie na świat potomka. Pomyślałam o tym magicznym przejściu. O tym ile taki malutki człowiek musi znieść, aby wreszcie mógł cieszyć swoją obecnością rodzinę. Doszłam do wniosku, że w naszym dorosłym świecie nie traktujemy z należytym szacunkiem noworodków i niemowląt, że podchodzimy do porodu w sposób wręcz bestialski, okrutny. Chciałam i nadal chcę zrobić wszystko, aby to się zmieniło. Postanowiłam wraz z mężem zacząć od naszej rodziny. 

Tak więc, pierwszy raz w ciążę zaszliśmy mając - ja 18, mąż 19 lat. Kupiliśmy wcześniej książkę na temat porodów naturalnych i tam natrafiliśmy na wzmiankę o porodach domowych. To rozwiązanie wydało nam się tak wspaniałe i oczywiste, że nawet przez chwilę nie braliśmy pod uwagę porodu w szpitalu. Od dziecka często byłam pacjentką szpitala, więc moja awersja do tych placówek była tak duża, że właśnie porodu obawiałam się od zawsze. Nie znałam wtedy innego wyjścia i całość napawała mnie przerażeniem. Na szczęście dzięki pomocy internetu znaleźliśmy położną z Łodzi. Nasz młody wiek stawał czasem na przeszkodzie, gdyż nie brano na poważnie naszego zdeterminowania. Jednak nie poddaliśmy się i urodziliśmy w domu nasze pierwsze dziecko. 

Skurcze zaczęły się ok godz. 9 rano, po dobrze przespanej nocy i smacznym śniadaniu:) Przez wszystkie fazy porodu towarzyszył mi mąż, który wykazał się ogromną odwagą opanowaniem i ogromnym wsparciem. Cały czas odkąd zaczęły się skurcze podtrzymywał mnie i fizycznie i na duchu:). Z uśmiechem na ustach przypominam sobie momenty, w których aby rozchodzić skurcze, dreptałam podparta na Jego ramionach dookoła stolika. Później kilkanaście minut w wannie z letnią wodą i już... zaczęło się parcie. Wody odeszły w wannie. Położna dotarła do nas właśnie w tym momencie, gdyż nie chcieliśmy wcześniej pomocy. Pamiętam jedną obawę tłukącą mi się po głowie, która wynikała jedynie z mojej niewiedzy. Obawiałam się, że prąc w niewłaściwym momencie, mogę zrobić dziecku krzywdę. Potem dopiero przeczytałam, że nie mogłabym dziecku zaszkodzić, będąc spokojną i poddając się falom parcia. Poród był niezbyt bolesny - przyznam, że nastawiłam się na katusze:) Synek urodził się o godz. 15:15, 05.10.09r., był długi na 57cm, ważył 3700g i miał 9 pkt. w skali Apgar. Cały poród trwał ok 6 godz. Sądzę, że to szybkie rozwiązanie wzięło się z tego, iż moja macica przygotowywała się wcześniej do porodu, bowiem już od dwóch dni odczuwałam nieregularne, choć częste i niezbyt bolesne skurcze. Jedyne co mogę rzec, to to jakże jestem wdzięczna Matce Naturze za to, że obdarzyła nas kobiety w hormony, które tak zmieniają naszą percepcję w czasie porodu:)
Pierwszy poród pamiętam jako niezwykły, ponieważ jednocześnie wszystko staje się jasne a zarazem wszystko jest tak nowe. Na swój skomplikowany, niejasny dla mnie na co dzień sposób, poród był taki cudowny! Nie paliliśmy świeczek, nie włączyliśmy muzyki, gdyż nawet nam to nie przyszło do głowy, wszystko było zwyczajne i proste. Tylko ja, mąż i cisza, spokój. Nie ma strachu, jest za to coś pierwotnego i niezwykłego.

