sobota, 6 września 2014

Powitanie Bobka, czyli jak urodziłam Trolla

Dzisiaj opowieść, która troszkę czekała na publikację... Przepraszam za wakacyjne lenistwo <3

Cudny poród, który na skutek medyczno-systemowych okoliczności musiał odbyć się w domu bez asysty.  Rodzice bardzo porządnie przygotowali się do tego samodzielnego przyjęcia
. Trzymałyśmy  za ten poród mocno kciuki na jednej z grup fb, wysyłałyśmy kobiecą moc, aby wesprzeć Mamę. Nie mogło więc być inaczej, niż przepięknie i oczywiście domowo. Przeczytajcie relację porodową Eli, a na końcu czeka niespodzianka ;)


Lekarz roztaczał przede mną czarne wizje przenoszonej ciąży i miliarda komplikacji przy porodzie.
Wciskał skierowanie do szpitala i próbował zmusić, żebym dała poród wywołać. W końcu według jego obliczeń ciąża miała już 43 tygodnie.
Byłam pewna, że się myli i że jest dopiero 41 tydzień, więc spokojnie robiłam swoje. Czyli co? Czekałam czytając kolejny raz te same książki o porodach domowych. Czekało nas podwójnie ważne zadanie. Powitać na świecie trzecie dziecko i do tego zrobić to bez fachowej pomocy.

Byłam wielu rzeczy absolutnie pewna od samego początku, dlatego spokojnie przyjmowałam kolejne dni oczekiwania. Jednak nie tak spokojnie już przyjmowałam trollowanie przez moje dziecko. Najpierw Bobek obrócił się pupą do świata. Lekarze nie chcieli mi pomóc w obróceniu maleństwa, bo oczyma wyobraźni widzieli już cesarkę. Jakoś udało mi się go namówić na właściwe ułożenie. Przyjmowałam pozycję żaby, głaskałam bobasa przez brzuch i namawiałam do obrotu.

 Poprzednie dzieci rodziły się w pełnię, to postanowiło wyłamać się ze schematu i urodzić się później. Jednak żeby mi nie było za łatwo Bobek postanowił wywołać dwa „fałszywe alarmy”. Już wtedy tata przemianował Bobka na Trolla.

Czekałam więc na mojego synka planując poród, szyjąc mu pościel i gromadząc miliard innych ważnych rzeczy. Zgromadziłam muzykę do porodu, kupiłam moje ulubione kadzidełka, rozstawiłam świece, żeby dzieciątko nie rodziło się przy pełnym świetle… Jednym słowem wicie gniazda pełną parą.

W piątek 18 kwietnia Bobek zażartował sobie ze mnie trzeci raz. Cały wieczór miałam skurcze, ale kiedy tylko weszłam do wanny wszystko się zatrzymało i nie wróciło. Śmiałam się, że Bobek czeka na wielkanocną wyżerkę, koleżanki dokładały, że przygotowuje się do sobotniego malowania jajek
W sobotę wyspałam się za wszystkie czasy i nawet dwoje skaczących po domu dzieci nie dało rady obudzić mnie przed dziesiątą. W końcu najstarszy syn postanowił jęcząc wymóc na mnie podniesienie się i pomalowanie jajek. Wypiłam kawę, dobudziłam się do końca, ugotowałam jajka do malowania, spojrzałam na zegarek i nadszedł pierwszy skurcz.

Dokładnie w południe Bobek postanowił o sobie przypomnieć. Byłam pewna, że znów robi sobie z mamusi żarty więc zagotowałam wodę, rozrobiłam barwniki i zaczęliśmy zabawę. Pół godziny później byłam pewna, że tym razem, to nie żarty i poprosiłam męża, żeby córkę odprowadził do dziadków. Krótko po jego telefonie przyszła babcia i sama zabrała Zosię, a my we troje z mężem i Robertem dalej malowaliśmy jajka. W przerwach między skurczami wkładałam i wyjmowałam jajka z barwników i starałam się nie okazać synowi zniecierpliwienia, bo powoli ból stawał się coraz większy. Obiecałam mu, że zrobimy te jajka i nie mogłam tak w połowie powiedzieć, że mam dość.

W końcu nadszedł upragniony moment, kiedy skończyliśmy i mogłam wysłać syna do dziadków. Musiałam go jeszcze przekonać, że bardziej przyda się babci przy opiece nad Zosią niż mnie przy rodzeniu Bobka. Aż do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy pozwolić mu zostać. On bardzo chciał, ale kolejne skurcze przekonywały mnie, że chcę ciszy, spokoju i jak najmniejszej liczby osób. Syn w końcu zgodził się pójść do dziadków, ale musiałam mu obiecać, że jak tylko urodzę, to po niego zadzwonię i będzie mógł przyjść od razu do nas. Obiecałam i z westchnieniem ulgi, bo akurat skończył się kolejny skurcz przyjęłam chwilę, kiedy mąż zamknął drzwi na zamek. Zostaliśmy sami, a na drzwiach od zewnątrz zawisła kartka dla sąsiadów, że właśnie rodzę, przepraszam za hałasy, niech poczęstują się cukierkiem i idą do domu.

I od tego momentu przekonałam się, że całe moje planowanie, to tylko pobożne życzenia.  Muzyka do porodu pomagała mi bardzo i choć ból był coraz silniejszy tańczyłam i śpiewałam (o ile można nazwać tańcem kiwanie się ogromnego słonia i jego pojękiwanie w trakcie skurczów ). Ktoś te dźwięki nazwał wokalizacją, a ja podczas kolejnego skurczu usłyszałam sama siebie i przed oczami stanął mi ranny mors. Zapaliłam kadzidełko, ale okazało się że jego zapach nagle jakoś potwornie mnie drażni i dusi. Zarządziłam wietrzenie, bo nie mogłam oddychać. Krążyłam po pokoju podrygując, lub opierając się o stół i wydając dźwięki rannego morsa, co za każdym razem mnie niezmiernie bawiło. Śmiech jako reakcja całkowicie poza kontrolą. Uświadomienie sobie tego wywołało kolejną falę radości. Piłka do skakania leżała w kącie, bo wystarczyło, że na nią spojrzałam, i od razu ból wydawał mi się większy.

