środa, 17 kwietnia 2013

O porodach w domu w Radiu TokFm



Wczoraj byłam gościem Tomasza Kwaśniewskiego w wieczornej audycji "Alternatywa" w Radiu TokFm.  Rozmawialiśmy bardzo miło, oczywiście o porodach domowych, posłuchajcie...




 kliknij na zdjęcie aby posłuchać

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Kto chce rodzić w domu ?

Kim jesteśmy my, rodzice, którzy decydują się na poród w domu? Czy to grupa nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych oszołomów ?
Otóż nie... 


Jesteśmy rodzicami przez duże R. Świadomymi z czym się wiąże rodzicielstwo, oraz biorącymi porody w swoje ręce, ponieważ to ręce Rodziców powinny być tymi, które przyjmują jako pierwsze, dziecko na świat... 
Bierzemy tez odpowiedzialność za nasz poród, tak jak i za całe nasze życie.
Jesteśmy Rodzicami mającymi wiedzę na temat fizjologii porodu, a Matki znają swoje ciała i potrafią z niego odczytywać sygnały. 
Ufamy sobie nawzajem, a jeśli mamy starsze dzieci, to chcemy być prawdziwie zjednoczoną rodziną. Jesteśmy Rodzicami, którzy chcą dzieci wychowywać od początku do prawdziwego życia, a nie do życia w strachu. 
Nie jesteśmy przeciwnikami szpitali, jedynie uważamy, że szpitale, zgodnie z przeznaczeniem- są dla chorych oraz by ratować życie w nagłych wypadkach. 


Jacy jeszcze jesteśmy? Oto kilka cytatów z  artykułów...

"Kilka słów chciałabym poświęcić rodzicom, którzy decydują się na urodzenie dziecka w domu. Z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że są to najczęściej ludzie, którzy mają pełną świadomość tego, że bycie rodziną zaczyna się dużo wcześniej, niż w momencie przyjścia dziecka na świat. Poród traktują jako ważne wydarzenie, są do niego przygotowani nie tylko merytorycznie, ale także duchowo. Bardzo dobrze wiedzą czego chcą, a czego nie są w stanie zaakceptować. Domowi rodzice to ludzie na tyle dojrzali, że decydują się pójść inną drogą niż wszyscy, żeby zrealizować marzenia o tym, jak ich dziecko ma przyjść na świat. Z ciekawości zrobiłam kiedyś statystykę dotyczącą ich zawodów i najwięcej było wśród "moich" par psychologów, pedagogów, ludzi związanych z medycyną tradycyjną i niekonwencjonalną oraz artystów. Żadna położna, mając do czynienia z takimi indywidualistami nie musi się obawiać popadnięcia w rutynę!...
...
O tym, że porody w domu nie są jedynie potrzebą niewielkiej grupy fanatyków świadczy wyraźny wzrost ich liczby w wielu krajach znacznie bogatszych od naszego, a co za tym idzie oferujących usługi medyczne na wysokim poziomie. Jednocześnie zmienia się w tych krajach stosunek środowiska lekarskiego do porodów przyjmowanych w domach przez położne. Bardzo mocnym argumentem na korzyść porodów poza szpitalem okazała się także ich opłacalność ekonomiczna, o której u nas na razie się nie wspomina.
Wiele przemawia za tym, że rodzenie w domu nie jest tylko rodzajem mody, ani podkreślaniem niezależności swoich poglądów. Jestem pewna, że w końcu wszyscy przywykniemy do takiej możliwości narodzin, tak samo jak nauczyliśmy się traktować jako oczywistą obecność ojca przy porodzie. Wiem także, że taka zmiana poglądów wymaga czasu, dyskusji, przedstawiania argumentów. Na tej drodze na pewno postawiłyśmy już pierwsze kroki, ale ciągle jeszcze wiele z nas ociąga się z wyruszeniem w obranym kierunku licząc, że ktoś podejmie ten trud za nas. A naprawdę nie warto czekać aż ktoś podaruje nam prawdziwą niezależność." 

" Kto decyduje się na urodzenie dziecka w domu? Najczęściej są to pary, które poród traktują jako ważne wydarzenie rodzinne. Są do tego przygotowane nie tylko merytorycznie, ale także duchowo. Nie wyobrażają sobie tego, żeby ich dziecko przyszło na świat w szpitalu. Nie chcą, aby ktoś obcy zawłaszczył choćby najmniejszą część z tego, co mogą wspólnie przeżyć. Zdaniem Wandy Szotyńskiej ważne jest, aby pragnienie porodu w domu było równie silne u matki jak i u ojca dziecka. Jeżeli tak się dzieje, to „wynika to z daleko idącej wewnętrznej potrzeby obojga i dużej integracji pomiędzy kobietą i mężczyzną” - twierdzi Wanda Szotyńska. „Domowi rodzice” to ludzie dojrzali, którzy decydują się pójść drogą inną niż większość, żeby zrealizować marzenia o tym szczególnym wydarzeniu. Dobrze wiedzą czego chcą, a czego nie są w stanie zaakceptować. „Często wypływa to z ich filozofii życia, cenią naturalność, a przecież poród jest zjawiskiem naturalnym. Również tryb życia, sposób odżywiania, często wiara – odgrywają tutaj bardzo ważną rolę”.
http://www.twoje9miesiecy.com/index.php?id=134