Poród w domu dał mi ogromną siłę i wiarę we własne możliwości. Poczucie tego, że panuję nad tym wspaniałym wydarzeniem, nad momentem przejścia mojego dziecka do nowego świata. Poczucie, że zapewniam mu odpowiedni klimat i warunki do godnego początku, bez lęku. Co dziwne, nie bałam się, czułam, że to iż zamiast w szpitalu jestem w domu, jest czymś właściwym, naturalnym. Szpital jest przecież dla ludzi chorych, potrzebujących pomocy. Ja byłam zdrowa, moje dziecko też, więc nic nie stało na przeszkodzie. Lekarze w czasie obu ciąż pytali mnie czy nie boję się tego, że w czasie porodu domowego stanie się coś złego, że nie mam tam zapewnionej odpowiedniej opieki w razie sytuacji krytycznej (poza pomocą położnej). Nie umiem do końca tego wyjaśnić, jednak nie miałam takich obaw. Wiedziałam instynktownie, że w szpitalu bałabym się a wtedy moje opanowanie ulotni się i mnie sparaliżuje strach. Bałam się, że będę musiała podporządkować się woli pielęgniarek i lekarza. Być może musiałabym zażyć jakieś leki na przyspieszenie porodu (za każdym razem rodziłam 9 dni po terminie). Ja tego zamieszania nie chciałam. Nie chciałam, aby ktoś zakłócał mi ten czas, ten moment. Nie chciałam aby ktoś obcy, beż żadnego zaangażowania emocjonalnego, dotykał moje nowo narodzone dziecko, kogoś dla mnie tak ważnego. Poza tym ja wiedziałam, że nic złego się nie stanie! Ktoś może powiedzieć, że to tylko przekonanie, a różne rzeczy mogą się zdarzyć. Jednakże ja uważam, że dużo złego może stać się również w szpitalu, gdyż ludzie i tak nie mają na wszystko wpływu, choćby nie wiem jak bardzo chcieli.

Moja druga ciąża również przebiegała wzorowo, chociaż w trzecim trymestrze podczas badania usg zaszła pomyłka, która wprowadziła w nasze dusze duży niepokój. Mianowicie niekompetentni lekarze podejrzewali u mnie wystąpienie łożyska przodującego, co wykluczało poród w domu. W grę w takim przypadku wchodziło jedynie cesarskie cięcie. Na szczęście ponowne usg, u innego specjalisty, wykluczyło tę ogromnie przykrą dla mnie nowinę. W czasie tej ciąży obawiałam się jedynie, że poród może boleć bardziej niż za pierwszym razem. Poza tym czułam instynktownie, że Córeczka urodzi się w nocy a to również nie dodawało mi animuszu. Jak już pisałam powyżej - pozytywne podejście i nastawienie to podstawa, ale ja niestety nastawiłam się na duży ból. Bóle zaczęły się o 20. Położna musiała dojechać do nas (do Koszalina, bo tam przenieśliśmy się z Łodzi) z Gdańska, więc została poinformowana od razu o rozpoczętej akcji. Na szczęście była to kobieta, potrafiąca wyczuć kiedy jest potrzebna.
 
Cały czas spędziłam z mężem, podczas gdy ona trzymała się na uboczu, tak aby nie zakłócić naszego rytmu przechodzenia przez skurcze. Ten poród był bardziej bolesny (mimo tego, że pobyt w wodzie w wannie bardzo uśmierzał ból), jednakże uważam, że to z racji zmęczenia i pracowitego dnia - dzieciątko urodziło się o 3:20 w nocy, a ja nie drzemałam ani w czasie dnia, ani w czasie skurczy. Cały poród pamiętam bardzo niewyraźnie, tak jak gdyby był to sen nie jawa. Senna/nocna atmosfera. Cudowne znieczulające działanie hormonów i zmęczenie spowodowały, że poddałam się wszystkiemu co następowało bez żadnych oporów, nie próbowałam - jak za pierwszym razem, panować nad wszystkim. Wyłączyłam myślenie i oddałam się całkowicie w ręce swojego ciała... Choć to dziwnie brzmi, tak właśnie było. Nie wiem czy to wynikało tylko z braku sił. Tym razem również nie było świec ani muzyki. Za oknem noc a w pokoju została zapalona jedna lampa, dająca bardzo niewiele światła. Jak przez mgłę pamiętam, że kołysałam się z mężem w rytm skurczy. Zdarzały się wtedy chwile słabości, że nie dam rady. Teraz myślę, że na swój sposób sama się dopingowałam tym biadoleniem:) Wszystko jednak nabrało wyrazu w momencie otrzymania mojej Malutkiej. Czułam się wtedy jak nowo narodzona i co dziwne - nabrałam ogromnej energii :). Poród trwał 7godzin. Córeczka urodziła się 01.08.11r., mierzyła 55cm i ważyła 3540g, miała 10 pkt w skali Apgar.
Nasz dwuletni wtedy Synek nie był obecny przy porodzie. Planowaliśmy, że gdyby poród zaczął się w ciągu dnia Natan pozostałby pod opieką swojej ulubionej sąsiadki. Z racji na późną porę postanowiliśmy poczekać na jego pobudkę. Jednak Synek przespał całą noc snem sprawiedliwego w sąsiednim pokoju, za co jesteśmy mu ogromnie wdzięczni:) Dopiero ok godz 6 obudził się i przywitał spodziewanego-niespodziewanego gościa.