Około 14 skurcze były już na tyle silne, że postanowiłam wejść do wanny. Wiedziałam, że to potrwa, więc włączyłam radio i ulokowałam się w wannie, która nagle okazała się za mała, za płytka, niewygodna, za to ciepła woda dawała ulgę i to było najważniejsze. Pamiętałam poprzednie porody i byłam w stanie określić rodzaj skurczy. Zamknęłam się sama w łazience i starałam się czytać książkę między skurczami. Nie udawało się więc skupiłam się na radiu. Chciałam posłuchać jakiejś przyjemnej muzyki. Okazało się, że syn przestawił stację na RMF, a ja nie miałam już siły wyjść z wanny i szukać czegoś innego. Pal licho niech leci jakieś disco błysko, byle grało. O 15 zawołałam męża, żeby spytać, czy ma przygotowany aparat i zlecić ogarnięcie do porodu łóżka. Wyliczyłam między kolejnymi skurczami gdzie co leży, co ma gdzie położyć…

Nie udało mi się skończyć zdania, bo odeszły mi wody. Nadal mam jeszcze dużo czasu – pomyślałam, bo odejście wód jeszcze o niczym nie świadczy. Skurcz za skurczem sprawiały, że powoli miałam już dość bólu. Przy każdym kolejnym skupiałam się na tym, czego się nauczyłam. Nie napinać mięśni, nie zapierać się nogami o brzeg wanny, starać się rozluźnić twarz, skupić się na dziecku. Starałam się pamiętać o tym wszystkim i jakoś o dziwo mi się to udawało. Czułam kontrolę nad swoim ciałem, ale tylko od wewnątrz. To co działo się na zewnątrz było zupełnie poza mną. Zorientowałam się, że mąż nie wyszedł z łazienki, za to „wisi” nade mną oczekując na coś. Na co? Nie wiem, zapomniałam co mówiłam. Zupełnie nie zauważyłam, że podczas jednego ze skurczy szarpnęłam głową do tyłu nabijając sobie guza o ścianę, mąż spytał mnie czy rzeczywiście chcę słuchać audycji o Janie Pawle II…

Co? Jaka audycja? Kit z radiem, niech się tam wydziera co chce. Ja tu rodzę! Nie dotykaj mnie!!! Uświadomiłam sobie, że nie odzywam się, za to mężowi dałam po łapach, żeby nie dotykał mojego kolana Skupiałam się na Bobku. Czułam jak powoli w trakcie skurczu przesuwa się i odpycha nogami. To było magiczne i niesamowite. Czułam jak moje maleństwo pomaga mi i sobie. Chyba powinnam już wyjść – pomyślałam w trakcie wyjątkowo silnego skurczu. Znów porównałam poprzednie porody i przypomniałam sobie, że chwilę przed skurczami partymi pojawiał się ból z tyłu pleców, a wzdłuż kręgosłupa przechodził mi „prąd”. Tym razem jednak miało być inaczej. Skurcz płynnie zmienił się w party a ja zdziwiona zakomunikowałam mężowi: Wychodzi.

Ja z wanny nie wychodzę, dziecko wychodzi. Niesamowite uczucie kontrolowania skurczy. Czułam, że chcę przeć, ale nie poganiałam malucha. To on musi mi narzucić tempo, to on decyduje jak szybko pojawi się na świecie. Czułam jak maleństwo podczas skurczu przesuwa się coraz bliżej i bliżej. Jeden skurcz, drugi, a przy trzecim wyszła główka. Chwilkę potem poczułam jak obraca się i bardzo mocno odbija się nogami. Wtedy pomogłam mu wyjść do końca.

Mąż ogarniał aparat, a ja tuliłam synka. Synka?

Ty mały trollu jesteś dziewczynką. Urodziłam kolejna modelkę, w szelkach z pępowinki. Mąż okrył ją pieluchą i stojąc nad nami dygotał ze wzruszenia. Magiczne i wspaniałe uczucie patrzeć na jego szczęście, na naszą spokojną i różowiutką córeńkę. Głaskałam ją i tuliłam popłakując z radości.

Pół godziny później urodziło się łożysko, przewiązaliśmy pępowinę i tym razem to ja ją odcięłam. Myślałam, że mąż będzie chciał zrobić to sam, ale uznał, że to ja powinnam, należy mi się Wziął małą na ręce a ja ogarnęłam się i poszłam do pokoju. Usiadłam  w fotelu i delektowałam się chwilą.

Ten cudowny i najwspanialszy moment, kiedy bierze się w ramiona swoje nowo narodzone dziecko jest najlepszy w życiu kobiety. Ja miałam to szczęście trzy razy i każdy z nich będzie moim najpiękniejszym wspomnieniem...

Trollusia kilka godzin po narodzinach
  

Autorka: Ela, zdjęcie z archiwum domowego autorki  

Dziękuję Elu 

ZBIÓR PRZYDATNYCH LINKÓW O KARMIENIU PIERSIĄ


Na grupie " Karmiące Cyce na Ulice " (FB), którą założyłam kilka lat temu i konsekwentnie prowadzę , bardzo często prosicie o linki do artykułów, na najcześciej pojawiające się tematy. Postanowiłam więc , że stworzę na blogu miejsce, gdzie umieszczę ważne linki, do których odsyłam Rodziców chcących wiedzieć więcej o KP, lub szukających odpowiedzi na nurtujące je pytania...



OGÓLNIE O LAKTACJI I KARMIENIU PIERSIĄ

FIZJOLOGIA LAKTACJI


WYTYCZNE ORGANIZACJI ZDROWIA
KARMIENIE PIERSIĄ W STANDARDZIE OPIEKI OKOŁOPORODOWEJ MZ
ZALECENIA MINISTERSTWA ZDROWIA 
KOMUNIKAT MINISTERSTWA ZDROWIA W/S ŻYWIENIA NIEMOWLĄT

SIATKI CENTYLOWE WHO DLA DZIECI KARMIONYCH PIERSIĄ 

WAGA DZIEWCZYNKI
WAGA CHŁOPCY

WZROST DZIEWCZYNKI
WZROST CHŁOPCY 


LEKI

STOSOWANIE LEKÓW PRZY KARMIENIU PIERSIĄ- OGÓLNE ZASADY


ŻYWIENIE DZIECKA KARMIONEGO NATURALNIE



STOMATOLOGIA A KARMIENIE PIERSIĄ  
KARMIENIE PIERSIĄ NIE POWODUJE PRÓCHNICY U DZIECI
ZNIECZULENIE STOMATOLOGICZNE  A KARMIENIE PIERSIĄ



  MATKA KARMIĄCA W PRACY - PRAWO- KODEKS PRACY 

CZAS PRACY -ETATY 
PRZERWA W PRACY, WYMIAR ORAZ DO KTÓREGO ROKU ŻYCIA DZIECKA 

 ZBIÓR W TRAKCIE CIĄGŁEGO UZUPEŁNIANIA
w przygotowaniu FAQ najczesciej zadawanych pytań na grupie wparcia dla mam karmiących naturalnie KCNU  

niedziela, 1 czerwca 2014

Karmiące Cyce na Ulice 2014


W ramach wyjątkowego Tygodnia Promocji Karmienia Piersią, który odbywa się w Polsce w dniach 26maja-1 czerwca Karmiące Cyce na Ulice organizują z tej okazji flashmob Karmiących Mam.
Chcemy pokazać i podkreślić, że matki maja prawo karmić piersią wszędzie w przestrzeni publicznej, a dzieci mają prawo do najlepszego pokarmu, jaki można im dać i jest to istotny element promocji zdrowia. Chcemy tez pokazać, że karmienie piersią nie ogranicza się w czasie do sześciu pierwszych miesięcy.