" Rodzice decydujący się na poród swojego dziecka w warunkach domowych i na opiekę położnej mają określone oczekiwania.
Oczekują między innymi:
1. profesjonalnego, a jednocześnie dyskretnego nadzoru, prowadzenia i towarzyszenia
2. szacunku dla fizjologii porodu, czyli respektowania okresów i faz porodu w odniesieniu do tej jednej, konkretnej rodzącej
3. zezwolenia na przyjmowanie przez rodzącą dogodnych pozycji w każdym okresie porodu
4. zezwolenia na badanie położnicze wewnętrzne w czasie porodu w pozycji innej niż na wznak, np. na stojąco
5. niepodejmowania zbędnych interwencji medycznych, takich jak lewatywa, golenie krocza, rutynowe nacinanie krocza, przebijanie pęcherza płodowego, zbyt wczesnego odpępniania noworodka
6. nieburzenia poczucia bezpieczeństwa, które ma fundamentalne znaczenie dla przebiegu porodu
7. konstruktywnego informowania w razie pojawienia się patologii i konieczności przewiezienia do szpitala
8. szacunku dla sposobu przeżywania aktu porodu
9. szacunku dla narodowości, kultury, religii rodziców
10. szacunku dla wierzeń rodziców związanych z rytuałami porodowymi (o ile nie przyniosą negatywnych skutków zdrowotnych matce i dziecku)
11. empatii wobec rodzącej
12. wzmacniania rodzącej i jej partnera w trudnych chwilach porodu
13. zapewnienie maksymalnie długiego kontaktu rodziców z dzieckiem po porodzie (o ile są ku temu warunki położniczo-neonatologiczne)
14. wspólnego przeżywania radości lub traumy narodzin
Poród domowy w swojej istocie nie jest tylko zdarzeniem medycznym, nie jest wydarzeniem publicznym, nie jest porodem arbitralnie kontrolowanym, nie odbiera tożsamości rodzącej i jej partnerowi, nie odziera z szacunku rodzące się dziecko."
http://www.dobrzeurodzeni.pl/?i=48&idd=28

" Nie ma znaczenia, który to jest poród. Niektóre spośród pań decydują się na poród domowy, będąc w pierwszej ciąży, inne zaś – rodząc po raz kolejny. Czynnikiem zasadniczym jest podejście do życia. Z moich obserwacji wynika, że na taki poród decydują się w głównej mierze osoby, dla których możliwość decydowania o sobie jest bardzo istotna. Ponadto są to ludzie, dla których poród jest czymś więcej aniżeli tylko medycznym przeżyciem. Zdecydowanie najliczniejszą grupą wybierającą poród domowy są osoby wykonujące wolne zawody – artyści, dziennikarze. Także psycholodzy; jest też spora reprezentacja pracowników służby zdrowia. "
http://dzielnicarodzica.pl/18011/18/artykuly/ciaza_i_porod/porod/Zamienic_szpital_na_dom

"Kobiety kierują się również dobrymi i złymi doświadczeniami koleżanek, znajomych, które rodziły w szpitalu lub w domu. Jest wiele mam, które 2, 3 razy rodziły w szpitalu, a kolejny raz chcą rodzić w domu, gdyż mają złe doświadczenia z hospitalizacji. Tych rodzących mam najwięcej. Miały one poczucie przedmiotowego traktowania, niewłaściwej opieki, stąd ich decyzja o porodzie w domu. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której w szpitalu jest tylko jedna lub dwie położne dla kilku rodzących; dodatkowo położne te mają do wypełnienia wiele dodatkowych obowiązków administracyjnych. W warunkach domowego porodu jest jedna lub dwie położne, a jedna rodząca. My współuczestniczymy w rodzeniu w każdej minucie porodu: wspieramy kobietę, pomagamy stosownie do jej potrzeb, czuwamy nad bezpieczeństwem rodzącego się dziecka. Wspieramy również ojca uczestniczącego w porodzie; całą rodzinę na trudnym progu rodzicielstwa, jakim są narodziny dziecka w rodzinnym gnieździe."
http://www.prozdrowie.pl/Artykuly/Ciaza-i-Dziecko/Porod-i-polog/Porod-w-domu-fanaberia-czy-powrot-do-natury