Chciałabym jeszcze dodać, że nasze Maluchy rodziły się LOTOSOWO, czyli po porodzie nie miały odcinanej pępowiny. Moje doświadczenia z porodem lotosowym w obu połogach były takie same – bardzo pozytywne. Dzieci zachowywały się prawie w identyczny sposób. Razem z mężem opiekowaliśmy się Maleństwem, jednak to ja zajęłam się łożyskiem.
 
Po urodzeniu łożyska przenieśliśmy je na durszlak, znajdujący się w misce, którą trzymaliśmy cały czas blisko dziecka. Po kilku godzinach (po odpoczynku) obmyłam łożysko ciepłą wodą, usunęłam krew i osuszyłam w pieluszce tetrowej. Przed owinięciem łożyska w świeżą i suchą pieluchę, obsypałam je solą morską średniej grubości (ta wydaje nam się najlepsza), zawinęłam i położyłam do miski, którą ustawiałam zawsze wyżej niż dziecko i wystarczająco blisko malca. Sól i pieluszkę tetrową zmieniałam co 24 godziny.  
W obu przypadkach pępowinka wyschła do dwóch dni i odpadła po dziewięciu, pozostawiając ślicznie zagojone pępuszki. Łożysko natomiast było ususzone po ok 6 dniach. Szczerze polecam porody lotosowe, ponieważ mają wiele zalet, m.in. dzieci nie są pozbawione tej drogocennej krwi z łożyska a na dodatek są takie spokojne i cichutkie, jakby ukojone. Czytałam o traumie jaką przeżywa dziecko odłączone od swojego "bliźniaka-łożyska"- to uczucie ogromnej straty, strach i ból rozstania. Nie widziałam w rzeczywistości jak zachowują się dzieci, które są łożyska pozbawiane, nie wiem też co dokładnie czują, jednak to co widziałam, gdy patrzyłam na swoje maluchy, jest nie do opisania. To utwierdziło mnie przekonaniu, że postąpiliśmy słusznie. Dzieci miały mniejsze zapotrzebowanie na pokarm (Drogie Mamy- polecam w ten czas laktator), nie płakały, nie było krzyku. Leżały sobie jedynie, gaworzyły i robiły cudne minki:). Co prawda pielęgnacja łożyska może być dla kogoś odrażająca i wymagająca (dokładny opis znajduje się w książce „Lotosowy poród. Narodziny w nowym świetle”), jednakże dla mnie było to czymś przyjemnym. To tak jakbym opiekowała się częścią mojego Skarbu.

Trudniejsze okazuje się kąpanie i ubieranie dziecka (polecamy wiązane na brzuszku bluzeczki i kaftaniki). My radziliśmy sobie postępując zgodnie z zasadami z książki. Problematyczna była zaschnięta pępowina przy pępuszku, która trochę skórę naciągała przy poruszaniu Malucha, jednak dziecko nie odczuwało bólu, to tylko nieprzyjemnie wyglądało:) Moczyłam delikatnie pępowinkę przy brzuszku, aby zmieniać jej kształt w razie potrzeby. Co do karmienia, to pamiętam jak mąż trzymał miskę z łożyskiem ( później już podkładałam pod miskę z łożyskiem poduszki, tak aby łożysko leżało wyżej niż dziecko) a ja oparta plecami na poduszkach karmiłam i delikatnie podtrzymywałam pępowinę, aby nie wykrzywiała skóry. Przy zmianie piersi musiałam delikatnie okręcić pępowinę, tak aby pozostawić skórę nie skręconą. Trzeba kombinować:). Pierwszy raz kąpaliśmy nasze dzieci po odrzuceniu łożyska. Wcześniej przemywaliśmy dzieci myjką. Nie jestem zwolenniczką kąpania dzieci od razu po porodzie. Naturalna powłoka utworzona na powierzchni skóry malucha dawała mu barierę ochronna przed naszą atmosferą i innymi czynnikami. Oczywiście z czasem jak dziecko przyzwyczai się do nowego miejsca i nie ma już pępowiny, nic nie stoi na przeszkodzie do zabaw w wodzie, które tak wszystkie maluchy uwielbiają:)
 
Poza tym nasze pociechy nie zostały na nic szczepione, gdyż po przeczytaniu "Listu prof. Marii Doroty Majewskiej w sprawie szczepionek" uważamy, że szczepienia jedynie szkodzą. Jednakże to tylko nasze przekonanie i nie piszemy o tym po to, aby kogoś przekonywać do swoich racji:)