Miasta wg kolejności alfabetycznej: 

BIAŁYSTOK zaprasza:
1 czerwca 2014 roku, niedziela, godz. 12.00 – flashmob, Karmiące cyce na ulice, plac przed Teatrem Węgierki ( Emilia Jaworska )

BYDGOSZCZ 1 czerwca, niedziela g. 12.00 ,Wyspa Młyńska- stoisko Mlekoteki które znajdziecie na Wyspie Młyńskiej podczas Bajkowej Bydgoszczy ( Joanna Piskuła )

GDYNIA 1 czerwca , niedziela g. 10:30 - 12:30 Piknik "Kocham życie. Pełną piersią!" przy stole piknikowym w Parku Rady Europy (od strony Teatru Muzycznego). ( Kaja Bluma )

GORZÓW - 1.06, niedziela, godz. 12:00, pomnik A. Mickiewicza (po drugiej stronie AWF) spotkanie flashmobowe Mam Karmiących Piersią ( Anna Szulwińska )

KONIN- 1 czerwca, niedziela, g. 13.00 Park Chopina Stary Konin spotkanie flashmobowe Mam Karmiących Piersią .( Kamila Jakimowicz )

KRAKÓW - 1 czerwca , niedziela g. 12.00 Karmiące Mamy spotykają się przy Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego na Powiślu, a potem przemieszczą się bliżej smoka i Smoczej Jamy gdzie odbywa się impreza miejska. ( Olga Płuciennik )

ŁÓDŹ- 1 czerwca, niedziela, g. 13:00 Park im. Adama Mickiewicza, Sjesta w Julianowskim spotkanie Mam Karmiących Piersią obok placu zabaw w parku ( Marta Janiszewska-Desperak )

POZNAŃ - 1 czerwca , niedziela g. 11 spotkanie flashmobowe Mam Karmiących Piersią - Plaża miejska między mostami Rocha i Chrobrego - przy KontenerART ( Justyna Socha )

SOPOT - uwaga 31 maja - Sobota, 12:00 Piknik "Kocham życie. Pełną piersią" (w ramach TTPKP)
Trawnik przed Zatoką Sztuki ( Zuzanna Kołacz-Kordzińska )

SZCZECIN - 1 czerwca, niedziela, godz. 12.00 Piknik Jasne Błonia, przy pomniku Jana Pawła II ( Anna Mro )

WARSZAWA 1 czerwca, niedziela g. 13.00 Pole Mokotowskie Piknik Masa Krytyczna Dzieci Fundacji MaMa -(od strony Ronda Jazdy Polskiej, za pomnikiem, miejsce charakterystyczne, bo z girlandami i kocami)MOzna tez dołączyc wczesniej do marszu Dziecięca Masa Krytyczna o o 13 wylądowac z marszem na Polach... ( Hanna Li )

WROCŁAW - 1 czerwca , niedziela, g 12.00 w ramach sesji zdjęciowej Mlekoteki - flashmob Karmiących Cyców - Ruda Kita Jedności Narodowej 93a ( Justyna Walczak )

ZIELONA GÓRA, 1.czerwca, niedziela, GODZ.12. Deptak, pomnik Bachusa, poznajmy sie, pogadajmy:)
Tego dnia na deptaku ZGrana Rodzina robi duze wydarzenie na Dzien Dziecka. ( Luli Hypki )

ZACHĘCAMY BARDZO wszystkie mamy karmiące piersią, które nie chcą, nie mogą przybyć na zorganizowane spotkania, aby tego dnia ( 1 czerwca ) w całej Polsce, niezależnie od tego gdzie będą aktualnie przebywały, nakarmiły swoje dziecko w przestrzeni publicznej między godzinami 12:00-15:00 jako wyraz solidarności z wszystkimi mamami karmiącymi piersią.


https://www.facebook.com/groups/217536521602719/permalink/749177755105257/

Bądźcie z nami :) 

Media o naszej akcji :










 

wtorek, 11 marca 2014

Domowy poród Anny

Relację z swojego domowego porodu Anna napisała już dawno, rok przeleżała w jej komputerze, chwilę także w moim ( za co przepraszam) , ale dziś wreszcie możecie ją przeczytać.
Opowieść tak optymistyczna jak wiosenne słońce za oknem :)



Bardzo dobrze pamiętam mój pierwszy poród, dwa i pół roku wcześniej.
Krótko i szybko. Dojechaliśmy do szpitala na Żelaznej piętnaście minut przed tym, jak nasz syn pojawił się na świecie. Nie było czasu na żadne procedury, wenflony, lekarskie interwencje, ktg.
Weszłam do wanny i urodziłam, w towarzystwie męża i wspaniałej położnej, przy zgaszonych światłach, w ciszy. Potem dwie i pół godziny przebywaliśmy z dzieckiem. Wzorowo. Pobyt w szpitalu – w czystej sali z łazienką, w towarzystwie dwóch świetnych dziewczyn. Wymarzony poród kobiety, która planuje rodzić w szpitalu.

Cztery miesiące później ktoś zaszczepił we mnie myśl – może następnym razem w domu? „Skoro rodziłaś tak szybko, to następnym razem mogłabyś nawet nie zdążyć do szpitala“. W domu? No tak, to przecież możliwe! Wcześniej nawet o tym nie myślałam...

I przyszedł czas, żeby zacząć myśleć bardziej intensywnie. Niecałe dwa lata później – dwie kreski na plastikowej płytce. Wtedy od razu wiedziałam, że będę chciała rodzić w domu. Research, rozmowy z położną, wielki wywiad – czy rzeczywiście będę mogła. I moje przygotowania. Chyba najwięcej dała mi lektura Ireny Chołuj i Iny May Gaskin. Byłam tak podekscytowana tym, co czytałam, i przede wszystkim tym, co mnie czeka, że prawie codziennie śniło mi się, jak rodzę.
Mniej więcej miesiąc przed terminem umówiłam się z położnymi, że będę dawała znać OD RAZU, żeby na pewno zdążyły dojechać – jeśli miałoby być tak szybko, jak poprzednim razem. Modliłam się, żebym sama wiedziała, że to JUŻ, a nie – skurcze przepowiadające. Męczył mnie już wielki brzuch, coraz częstsze skurcze Braxtona – Hicksa, ale przede wszystkim – potworne przeziębienie.

Pewnej nocy nie mogłam spać, z zatkanymi zatokami i ciężką głową siedziałam na łóżku, mąż masował mi nogi, a ja jęczałam, że muszę koniecznie wyzdrowieć przed porodem, w przeciwnym razie nie będę miała siły. Nad ranem, kiedy próbowałam się przespać, obudził mnie skurcz. Sześć minut później pojawił się kolejny, po siedmiu minutach kolejny. Czekałam podekscytowana na czwarty – ale nic. Udało mi się zasnąć.

Kilka godzin później obudził mnie tupot małych nóżek, których właściciel przybiegł na poranne karmienie. Razem wręczyliśmy tacie prezent urodzinowy. Dużo śmiechu, sto-lat-sto-lat, karmienia ciąg dalszy. I bolesny skurcz, taki, jak te w nocy. Kilka sekund po nim – pęknięcie pęcherza płodowego. Ucieszyłam się, że nie ma wątpliwości – rodzę! Zaczęło się!