"- Dlaczego zdecydowałaś się rodzić w domu?
- Nie widziałam żadnego powodu, dla którego nie miałabym rodzić w domu. Ciąża to przecież nie choroba.Poza tym jestem niezależna i mam zaufanie do swojego ciała. Znana propagatorka porodów naturalnych, autorka wielu publikacji na ten temat, antropolożka Sheila Kitzniger, porównała kiedyś poród w szpitalu do lotu samolotem. Wchodzisz i zdajesz się na pilota. To on ma doprowadzić cię do celu. Natomiast rodzenie w domu jest jak pływanie łódką. Sama jesteś sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Masz team pomocniczy, no ale to ty prowadzisz. Zrozumiałam, że chcę rodzić w domu, kiedy na studiach pokazano nam dwa filmy o porodach. Jeden z porodu w domu i zaraz potem drugi o porodzie w szpitalu. Różnica była ogromna na niekorzyść porodu szpitalnego."
http://www.mamazone.pl/artykuly/ciaza-i-porod/porod-i-polog/szkola-rodzenia/2012/jak-wyglada-porod-w-domu.aspx

"Badania pokazują, że przyszli rodzice, decydujący się na poród w warunkach domowych, są osobami bardziej świadomymi procesów rozwojowych dziecka przez cały okres ciąży. Przygotowują się do porodu z wielkim zaangażowaniem i chcą, by ich dziecko przyszło na świat w domu, nie zaś w sterylnych wnętrzach szpitala. Dla niektórych rodziców domowy poród to również możliwość ograniczenia stresu. Daje im poczucie, że matka rodzi „u siebie”, co w niewątpliwy sposób wpływa również na obniżenie stresu u dziecka. Poród domowy gwarantować może także większą prywatność i intymność, jakiej nie są raczej w stanie zapewnić polskie szpitale. Świadomość, że nikt przypadkowy, niepowołany nie będzie obecny podczas porodu jest bezcenna. Pozwala także matce na większą koncentrację i zachowanie pełnej świadomości w trakcie porodu. Kobiety, które decydują się na poród w domu, zwracają również uwagę na indywidualne podejście do ciężarnej ze strony położnej. Wcześniejsze rozmowy i spotkania kształtują relację opartą na zaufaniu."
http://pielegnacjadziecka.pl/mama/bede-rodzic-w-domu

Tacy jesteśmy - my rodzice decydujący się na porody w domu :)  
Nikogo nie namawiamy siłą do rodzenia w domu, ale świecimy własnym dobrym przykładem, dzieląc się wspaniałymi relacjami tu:  Relacje z porodów domowych


sobota, 13 kwietnia 2013

Józef, droga do domu.


Józef urodził się jeden dzień po mojej córce Franciszce. Położne, które towarzyszyły nam w porodzie 12.03.2011, następnego dnia, 13.03.2011, pojechały do Agnieszki. 
Nie znałyśmy się wcześniej, a o powyższym fakcie zgadałyśmy przypadkiem, chyba z rok później, na grupie fejsbukowej porodów domowych. Jaki ten świat jest mały...
Dodam jeszcze, że poród Józefa był wyjątkową niespodzianką... dlaczego?  To już sami przeczytajcie :)



A było to tak...

13.03.11. Niedzielny poranek, tzw. termin.
Skurcze krótkie i miłe, dające nadzieję początku po prysznicu znikają.

Niedzielne południe. 
Wracają co 10 minut ale są krótkie, niebolesne i się nie nasilają. Niemniej regularność sprawia, że dzwonię o 14.30 do Mojej Położnej z informacją. Ustalamy, że dojedzie w ciągu godziny. Przed 16 jest u nas. Ja siedzę sobie na skraju łóżka ubrana stosownie do okazji w mężowską koszulkę z reklamą piwa dla rozluźnienia atmosfery :) Po badaniu 4cm rozwarcia, skurcze bez zmian, głowa wysoko. Rozmawiamy na tematy akwarystyczne, podróżnicze, spożywcze oraz wszelkie inne;) Nuda, panie jednym słowem. 

Badanie ok 18:00,  6 cm ale głowa nadal wysoko, skurcze nieco częstsze  i mocniejsze, luz - blues. Po 19 przyjeżdża druga Położna (zwana dalej Położną Pomocną). Mnie już trochę mocniej bierze, więc jak zebrani rozmawiają sobie i pija kawkę, ja zamykam oczy i oddycham głęboko. Moja Położna wpada na pomysł, by zostawić nas samych. One idą do kuchni. O jak nam to dobrze robi! Jak dobrze jest się przytulić! 

W pokoju ciemno, tylko świece, cicha, spokojna muzyka. Od mniej więcej tego momentu tracę poczucie czasu i nieco słuch. Położne wracają z pomysłem zawiązania mnie w chustę, ponieważ główka nadal nie wstawiła się do wyjścia. Zawiązują mnie w elastyczną chustę do noszenia dzieci. Najpierw poleguję nieco na lewym boku, potem siadam, Położna Pomocna za mną. W czasie skurczu (coraz mocniejsze) ona dociska chustę, Moja Położna masuje mi na nogach punkty odpowiedzialne za pobudzenie skurczy. Pocieszają mnie, że jak tylko odejdą wody pójdzie jak z płatka. Jestem bardzo zmęczona. Muszę wstać, ściągamy chustę, opieram się o łóżeczko. Skurcze są naprawdę bardzo mocne i długie dodatkowo dochodzą nieznane mi wcześniej potworne bóle krzyżowe, rzecz trudna bo oddech ich nie łagodzi. 