 Obydwie położne z którymi rodziliśmy, czyli Dorotka z Łodzi i Ela z Gdyni, nie były wcześniej zaznajomione z porodami lotosowymi. Obydwie podeszły do tego poważnie i po głębszym zaznajomieniu z tematem, wspierały nas. Pani Ela dodatkowo zaznajomiła mnie z tematem naturalnego planowania rodziny. Mój pierwszy poród, w którym pod koniec asystowała Dorota, mógł w razie komplikacji lub w przypadku gdyby położna miała dyżur ( co się na szczęście nie stało) odbyć się w szpitalu Kopernika w Łodzi. Wcześniej obejrzałam dokładnie salę i powiem szczerze nie było tak źle:) Mogłabym tam rodzić naturalnie, siedzieć na piłeczce, chodzić w czasie skurczy itp. To już było coś dobrego. Jedyne co mi nie odpowiadało to niecierpliwość Doroty podczas porodu łożyska. Czułam się trochę popędzana, no i przeszkadzało mi lekkie pociąganie położnej za łożysko. To mnie stresowało i jedyny raz poczułam dyskomfort. Podczas drugiego porodu nie miałam takiego zabezpieczenia. Jedyne co nam pozostawało, to jechać do szpitala i mieć nadzieję, że spotkamy "ludzi". Dodam, że 7 dni po terminie byłam na ktg w szpitalu w Koszalinie, ale uciekłam w popłochu, gdy usłyszałam, że już powinnam być na sali z kroplówką oraz że czekanie może tylko dziecku zaszkodzić. Nie pozwoliłam sprawdzać stanu wód płodowych (co to za badanie i czy boli- nie wiem), gdyż obawiałam się niesympatycznej lekarki. Z racji na dużą odległość między nami a położną, istniało ryzyko w postaci tempa porodu (położna mogła nie zdążyć), a także terminów, w których Ela nie mogłaby przyjechać. Położna badała mnie chyba raz (nie chciałam być dotykana, a nie było też potrzeby, aby robić to częściej) za to często sprawdzała tętno Córeczki. Obydwa porody odbyły się w pozycji siedzącej - za pierwszym razem na stołku do porodu, za drugim na kanapie opierając się plecami o męża:) Również w obu przypadkach nie miałam nacinanego krocza (co jak słyszałam, w szpitalach jest częste), a jedynie w czasie pierwszego porodu delikatnie popękałam w trzech miejscach. W czasie porodu nie czułam tego nawet, jednak przy szyciu jest gorzej, tym bardziej dla takiego nadwrażliwca jak ja:)
 
Szczerze polecam wszystkim kobietom, aby poddały się swojemu instynktowi/intuicji tak jak ja to zrobiłam. To nasz wewnętrzny dar i warto w niego uwierzyć! Nie możemy pozwalać, aby strach brał nad nami górę. 

Pozdrawiamy bardzo serdecznie wszystkich czytających;)
Ewelina i Łukasz wraz z Natankiem, Tosią i Maluszkiem, który objawi się nam jesienią.


Autorka: Ewelina,
zdjęcia z archiwum prywatnego Eweliny i Łukasza







poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Rozmowa o porodzie domowym w sosrodzice.pl



„Właśnie ze względu na odpowiedzialność, jaką przyjmuję na siebie: za zdrowie dziecka i swoje, zdecydowałam się na porody w domu, ponieważ na stan zdrowia dziecka zarówno fizyczny, jak i psychiczny wpływa całokształt procesów okołoporodowych. Nie chcę oddawać swojego porodu i dziecka w ręce instytucji, gdzie zależeć to będzie od przypadkowych ludzi, będących akurat na dyżurze. Ciało wie jak rodzić. Przyjmuję odpowiedzialność za poród, świadoma, że wbrew obiegowym opiniom, szpital nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia porodu, w domu jest podobnie..."

O tym jak przygotować się do porodu domowego, czy jest bezpieczny, skąd uprzedzenia i czy każda kobieta może rodzić w domu, na te i inne pytania odpowiadam w portalu  sosrodzice.pl  

Bardzo się cieszę, że jest coraz więcej ludzi i instytucji, które są otwarte na  poszerzanie świadomości w tej kwestii, na przybliżanie kobietom opcji innych, niż porody szpitalne. Każda kobieta ma prawo wybrać sposób i miejsce porodu. Ważne by miała taka wiedzę i podjęła świadomą decyzję odpowiednio się przygotowując.