Wyskoczyliśmy z łóżka, mąż ogarnął telefony do położnych i do swojej siostry, która w czasie porodu miała się zająć starszakiem. Starszak chodził w piżamie po domu i „pała buff, koła wjuch, pampemp powoli jak ziuf ociemdziale...“, a ja realizowałam moje sny o porodzie.

Najpierw pod prysznic, bo choć nie jestem wypoczęta po nieprzespanej nocy, to chcę być chociaż czysta i pachnąca. Udał się akurat między skurczami. Jeszcze tylko świeży ciuch i siadam na piłkę, którą ustawiam sobie w drzwiach do dużego pokoju, pod drążkiem do ćwiczeń. Na drążku zawieszam rebozo, żeby było na czym się oprzeć. Siedzę w samym środku domu, stąd widzę wszystko: męża, który równocześnie robi owsiankę, szykuje cytrynę i sodę do mycia wanny, woła młodego na poranne zabiegi higieniczne.
Kolejny skurcz. „Anusiu. Co chcesz, żebym zrobił?“ „Przygotuj łóżko, może tam będę chciała rodzić, włącz tę płytę, którą wczoraj kupiliśmy, włącz lampki na choince, chcę, żeby było ładnie. Chcę, żeby w sypialni było ciemno. Czy Twoja siostra już jedzie?“ P
Po chwili przybiega ubrany synek i powtarzamy to, co ćwiczyliśmy na wypadek, gdyby jego ciocia nie zdążyła dojechać: wyjemy jak słonie, muczymy jak krowy, warczymy jak lwy, parskamy jak konie. Robimy głupie miny. On – udaje, ja – robię to wszystko naprawdę. Tak mijają dwa skurcze. Są chyba co jakieś cztery minuty, nie skupiam się specjalnie na mierzeniu czasu.

Mąż już wymył wannę, kroi teraz z młodym jabłka. Dzwoni domofon –dotarły położne. Śmieją się ze mnie, że rodzę na wprost wejścia. Ja też się śmieję – między skurczami są na tyle duże odstępy, że mogę spokojnie odpocząć. Co ciekawe – nie ma śladu po katarze, który męczył mnie przez ostatni tydzień, mogę spokojnie oddychać nosem, zatoki nie bolą.

Wpada zziajana ciocia młodego i przyłącza się do budowy trakcji kolejowej w jego pokoju. Niechętnie wstaję z piłki na badanie – tak mi na niej wygodnie. „No tak, tego się spodziewałam...“ „Ale co? Że dwa centymetry, że dziewięć centymetrów?“ „Siedem centymetrów. Ty do mnie pół godziny temu dzwoniłaś, że ci wody odeszły!“ O tak, dziękuję mojemu ciału, że jest dla siebie takie łaskawe.
Kolejny skurcz, otwieram usta najszerzej, jak mogę. I może ten skurcz byłby bolesny. Może. Ale dziewczyny robią coś, co sprawia, że czuję tylko wysiłek mojego ciała, a nie ból – ciepłe okłady na brzuch i równoczesny przeciwucisk miednicy wprowadzają mnie w błogostan.

Jeszcze jeden skurcz i zaczynam czuć napieranie. „Gdzie chcesz urodzić?“ Zastanawiam się chwilę – na łóżku – chyba będzie mi jakoś za miękko. W pokoju – nieee, za dużo miejsca. Jednak w wannie. Tak rodziłam młodego i było super.
Idziemy do łazienki, mąż już zdążył napełnić wannę wodą. Kucam w wodzie, robi mi się lekko (wreszcie nie trzeba dźwigać tego brzucha!) i po chwili przychodzi skurcz.
Pamiętam, żeby nie przeć, nie robić nic na siłę, że to się i tak stanie.
Nagle słyszę, jak krzyczę, wręcz wrzeszczę, czuję, że robię to z całych sił, albo raczej – to się robi samo. Przypominam sobie teraz stwierdzenie, że „wydawanie dźwięków pomaga przy porodzie“. Ja nie wydaję dźwięków, ja jestem jednym wielkim dźwiękiem, nad którym nie mam żadnego panowania. On powstaje sam, jest tak długi, że w życiu nie spodziewałabym się, że starczy mi na to powietrza w płucach. I czuję niewyobrażalną siłę, jaka we mnie jest. To mi daje taką satysfakcję, a równocześnie jest tak wyczerpujące, że kiedy fala opada, prawie przysypiam ze zmęczenia, czekając z niecierpliwością na kolejny przypływ.

Opieram się na rękach męża, między skurczami zaczynam już wyć ze zmęczenia, w skurczach nie mogę wyjść z podziwu dla tej siły, która we mnie działa. Dziewczyny coś mówią: „pięknie rodzisz“, a ja się czuję jak hochsztapler – bo to przecież nie ja, to się samo dzieje! Czuję, że to już będzie ostatni skurcz.

I jest. Sara. Kładę się w wannie z tym fioletowo-różowym stworzeniem na brzuchu tak, żeby było zanurzone. Stworzenie najpierw chwilę pojękuje, a potem otwiera szeroko oczy i pełznie na górę, jakby planowało i ćwiczyło tę wyprawę w stronę piersi co najmniej od tygodnia. Pępowina jeszcze tętni, Sara ssie i stęka, a my wszyscy czworo śmiejemy się z niej, że nie traciła czasu, tylko od razu wzięła się do roboty.

Rodzę łożysko, oddaję Sarę tacie i myję się z pomocą dziewczyn. Potem idziemy do sypialni, gdzie obłożona poduchami i przykryta kołdrą leżę z mikrodziecięciem, a położne mnie oglądają. Mąż karmi mnie niedojedzonym wcześniej śniadaniem. Po kilkunastu minutach wpada Młody i nie posiada się z radości widząc siostrę. Jest zachwycony jej malutkimi rączkami, nosem. „O, Sala jest już na łóżku, a była w brzufu mamy!“ .

Anna z dziećmi


I tak sobie gadamy, pijemy herbatkę, ja z córką wśród poduch i kolejne przysiadające się na skraju łóżka osoby. Po kilku godzinach zostajemy tylko my – we czwórkę. Jemy obiad. Mąż ogarnia jeszcze kuchnię, dzieci śpią, ja próbuję spać, ale mi nie wychodzi. Patrzę na Sarę – przykrytą naszą ciemną wielką kołdrą, w sypialni, przy świetle lampki nocnej.

Wstaniemy jutro rano – nie wiem, o której godzinie. Jak się wyśpimy. Nikt nas nie zbudzi. Jest tak normalnie – jak w normalne wakacje po wielkim wysiłku.


Autorka: Anna
Zdjęcie z archiwum domowego.


Dziękuję :)

wtorek, 31 grudnia 2013

Nowy Rok 2014 !!!