Na szczęście Położna Pomocna (która jest osobą drobniutką) idzie z pomocą i z jej maleńkich dłoni płynie wielka moc: w czasie każdego skurczu ściska mi biodra z przeogromną wręcz siłą. Opieranie o łóżeczko zastępuję zawieszeniem się na Mężu, który tak bezpiecznie pachnie... 
Wody zaczynają się sączyć ale mizernie, głowa nadal wysoko. Najpierw wizualizuję lejące się wody, później łagodnie ponaglam, a z nadejściem sławnego 7cm operuje w myślach tylko zaawansowana łaciną. Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Odchodzą wody zalewając całą podłogę :) Na szczęście liczne stare prześcieradła w pogotowiu i potopu nie ma. Zaczynam pojękiwać, płyną ze mnie niskie tony, wibrują w całym ciele. 

I teraz tak: w poprzednich porodach był to moment kiedy czułam ewidentnie przejście do drugiego rozdziału, kiedy czułam wręcz kosmiczny przypływ mocy, która wchodziła we mnie jakby z góry, wypełniała ciało i wychodziła wraz z dzieckiem. Wszystko to ułamki sekund ale absolutnie do wyczucia. A tu nic. A raczej coś nowego. Poczucie, że przede mną trudny etap, jakby początek ostatecznej walki(?). Patrzę na podkłady pode mną i co widzę??!!!!?!?!? Smółka!!!! Ale o co chodzi??? 

Moja wersja ciągu dalszego: nie mogę stać już. Klękam przy łóżeczku, jedna noga odwiedziona, nie wiele słyszę, tylko Moją Położną w tle: oddychaj, super, świetnie, oddychaj itd. Przychodzi parcie ale jakieś obce, nieznane. Poddaje się mu. Niewygodnie. Przesuwam się na kolanach do naszego łóżka, klękam przy nim, oddycham, pojękuje. Czuję, że urodziło się już trochę dziecka ale nie ma ulgi jak przy wyjściu główki. Dotykam. Małe to i dziwne!!?! 

Zaglądam i nie wiele widzę ( w pokoju oprócz świec mała lampka). Pierwsza myśl: pępowina wypadła, ratunku!! Ale nie ma czasu na stres. Słyszę Moją Położną: podeprzyj głowę rękami, będzie ci wygodniej. Jeszcze jeden skurcz i czuje, że dziecię urodzone. 4 ręce pode mną łapią i pierwsze co naprawdę słyszę: Syn. Zrywam się do wstania, bo JUŻ go chce zobaczyć i przytulić. Kładę się na łóżku, dostaję mojego Józefa Jakuba. 

Agnieszka z Józefem, pierwsze minuty.

 Położne mnie okrywają, czekamy na łożysko. Rodzi się w ciągu kwadransa. Potem niewielkie szycie po malutkim pęknięciu. Ja tulę moje maleństwo i kwilę, ono trochę ssie pierś. Po ok 1,5 h pomiary. Kładziemy się do łóżka i jest tak dobrze... 

Wersja Męża od chwili odejścia wód: Położne do siebie: smółka! Położna Pomocna wyciąga strzykawki, buteleczki, rozkłada walizy - wszystko na wszelki wypadek, patrzą na siebie, są w dużym napięciu ale nie ma paniki. Stan najwyższego alarmu. Już wiedzą, że dziecko rodzi się w ułożeniu pośladkowym.!! To co ja dotykam myśląc, że pępowina to nic innego jak genitalia mojego syna :) Nikt z nas nie miał pojęcia, że głowa nie jest na dole.... o i taka to droga Józefa do domu.

P.s. Podczas zakładania szwu doznaję olśnienia i wołam: słuchajcie, ja już WIEM! To było 4.03! W środku nocy obudziło mnie wielkie szarpnięcie brzucha ale za chiny ludowe nie pomyślałam, że to obrót!! (Ja, która o ciążach -porodach wiem nie mało i a Józef jest 4 dzieckiem). Nawet mocno się zmartwiłam, bo dziecko do świtu nie ruszało się, mimo potrząsania, kołysania, bujania, próśb i gróźb. Jako, że rano zaczęło fikać koziołki zapomniałam o całej sprawie.

Dopisek po czasie: myślę, że tak bardzo zarządzałam energią w trakcie porodu, że taki poród był mi zapisany - stąd całkowite wykluczenie myśli o obrocie, nie rozpoznanie go.


Autorka: Agnieszka 
Zdjęcie z archiwum domowego Agnieszki. 


Dziękuję Agnieszko :) 


środa, 10 kwietnia 2013

Kwiat Lotosu

Pierwsza w tym roku ;) nadesłana opowieść o porodzie lotosowym... Dlaczego tak, czy to naprawdę takie niezwykłe i co to w ogóle jest ten poród lotosowy... Ewelina, która przygotowuje się na przyjęcie swojego trzeciego maleństwa, opowiada o dwóch poprzednich porodach- domowych i jednocześnie lotosowych.  Czytając, podziwiałam niezwykłą dojrzałość wówczas stosunkowo młodych rodziców...

Dziękuję Ewelino i pełnego spokoju trzeciego porodu życzę, oczywiście czekamy na uzupełniającą relację  <3

W tym roku, w październiku pojawi się w naszym domu trzecie Maleństwo. Tak jak w przypadku naszego Synka i Córci, planujemy poród domowy-lotosowy. Chciałabym opisać nasze porody i związane z nimi emocje. Każdy z naszych porodów był inny, wyjątkowy i wspaniały:) Każdy z nich przyniósł burzę emocji i wrażeń, ale to „ten pierwszy” przełamał tabu, to wtedy zmieniło się nasze postrzeganie tej małej istotki, jaką jest nienarodzone dziecko. Pierwsza ciąża i poród sprawiły, że zaczęliśmy myśleć nie o sobie, a o tym co zrobić, aby naszemu maleństwu w czasie porodu pomóc. Dużo czytaliśmy na temat tego, jak poród wpływa na dziecko, przez co ono przechodzi i jak może to być dla tej malutkiej istotki traumatyczne, jeśli nie podejdziemy do tematu z myślą o dziecku a jedynie o matce. Ja próbowałam, na tyle na ile to możliwe, wczuć się w rolę tego Malucha, który rodząc się, przybywa do krainy zupełnie sobie nieznanej, całkiem innej niż ta w której powstał. Zrodziła się we mnie wtedy nie tylko miłość, ale i ogromne współczucie. Zrozumiałam, że poród to coś więcej niż wydanie na świat potomka. Pomyślałam o tym magicznym przejściu. O tym ile taki malutki człowiek musi znieść, aby wreszcie mógł cieszyć swoją obecnością rodzinę. Doszłam do wniosku, że w naszym dorosłym świecie nie traktujemy z należytym szacunkiem noworodków i niemowląt, że podchodzimy do porodu w sposób wręcz bestialski, okrutny. Chciałam i nadal chcę zrobić wszystko, aby to się zmieniło. Postanowiłam wraz z mężem zacząć od naszej rodziny. 

Tak więc, pierwszy raz w ciążę zaszliśmy mając - ja 18, mąż 19 lat. Kupiliśmy wcześniej książkę na temat porodów naturalnych i tam natrafiliśmy na wzmiankę o porodach domowych. To rozwiązanie wydało nam się tak wspaniałe i oczywiste, że nawet przez chwilę nie braliśmy pod uwagę porodu w szpitalu. Od dziecka często byłam pacjentką szpitala, więc moja awersja do tych placówek była tak duża, że właśnie porodu obawiałam się od zawsze. Nie znałam wtedy innego wyjścia i całość napawała mnie przerażeniem. Na szczęście dzięki pomocy internetu znaleźliśmy położną z Łodzi. Nasz młody wiek stawał czasem na przeszkodzie, gdyż nie brano na poważnie naszego zdeterminowania. Jednak nie poddaliśmy się i urodziliśmy w domu nasze pierwsze dziecko. 

Skurcze zaczęły się ok godz. 9 rano, po dobrze przespanej nocy i smacznym śniadaniu:) Przez wszystkie fazy porodu towarzyszył mi mąż, który wykazał się ogromną odwagą opanowaniem i ogromnym wsparciem. Cały czas odkąd zaczęły się skurcze podtrzymywał mnie i fizycznie i na duchu:). Z uśmiechem na ustach przypominam sobie momenty, w których aby rozchodzić skurcze, dreptałam podparta na Jego ramionach dookoła stolika. Później kilkanaście minut w wannie z letnią wodą i już... zaczęło się parcie. Wody odeszły w wannie. Położna dotarła do nas właśnie w tym momencie, gdyż nie chcieliśmy wcześniej pomocy. Pamiętam jedną obawę tłukącą mi się po głowie, która wynikała jedynie z mojej niewiedzy. Obawiałam się, że prąc w niewłaściwym momencie, mogę zrobić dziecku krzywdę. Potem dopiero przeczytałam, że nie mogłabym dziecku zaszkodzić, będąc spokojną i poddając się falom parcia. Poród był niezbyt bolesny - przyznam, że nastawiłam się na katusze:) Synek urodził się o godz. 15:15, 05.10.09r., był długi na 57cm, ważył 3700g i miał 9 pkt. w skali Apgar. Cały poród trwał ok 6 godz. Sądzę, że to szybkie rozwiązanie wzięło się z tego, iż moja macica przygotowywała się wcześniej do porodu, bowiem już od dwóch dni odczuwałam nieregularne, choć częste i niezbyt bolesne skurcze. Jedyne co mogę rzec, to to jakże jestem wdzięczna Matce Naturze za to, że obdarzyła nas kobiety w hormony, które tak zmieniają naszą percepcję w czasie porodu:)
Pierwszy poród pamiętam jako niezwykły, ponieważ jednocześnie wszystko staje się jasne a zarazem wszystko jest tak nowe. Na swój skomplikowany, niejasny dla mnie na co dzień sposób, poród był taki cudowny! Nie paliliśmy świeczek, nie włączyliśmy muzyki, gdyż nawet nam to nie przyszło do głowy, wszystko było zwyczajne i proste. Tylko ja, mąż i cisza, spokój. Nie ma strachu, jest za to coś pierwotnego i niezwykłego.