Kochani, kolejny rok za nami...
W Nowym Roku 2014 życzę przede wszystkim domowego, rodzinnego ciepła i oczywiście pięknych porodów....    
                                                     Udanej zabawy sylwestrowej !!!



czwartek, 5 grudnia 2013

Karmiąca Mama u lekarza...

 Dziś miała być kolejna z nadesłanych przez Was opowieści porodowych, ale będzie o czymś innym. 
Pewna Mama przysłała do mnie ten tekst z prośbą o publikację... Temat ważny i przewijał się już niejednokrotnie na fejsbukowej grupie Karmiące Cyce... Przeczytajcie.


W trakcie mojego karmienia piersią - czyli przez cały ubiegły rok – spotykałam kilku różnych lekarzy: ginekologów, internistów, pediatrów… Nigdy nie oczekiwałam, że któryś z nich wystawi mi laurkę za długie karmienie piersią albo włączy fanfary przy wejściu do gabinetu. Właściwie to nie oczekiwałam od nich niczego. Albo wręcz przeciwnie? Myślałam, że może któryś z nich wycedzi: „To dobrze, że karmi pani swoje dziecko własnym mlekiem” lub inny podobny banał. Spodziewałam się, że większość lekarzy – jeśli nie wszyscy – będzie miało wiedzę dotyczącą laktacji w znacznym stopniu przewyższającą moją, a okazuje się, że 95% z nich należy się dwója! I nie mam tu na myśli kosmetycznych błędów, ale wielBŁĄDy!!!
Jak ktoś, kto nosi tytuł specjalisty medycyny rodzinnej może wygadywać bzdury o tym, że rok to i tak długo na karmienie piersią, a potem nie ma już żadnych immunoglobulin w mleku? Komunikat w tej sprawie wydało kilka miesięcy temu polskie Ministerstwo Zdrowia, które zarekomendowało wyłączne karmienie piersią niemowląt do ukończenia 6 miesiąca życia oraz kontynuację karmienia piersią przy jednoczesnym podawaniu pokarmów uzupełniających nawet do ukończenia przez dziecko drugiego roku życia i dłużej. Lekarzy to nie interesuje?
Nie chodzi mi o żonglowanie argumentami, o intelektualne spory dotyczące mleka modyfikowanego, a karmienia naturalnego. To, co uderzyło mnie najbardziej podczas mojej wizyty z niekończącym się przeziębieniem, to sytuacja, w której lekarz nie skupia się na moim problemie, z którym przychodzę, ale mówi mi – nie pytając o moje zdanie – kiedy mam odstawić własne dziecko od piersi! Mam odstawić je już, teraz! Dlaczego? Ano dlatego, że niekarmiącą mamę łatwiej się leczy według wyuczonych schematów. To jest analogiczna sytuacja, w której przyszedłby pacjent z cukrzycą, a doktor zamiast leczyć zapalenie korzonków biadoliłby na jego wysoki poziom cukru.
Podczas tej wizyty w gabinecie zaczęłam odczuwać zniewolenie. Doktor – autorytet mówi mi, co mam robić. Nie znaleziono dla mnie czasu na rozmowę, czy ja tego odstawienia chcę, nie zostałam zapytana o bilans korzyści moich i mojego dziecka, doktor nawet nie zapytał, czy mnie karmienie spełnia, czy mnie męczy, nie zadręczał się kto zapłaci za puszki mleka modyfikowanego.
- „Ile ssak ma? Rok? No to już czas odstawić”.
Moja odpowiedź:
- „Nie wydaje mi się, Panie Doktorze”.
- „A to dlaczego?”.
I kolejny raz mam tłumaczyć się obcemu człowiekowi ze swoich wyborów i decyzji życiowych. Nie chcąc wgłębiać się w ideologię, powołuję się na AUTORYTET.
- „Ponieważ prof. Lubiński zalecił mi długie karmienie piersią” (Prof. Lubiński jest słynnym w Szczecinie i Polsce genetykiem, zajmującym się badaniami nad mutacją genu BRCA/BRCA1 odpowiedzialnego za raka piersi).
Po chwili milczenia – widać sprawa nie daje lekarzowi spokoju, dopytuje:
-„A co z tym dzieckiem jest nie tak, że ma być tak długo na piersi?”. Okazuje się, że jednak prof. Lubiński nie jest tak sławny w środowisku medycznym, jak myślałam, że jest. Słysząc taką wypowiedź, lekko się podłamałam. Zamiast zakończyć wizytę, wytłumaczyłam.
-„Tu nie chodzi o dziecko, tylko o mnie. Karmienie piersią jako prewencja raka sutka – słyszał Pan o tym?”
Nie odpowiedział, ale widać sprawa męczyła doktora dalej, bo poszedł po innej linii oporu.
- „No ale przecież kiedyś musi Pani odstawić to dziecko od piersi!”
Rozmowa w tym stylu to odbijanie piłeczki od ataku do obrony. Nie biorę udziału w takich dyskusjach, bo nie widzę powodu dla którego miałabym tłumaczyć się komuś, kto nie ma wiedzy i nie ma też chęci by tę wiedzę zdobyć, dlaczego postępuję tak, a nie inaczej. Bardzo dużo mi ta wizyta dała – pokazała mi, że człowiek ubrany w biały fartuch, w atrybut autorytetu, swoimi rękoma doskonale potrafi ulepić pacjenta w dowolny kształt. Pacjent – nie przychodzi zdrowy do lekarza – często ma temperaturę, boli go brzuch, noga, głowa, oko, gardło i nie ma siły spierać się z doktorem o formę terapii. Często też pacjent nie ma wiedzy. Niestety tym razem pacjent – czyli ja – nie pasował do żadnej z wcześniej przygotowanych foremek. Pewnie gdyby chodziło to tylko o mnie – sprawy inaczej by się potoczyły. Karmienie piersią nie jest tylko dla mnie – jest dla mojej córki, która tego potrzebuje, ale też potrzebuje w coraz mniejszych odstępach czasu. Czy odstawienie jej z dnia na dzień, z chorą mamą u boku, byłoby dla niej dobre? Czy doktor pomyślał o tym, kto miałby wstawać w nocy przygotować proszek i podać go w butelce? Ja chora, czy niewyspany tata? Dlaczego mam płacić za mleko w proszku, skoro mam swoje za darmo i to tysiąc razy lepsze?
Mam wrażenie, że nie poddałam się podczas tej wizyty, ale po wyjściu z gabinetu przytłoczyło mnie wszystko, co usłyszałam. Nie dostałam żadnego leku, ponieważ dwa sprawdzone w pharmindexie nie nadawały się dla mam karmiących. W Internecie bez problemu można znaleźć laktacyjną listę leków – jest ona dostępna bez zalogowania i rejestracji, wystarczy poszukać. Jeden telefon po wsparcie duchowe do doradcy laktacyjnego i stanęłam na nogi. A ile kobiet uwierzy akurat temu doktorowi, że MUSIAŁY odstawić dziecko od piersi?
Wolałabym sytuację, w której doktor mówi: „Nie specjalizuję się w leczeniu ciężarnych i karmiących kobiet. Mam problem z doborem leków. Nie mam doświadczenia. Proszę udać się do mojego kolegi X. Przykro mi, nie mogę Pani pomóc”.
By usłyszeć takie sformułowanie trzeba mieć przede wszystkim odrobinę klasy i wiele pokory. Trzeba cechować się szacunkiem do swojego pacjenta i przyznać się do swojej indolencji, a tego widać nie uczą podczas trudnych sześciu lat studiów medycznych, ani nie wynosi się tego z rodzinnego domu.