Poród w domu dał mi ogromną siłę i wiarę we własne możliwości. Poczucie tego, że panuję nad tym wspaniałym wydarzeniem, nad momentem przejścia mojego dziecka do nowego świata. Poczucie, że zapewniam mu odpowiedni klimat i warunki do godnego początku, bez lęku. Co dziwne, nie bałam się, czułam, że to iż zamiast w szpitalu jestem w domu, jest czymś właściwym, naturalnym. Szpital jest przecież dla ludzi chorych, potrzebujących pomocy. Ja byłam zdrowa, moje dziecko też, więc nic nie stało na przeszkodzie. Lekarze w czasie obu ciąż pytali mnie czy nie boję się tego, że w czasie porodu domowego stanie się coś złego, że nie mam tam zapewnionej odpowiedniej opieki w razie sytuacji krytycznej (poza pomocą położnej). Nie umiem do końca tego wyjaśnić, jednak nie miałam takich obaw. Wiedziałam instynktownie, że w szpitalu bałabym się a wtedy moje opanowanie ulotni się i mnie sparaliżuje strach. Bałam się, że będę musiała podporządkować się woli pielęgniarek i lekarza. Być może musiałabym zażyć jakieś leki na przyspieszenie porodu (za każdym razem rodziłam 9 dni po terminie). Ja tego zamieszania nie chciałam. Nie chciałam, aby ktoś zakłócał mi ten czas, ten moment. Nie chciałam aby ktoś obcy, beż żadnego zaangażowania emocjonalnego, dotykał moje nowo narodzone dziecko, kogoś dla mnie tak ważnego. Poza tym ja wiedziałam, że nic złego się nie stanie! Ktoś może powiedzieć, że to tylko przekonanie, a różne rzeczy mogą się zdarzyć. Jednakże ja uważam, że dużo złego może stać się również w szpitalu, gdyż ludzie i tak nie mają na wszystko wpływu, choćby nie wiem jak bardzo chcieli.

Moja druga ciąża również przebiegała wzorowo, chociaż w trzecim trymestrze podczas badania usg zaszła pomyłka, która wprowadziła w nasze dusze duży niepokój. Mianowicie niekompetentni lekarze podejrzewali u mnie wystąpienie łożyska przodującego, co wykluczało poród w domu. W grę w takim przypadku wchodziło jedynie cesarskie cięcie. Na szczęście ponowne usg, u innego specjalisty, wykluczyło tę ogromnie przykrą dla mnie nowinę. W czasie tej ciąży obawiałam się jedynie, że poród może boleć bardziej niż za pierwszym razem. Poza tym czułam instynktownie, że Córeczka urodzi się w nocy a to również nie dodawało mi animuszu. Jak już pisałam powyżej - pozytywne podejście i nastawienie to podstawa, ale ja niestety nastawiłam się na duży ból. Bóle zaczęły się o 20. Położna musiała dojechać do nas (do Koszalina, bo tam przenieśliśmy się z Łodzi) z Gdańska, więc została poinformowana od razu o rozpoczętej akcji. Na szczęście była to kobieta, potrafiąca wyczuć kiedy jest potrzebna.
 
Cały czas spędziłam z mężem, podczas gdy ona trzymała się na uboczu, tak aby nie zakłócić naszego rytmu przechodzenia przez skurcze. Ten poród był bardziej bolesny (mimo tego, że pobyt w wodzie w wannie bardzo uśmierzał ból), jednakże uważam, że to z racji zmęczenia i pracowitego dnia - dzieciątko urodziło się o 3:20 w nocy, a ja nie drzemałam ani w czasie dnia, ani w czasie skurczy. Cały poród pamiętam bardzo niewyraźnie, tak jak gdyby był to sen nie jawa. Senna/nocna atmosfera. Cudowne znieczulające działanie hormonów i zmęczenie spowodowały, że poddałam się wszystkiemu co następowało bez żadnych oporów, nie próbowałam - jak za pierwszym razem, panować nad wszystkim. Wyłączyłam myślenie i oddałam się całkowicie w ręce swojego ciała... Choć to dziwnie brzmi, tak właśnie było. Nie wiem czy to wynikało tylko z braku sił. Tym razem również nie było świec ani muzyki. Za oknem noc a w pokoju została zapalona jedna lampa, dająca bardzo niewiele światła. Jak przez mgłę pamiętam, że kołysałam się z mężem w rytm skurczy. Zdarzały się wtedy chwile słabości, że nie dam rady. Teraz myślę, że na swój sposób sama się dopingowałam tym biadoleniem:) Wszystko jednak nabrało wyrazu w momencie otrzymania mojej Malutkiej. Czułam się wtedy jak nowo narodzona i co dziwne - nabrałam ogromnej energii :). Poród trwał 7godzin. Córeczka urodziła się 01.08.11r., mierzyła 55cm i ważyła 3540g, miała 10 pkt w skali Apgar.
Nasz dwuletni wtedy Synek nie był obecny przy porodzie. Planowaliśmy, że gdyby poród zaczął się w ciągu dnia Natan pozostałby pod opieką swojej ulubionej sąsiadki. Z racji na późną porę postanowiliśmy poczekać na jego pobudkę. Jednak Synek przespał całą noc snem sprawiedliwego w sąsiednim pokoju, za co jesteśmy mu ogromnie wdzięczni:) Dopiero ok godz 6 obudził się i przywitał spodziewanego-niespodziewanego gościa.

Chciałabym jeszcze dodać, że nasze Maluchy rodziły się LOTOSOWO, czyli po porodzie nie miały odcinanej pępowiny. Moje doświadczenia z porodem lotosowym w obu połogach były takie same – bardzo pozytywne. Dzieci zachowywały się prawie w identyczny sposób. Razem z mężem opiekowaliśmy się Maleństwem, jednak to ja zajęłam się łożyskiem.
 
Po urodzeniu łożyska przenieśliśmy je na durszlak, znajdujący się w misce, którą trzymaliśmy cały czas blisko dziecka. Po kilku godzinach (po odpoczynku) obmyłam łożysko ciepłą wodą, usunęłam krew i osuszyłam w pieluszce tetrowej. Przed owinięciem łożyska w świeżą i suchą pieluchę, obsypałam je solą morską średniej grubości (ta wydaje nam się najlepsza), zawinęłam i położyłam do miski, którą ustawiałam zawsze wyżej niż dziecko i wystarczająco blisko malca. Sól i pieluszkę tetrową zmieniałam co 24 godziny.  
W obu przypadkach pępowinka wyschła do dwóch dni i odpadła po dziewięciu, pozostawiając ślicznie zagojone pępuszki. Łożysko natomiast było ususzone po ok 6 dniach. Szczerze polecam porody lotosowe, ponieważ mają wiele zalet, m.in. dzieci nie są pozbawione tej drogocennej krwi z łożyska a na dodatek są takie spokojne i cichutkie, jakby ukojone. Czytałam o traumie jaką przeżywa dziecko odłączone od swojego "bliźniaka-łożyska"- to uczucie ogromnej straty, strach i ból rozstania. Nie widziałam w rzeczywistości jak zachowują się dzieci, które są łożyska pozbawiane, nie wiem też co dokładnie czują, jednak to co widziałam, gdy patrzyłam na swoje maluchy, jest nie do opisania. To utwierdziło mnie przekonaniu, że postąpiliśmy słusznie. Dzieci miały mniejsze zapotrzebowanie na pokarm (Drogie Mamy- polecam w ten czas laktator), nie płakały, nie było krzyku. Leżały sobie jedynie, gaworzyły i robiły cudne minki:). Co prawda pielęgnacja łożyska może być dla kogoś odrażająca i wymagająca (dokładny opis znajduje się w książce „Lotosowy poród. Narodziny w nowym świetle”), jednakże dla mnie było to czymś przyjemnym. To tak jakbym opiekowała się częścią mojego Skarbu.

Trudniejsze okazuje się kąpanie i ubieranie dziecka (polecamy wiązane na brzuszku bluzeczki i kaftaniki). My radziliśmy sobie postępując zgodnie z zasadami z książki. Problematyczna była zaschnięta pępowina przy pępuszku, która trochę skórę naciągała przy poruszaniu Malucha, jednak dziecko nie odczuwało bólu, to tylko nieprzyjemnie wyglądało:) Moczyłam delikatnie pępowinkę przy brzuszku, aby zmieniać jej kształt w razie potrzeby. Co do karmienia, to pamiętam jak mąż trzymał miskę z łożyskiem ( później już podkładałam pod miskę z łożyskiem poduszki, tak aby łożysko leżało wyżej niż dziecko) a ja oparta plecami na poduszkach karmiłam i delikatnie podtrzymywałam pępowinę, aby nie wykrzywiała skóry. Przy zmianie piersi musiałam delikatnie okręcić pępowinę, tak aby pozostawić skórę nie skręconą. Trzeba kombinować:). Pierwszy raz kąpaliśmy nasze dzieci po odrzuceniu łożyska. Wcześniej przemywaliśmy dzieci myjką. Nie jestem zwolenniczką kąpania dzieci od razu po porodzie. Naturalna powłoka utworzona na powierzchni skóry malucha dawała mu barierę ochronna przed naszą atmosferą i innymi czynnikami. Oczywiście z czasem jak dziecko przyzwyczai się do nowego miejsca i nie ma już pępowiny, nic nie stoi na przeszkodzie do zabaw w wodzie, które tak wszystkie maluchy uwielbiają:)
 