Autorka: Mama N. 

 Napiszcie jakie miałyście własne doświadczenia i jakie są Wasze oczekiwania wobec środowiska medycznego, jeśli chodzi o kompetencje lekarzy i wspieranie naturalnego karmienia, czyli karmienia piersią...
ps. Komentarze ukazują się z opóźnieniem

 

wtorek, 3 grudnia 2013

500+

Kochani,  małe święto... 

Strona Rodzimy w Domu na Facebooku  ma już ponad 500 fanów !!!
Z tej okazji, dzięki Fundacji Świadomość Ziemi, mam dla Was do rozdania 3 książki :
"Narodziny w nowym świetle" autorstwa Shivam Rachana.
Proszę chętnych o wpisanie w komentarzu na stronce RWD na FB " pół tysiąca" ,  wylosuję 3 osoby. 

Czekam 5 dni -losowanie w niedzielę.  Dziękuję, że jesteście <3 






poniedziałek, 2 grudnia 2013

" Pół Tysiąca " - akcja Karmiące Cyce na Ulice


Dzień dobry dzisiaj :)

Z tej prześwietnej okazji, że nasza grupa facebookowa Karmiące Cyce na Ulice liczy już ponad pół tysiąca zapraszam do akcji ...

Z okazji pół tysiąca członkiń naszej grupy, proponuję, aby każda mama wstawiła fotkę jak karmi, pokażmy się . Bardzo chciałabym zobaczyć pół tysiąca fotek karmiących Mam.

Nasza grupa karmiące Cyce na Ulice jest otwarta, więc Wasi znajomi będą widzieli w powiadomieniach, że umieściłyście fotkę. Umieście taka fotkę, którą Waszym zdaniem mogą zobaczyć Wasi znajomi i nieznajomi...
Właśnie taki jest cel tej akcji, pokazujemy światu jak karmimy, bo jest to normalne, cudowne, wspaniałe, naturalne i najlepsze dla dziecka... Pokażmy tez, że można karmić nie tylko w domu i nie tylko niemowlęta... , a jeśli macie znajomych, którzy to jakoś głupio skomentują, to cóż... przynajmniej ich edukujemy w tym zakresie, że piersi to nie są zabawki dla facetów ( przy okazji natura daje bonus naszym mężczyznom, ale główna rola piersi to wykarmienie potomstwa), a karmienie to nie pornografia. 

Nie wstydzimy się naszego karmienia piersią, przeciwnie, jesteśmy z tego dumne.
Karmiące Cyce na Ulice !!!


czwartek, 21 listopada 2013

Osiem porodów Agnieszki cz.8 Narodziny Anieli...

Ósmy poród, narodziny Anieli... i podsumowanie porodów Agnieszki.


Anielka 2013, poród na Brochowie

Dwa miesiące temu ( piszę to w kwietniu 2013r. ), 16 lutego urodziłam w szpitalu ósme dziecko, wymarzoną, upragnioną przez wszystkich dziewczynkę. Pamiętam wszystko na świeżo, więc łatwo mi to opisywać.

Mogę powiedzieć, że to był najbardziej naturalny poród jaki odbywał się w placówce zdrowia.
Zwyczajnie pojechałam w sobotę, urodziłam, poleżałam chwilę i w poniedziałek przed południem byłam w domu.Z krótkiej perspektywy czasu odbieram to jako nagrodę za moje macierzyństwo, za trudy, znoje i chwile, gdy już opadają ręce i brakuje sił. Nigdy nie pomyślałabym, ze poród można tak odbierać, bo przecież to jeden wielki ból i nic przyjemnego. A jednak...

Bardzo źle znosiłam ciążę, począwszy od trudnych pierwszych trzech miesięcy, z wszystkimi mozliwymi objawami, po końcówkę, kiedy nawet chodzenie sprawiało mi trudność. Nie przytyłam, więcej niż zwykle ( około 9 kg), ale zatrzymywała mi się woda w wielkich ilościach i cała spuchłam. Było to tak dotkliwe,że nie mogłam nosić od połowy ciąży obrączki i musiałam posiłkować się łańcuszkiem na szyi. Wyglądałam jak Frodo z Władcy Pierścieni. Mało tego, od początku ciąży czytałam powieść Tolkiena i skończyłam całą Trylogię tydzień przed porodem. Kiedy urodziła się Anielka, już po powrocie ze szpitala stwierdziliśmy, że jest cała omeszkowana, miała włoski dosłownie wszędzie, na uszach układały się w taki śmieszny zawijas, przypominając ucho... elfa.

Nie wiem, czy to ogólne zmęczenie, czy wspomnienie poprzedniego porodu z trudnym parciem, spowodowało u mnie paniczny strach przed rodzeniem. Byłam przerażona tym, do tego stopnia, że szukałam informacji na temat cesarskiego cięcia. Na dwa tygodnie przed porodem przechodziliśmy wszyscy grypę jelitową, która mnie strasznie wymęczyła i osłabiła. Gdybym miała wtedy rodzić, nie dałabym rady.
Każdemu kto mnie pytał wtedy o nastroje "przed", mówiłam o tym strachu i snach pełnych zgrozy. Nie podzielałam opinii, ze każdy kolejny poród jest lżejszy, przekonywałam, że jest odwrotnie, im dalej, tym ciężej, a znajomi tylko kiwali głowami i ripostowali „stękniesz i będzie po wszystkim, zobaczysz”.
Teraz z uśmiechem przyznaję im rację.

Jedyną nowością przy tym porodzie, była pora. Nigdy wcześniej nie rodziłam w nocy, zawsze w dzień. To miało swoje dobre strony, znowu nikt nam nie przeszkadzał na sali porodowej, nie było stresu o dzieci czy wszystko w domu ok, smacznie sobie spały, a rano zdziwione odebrały MMS-a ze zdjęciem nowej siostrzyczki.

Nie muszę chyba pisać, ze termin był zgodny z moimi obliczeniami i jak 16 lutego spodziewałam się porodu, tak też się stało. Właściwie zaczęło się około 15-stego, kiedy położyliśmy się tego dnia spać koło 23-ciej, dziesięć minut przed północą musieliśmy wstawać, bo zaczęły mi płynąć wody, wprawdzie w małej ilości, ale sygnał się pojawił. Zdziwiło mnie, że nie miałam przy tym żadnych skurczów, pierwszy odczułam dopiero około pierwszej w nocy. Gdy goliłam nogi, skurcze były już regularne co 10 minut i gdzieś o 1:30 pojechaliśmy do szpitala... Oczywiście po wszystkich moich typowych przygotowaniach. Z chwilą kiedy obudziłam się czując strumyk wód spływający po nodze, pierwsze co zrobiłam, to obliczyłam za ile zobaczę dziecko- stawiałam na 3-cią w nocy.

W szpitalu pojawiłam się z 6 cm rozwarciem. Na dzień dobry ucieszył mnie fakt, że wszyscy mnie rozpoznali, z poprzednich wizyt. Przyjęcie odbyło się szybko, bo byłam w bazie i tuż po badaniu, na własnych nogach, przeszłam do windy na magiczne 5 piętro. Tam przywitała mnie położna, która przyjmowała poród mojego Franusia, obie ucieszyłyśmy się na to spotkanie, a ja za słowa „Ojejku moja ulubiona położna", dostałam zwyczajnie całusa w policzek, było to trakcie pobierania krwi do badań.

Michał nie mając złudzeń, od razu na izbie przyjęć, sam zaproponował wykupienie tego luksusu, jakim jest jego obecność przy mnie w czasie porodu. Trafiliśmy znów do „Słoneczka”. Położna badając mnie, niechcący naruszyła pęcherz i wody popłynęły niczym wartki strumień. Poczułam silniejsze skurcze, była godzina 2:30. Liczyłam na to, ze akcja nabierze tempa i do 3-ciej urodzę. Chodziłam po pokoju i chciałam żeby się to już skończyło. W sali obok, „Księżycku” rodziła też dziewczyna, zachowywała się tak cicho, że gdyby nie położne, w ogóle nie wiedziałabym, że tam ktoś jest. Po wizycie u nas cały personel poszedł do tej dziewczyny i słyszałam tylko "Teraz przyj, teraz poczekaj, teraz dobrze i mocniej" i tak pół godziny, o 3-ciej usłyszałam płacz dziecka. To mnie strasznie zmęczyło psychicznie i w pewnym sensie załamało, że ja jeszcze nie urodziłam i nie wiadomo kiedy będzie po, skoro 3-cia godzina wybiła. Dodatkowo fakt, ze rodząca obok była cicha i tylko na parcie coś tam pojękiwała bardzo mnie zniechęcił do siebie, bo ja już głosniej stękać zaczęłam. Skurcze tuż przed partymi dają naprawdę w kość i bolą strasznie, przy nich parte są nawet przyjemne.

Dane mi było poczekać jeszcze pół godziny na Anielkę. Michał widząc zmianę mojego oddechu poszedł po położną lub kogoś, kto przyjmie nasze dziecko. Był tak zdeterminowany, że na korytarzu wziął za lekarza, mężczyznę, który był mężem tej dziewczyny z sali obok, prosząc go o natychmiastowe przyjście do mnie. Dobrze, ze zaraz pojawiła się położna, bo nie wiem jakby się to skończyło.
Do parcia nie miałam pełnego rozwarcia, ale pojawiło się ono po kolejnym skurczu i mogłam przeć.
Ta wiadomość podziałała na mnie jak grom z jasnego nieba, wzięłam oddech i zaparłam się tak, że jednym ciągiem parłam i Anielka wyszła. Nie słuchałam kompletnie położnej, która mówiła o zrobieniu przerwy, miałam już tak dosyć tego czekania, ze dziecko wyszło przy jednym skurczu.

Urodziłam dziewczynkę 4000g, 58 cm i stwierdziłam, że było nawet całkiem nieźle.

Anielka

Kilkumiesięczna Aniela

*** 

Nie potrafię powiedzieć, który poród był najpiękniejszy, który najtrudniejszy, który najciekawszy. Natura obdarzyła mnie hojnie, dając możliwość rodzenia dzieci naturalnie, bez żadnych komplikacji. 

Gdybym miała wybór, gdzie rodzić, bez zastanawiania wybrałabym dom.
Szpital nawet jeżeli jest w porządku nigdy, nie zastąpi tej oazy spokoju .


Oby nasze córki doczekały czasów kiedy w Polsce porody domowe będą standardem,
a pobyt w szpitalu tylko pomocą w trudnej drodze macierzyństwa, która przecież nie kończy się na urodzeniu dziecka. 


 Na koniec mam mały dodatek, wierszyk, który powstał jakby z potrzeby serca,
bo nawet zaplanowane rodzicielstwo jest często nierozumiane i trudne do przyjęcia;



O dziatwie

Pierwsza Zuzia dziw nad dziwy,
rok studencki zawalimy.

Drugi Kuba ze zdziwienia,
bo wszak karmiąc dzieci nie ma.

Trzeci Stasiu wystarany,
rok i miesiąc w stresie cały.

Czwarta Maria radość błoga,
już postawa dziadków wroga.

Piąta nasza Małgorzatka,
oburzona moja Matka!

Szósty Franuś nikt z rodziny
już nie przybył w odwiedziny.

Siódmy Antoś me bratowe,
że znów chłopiec - obrażone!

Ósma wreszcie jest Anielka,
wszem na przekór! - radość wielka.

Wszystka nasza dziatwa mnoga,
jest cudownym darem Boga : )


Wszystkie osiem szczęść :) 

Agnieszka i Michał - rodzice

A&M


Autorka: Agnieszka, zdjęcia z archiwum domowego. 
Bardzo gorąco dziękuję Ci Agnieszko za Twoje opowieści porodowe, Wam obojgu, że zechcieliście podzielić się z nami Waszą historią, zdjęciami...  Piękna jest Wasza rodzina...
Kto wie, może jeszcze kiedyś powstanie dalszy ciąg ;)   <3



środa, 20 listopada 2013

Osiem porodów Agnieszki cz. 7. Narodziny Antosia.

Bardzo Was przepraszam za przerwę, spowodowana była moimi obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi, wiem że czekaliście na ciąg dalszy spotkań z Agnieszką, już wracamy...

Dziś przedostatnie towarzyszenie w porodach tej wspaniałej pary... jak na razie, bo chyba Aga i Michał jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa ;) .
O narodzinach siódmego dziecka - Antosia.



Antoni 2012, poród na Brochowie

Antoni miał być dziewczynką, ale nie wyobrażam sobie żeby teraz nie był Antonim.
Z wszystkich dzieci,  choć jest jeszcze maluchem,  jest najbardziej poważnym i myślącym dzieckiem.
Patrząc na niego człowiekowi robi się często nieswojo pod wpływem tego przenikliwego spojrzenia.

Ponieważ była to ciąża rok po roku, odczułam jej ciężar bardziej niż zwykle, nie mogłam też karmić Franka dłużej niż 8 miesięcy z powodu szybkiej utraty wagi w kolejnych miesiącach ciąży. Franek odstawił pierś bez żalu, bo nie smakowało mu już mleczko, ja za to byłam nieutulona, wciąż miałam wyrzuty sumienia, bo Stasia i Marysię karmiłam po 3 lata !

Jeśli miałabym określić ten poród jakimś jednym  słowem, byłoby to z pewnością określenie „pokoleniowy”.
Ponieważ nie mieliśmy aż tak przykrych doświadczeń z ostatniego pobytu w szpitalu, tym razem nawet nie szukaliśmy innych możliwości. Myślę, że przyczynił się do tego fakt, iż dziecko miało urodzić się duże. 
Mój sprawdzony lekarz od usg wprawdzie wypatrzył mi chłopczyka, co mnie okropną matkę rozczarowało ale ujął mnie za to precyzją badań, wykluczając wszelkie choroby i oceniając wagę przy porodzie na ok 4500 g. Było dla mnie oczywistym, ze nawet tak duże dziecko chcę rodzić nadal naturalnie, a nie przez cięcie (o zgrozo!) ale uważałam, że do tego potrzebuję fachowej pomocy.

Tradycyjnie sama wyliczyłam datę porodu na 10 dni po tak zwanym "terminie". 
Poród zaczął się dokładnie w tym dniu- 5 lutego. Tym razem wody obudziły nas o5 rano, wyliczyłam więc następnie godzinę – 9 rano powinno być po wszystkim. Schemat przygotowań się powielał łazienka, prysznic, malowanie, ubieranie, pakowanie i taksówka. 

Byłam bardzo spokojna i rozluźniona, nie dokuczały mi aż tak skurcze, mogłam więc bez obaw poczekać chwilę. Ponieważ nad ranem obowiązywała taryfa nocna, a dodatkowo od 7-mej jest nowa zmiana w szpitalu, postanowiliśmy wyjechać koło 6.30 z domu. Było jeszcze ciemno, wszędzie śnieg, nikogo na ulicy, poczułam jakiś taki podniosły ton w powietrzu. 
W taksówce leciała muzyka, nagle pojawił się mój ulubiony kawałek Ani Dąbrowskiej, popatrzyliśmy na siebie z Michałem , zrobiło się miło, jak w jakiejś knajpce przy lampce wina. Tak, w tym momencie nasza podróż taksówką przypominała randkę a nie nerwowy pospiech do szpitala. Rozrzewniłam się i to nie był dobry znak, oczywiście luz luzem ale należę do tych kobiet, którym służy w czasie porodu lekkie wkurzenie, nerw, który daje energię do parcia.

Na izbie przyjęć potraktowano mnie bardzo sympatycznie, kiedy powiedziałam ile razy leżałam u nich, lekarz z położną dopytywali o szczegóły mojej całej rodziny, stwierdzając na końcu, ze pewnie jeszcze nie raz zawitam. Antos wybrał doskonały moment na pojawienie się po drugiej stronie brzucha, była niedziela, zero tłumów, dopisywały wszystkim humory z rana, idealne warunki jak na szpital. 
Mimo całej sympatii, którą mi okazano przy przyjęciu, w telefonach słychać było wciąż rutynowość „wieloródka na poród rodzinny, tak cegiełka jest". Trochę mi było żal tej stówy, moglibyśmy dzieciom coś kupić, nie wiem czemu w głębi duszy liczyłam, ze ktoś powie , żebyśmy nie płacili tym razem skoro to któryś już raz. Niestety… Michał od razu został przyciśnięty do muru z płaceniem. Z drugiej strony poczułam ulgę, ze nikt nam nie będzie przeszkadzał i tak było, co więcej odczułam namacalnie różnicę kiedy się płaci a kiedy nie. Po pierwsze skierowano nas od razu do sali porodów rodzinnych „słoneczka” , tam zrobiono ktg i jakby częściej zaglądano, po drugie po porodzie pierwszy raz zrobiono mi herbatę i przyniesiono do łóżka obok. To był dla mnie szok, ze ktoś z personelu tak o mnie dba i jeszcze proponuje sniadanie jakieś kombinowane, jakbym była głodna. Zaś herbata po porodzie...jak dla mnie najlepszy ukoiciel po takim wysiłku. Ot, siła pieniądza...

Do szpitala przyjechałam z 7 cm rozwarciem, była to pewna nowość, bo zwykle tego rozwarcia było 6cm i długo, długo nic . To mnie pokrzepiło, że teraz będzie z górki. Na porodówce przyjęła nas starsza położna, co było dla mnie dużym zaskoczeniem, zwykle położne były młode i energiczne, ta kobieta odbiegała od tego modelu i to bardzo. Pamiętam, ze miała na sobie moherowy, biały sweter i cała pachniała papierosami. Nie miałam absolutnie z tym problemu, rozbawił mnie raczej ten widok. Położna nie tylko wyglądała „epokowo” ale tez tak się zachowywała, używając np. przy parciu zwrotów typowych do lat ubiegłych, kiedy nie było jeszcze nawet wzmianek o akcji „Rodzić ludzku”. 

Około godziny 8 wpadł na salę lekarz równie leciwy, jak położna, mógł mieć koło siedemdziesiątki. Zobaczył mnie i powiedział bez ogródek; „O ładna mama, będzie ładne dziecko ale to tak koło 11-stej może, bo powoli to wszystko, wiadomo swoim tempem tak?” Przytaknęłam, choć swoje wiedziałam i liczyłam na tą 9-tą, a nie 11-stą. Mimo wszystko był to moment kiedy zwątpiłam w swoje możliwości, może rzeczywiście to powoli i będę się męczyć do południa...
Położna zaproponowała i oksytocynę, nie zgodziłam się. Zaproponowała glukozę, mówiąc, ze to trochę pomaga zebrać siły, chyba zobaczyła to moje chwilowe rozkojarzenia, a może stwierdziła mądrze, ze po tylu porodach organizm potrzebuje kopa.

Z ulgą poczułam , ze zmienił się rodzaj skurczów było przed 9-tą. Samo parcie było żmudne i ciężkie. Dziecko było duże i kosztowało więcej siły, wysiłek był ogromny. Wszystkie dzieci rodziłam na dwóch skurczach ( a Anielkę na jednym ). Przy pierwszym wychodziła główka, przy drugim reszta ciałka i już. Tylko z Antkiem było inaczej, parłam , parłam i nic. Przy drugim skurczu zwątpiłam, powiedziałam, że nie dam rady,  chyba cudem się nie rozpłakałam, że tak kiepsko mi idzie, a położna ze stoickim spokojem mówiła "dasz dasz". Stwierdzenie położnej na „twardą... ” całkiem mnie zbiło z tropu, chciało mi się naprawdę śmiać mimo całego bólu jaki odczuwałam.
To chyba był ten moment przełomowy kiedy się zawzięłam i wyszła główka, a potem cały Antoś spoczął na moim brzuchu. Odnotowano poród godzina 9.05, waga 4350, 50 cm.
Kiedy to usłyszałam, przestałam mieć wyrzuty sumienia po beznadziejnej akcji z parciem, urodzić taką kuleczkę siłami natury to jest coś!


Z Antosiem po porodzie

Antoś "chrapek" ;)



 Autorka: Agnieszka, zdjęcia z archiwum rodzinnego. 

Już jutro ósme spotkanie z Agą :) 
Jak na razie ostatnie...
Aga podsumuje tez wszystkie swoje porody, nie można przegapić...