Poza tym nasze pociechy nie zostały na nic szczepione, gdyż po przeczytaniu "Listu prof. Marii Doroty Majewskiej w sprawie szczepionek" uważamy, że szczepienia jedynie szkodzą. Jednakże to tylko nasze przekonanie i nie piszemy o tym po to, aby kogoś przekonywać do swoich racji:)

 Obydwie położne z którymi rodziliśmy, czyli Dorotka z Łodzi i Ela z Gdyni, nie były wcześniej zaznajomione z porodami lotosowymi. Obydwie podeszły do tego poważnie i po głębszym zaznajomieniu z tematem, wspierały nas. Pani Ela dodatkowo zaznajomiła mnie z tematem naturalnego planowania rodziny. Mój pierwszy poród, w którym pod koniec asystowała Dorota, mógł w razie komplikacji lub w przypadku gdyby położna miała dyżur ( co się na szczęście nie stało) odbyć się w szpitalu Kopernika w Łodzi. Wcześniej obejrzałam dokładnie salę i powiem szczerze nie było tak źle:) Mogłabym tam rodzić naturalnie, siedzieć na piłeczce, chodzić w czasie skurczy itp. To już było coś dobrego. Jedyne co mi nie odpowiadało to niecierpliwość Doroty podczas porodu łożyska. Czułam się trochę popędzana, no i przeszkadzało mi lekkie pociąganie położnej za łożysko. To mnie stresowało i jedyny raz poczułam dyskomfort. Podczas drugiego porodu nie miałam takiego zabezpieczenia. Jedyne co nam pozostawało, to jechać do szpitala i mieć nadzieję, że spotkamy "ludzi". Dodam, że 7 dni po terminie byłam na ktg w szpitalu w Koszalinie, ale uciekłam w popłochu, gdy usłyszałam, że już powinnam być na sali z kroplówką oraz że czekanie może tylko dziecku zaszkodzić. Nie pozwoliłam sprawdzać stanu wód płodowych (co to za badanie i czy boli- nie wiem), gdyż obawiałam się niesympatycznej lekarki. Z racji na dużą odległość między nami a położną, istniało ryzyko w postaci tempa porodu (położna mogła nie zdążyć), a także terminów, w których Ela nie mogłaby przyjechać. Położna badała mnie chyba raz (nie chciałam być dotykana, a nie było też potrzeby, aby robić to częściej) za to często sprawdzała tętno Córeczki. Obydwa porody odbyły się w pozycji siedzącej - za pierwszym razem na stołku do porodu, za drugim na kanapie opierając się plecami o męża:) Również w obu przypadkach nie miałam nacinanego krocza (co jak słyszałam, w szpitalach jest częste), a jedynie w czasie pierwszego porodu delikatnie popękałam w trzech miejscach. W czasie porodu nie czułam tego nawet, jednak przy szyciu jest gorzej, tym bardziej dla takiego nadwrażliwca jak ja:)
 
Szczerze polecam wszystkim kobietom, aby poddały się swojemu instynktowi/intuicji tak jak ja to zrobiłam. To nasz wewnętrzny dar i warto w niego uwierzyć! Nie możemy pozwalać, aby strach brał nad nami górę. 

Pozdrawiamy bardzo serdecznie wszystkich czytających;)
Ewelina i Łukasz wraz z Natankiem, Tosią i Maluszkiem, który objawi się nam jesienią.


Autorka: Ewelina,
zdjęcia z archiwum prywatnego Eweliny i Łukasza







poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Rozmowa o porodzie domowym w sosrodzice.pl



„Właśnie ze względu na odpowiedzialność, jaką przyjmuję na siebie: za zdrowie dziecka i swoje, zdecydowałam się na porody w domu, ponieważ na stan zdrowia dziecka zarówno fizyczny, jak i psychiczny wpływa całokształt procesów okołoporodowych. Nie chcę oddawać swojego porodu i dziecka w ręce instytucji, gdzie zależeć to będzie od przypadkowych ludzi, będących akurat na dyżurze. Ciało wie jak rodzić. Przyjmuję odpowiedzialność za poród, świadoma, że wbrew obiegowym opiniom, szpital nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia porodu, w domu jest podobnie..."

O tym jak przygotować się do porodu domowego, czy jest bezpieczny, skąd uprzedzenia i czy każda kobieta może rodzić w domu, na te i inne pytania odpowiadam w portalu  sosrodzice.pl  

Bardzo się cieszę, że jest coraz więcej ludzi i instytucji, które są otwarte na  poszerzanie świadomości w tej kwestii, na przybliżanie kobietom opcji innych, niż porody szpitalne. Każda kobieta ma prawo wybrać sposób i miejsce porodu. Ważne by miała taka wiedzę i podjęła świadomą decyzję odpowiednio się przygotowując. 
 

  

sobota, 6 kwietnia 2013

Rodzimy w domu w "Pytaniu na sniadanie"


Wczoraj byliśmy z całą rodziną gośćmi Moniki Richardson i Zbigniewa Zamachowskiego w programie TVP2 "Pytanie na śniadanie" .

Rozmawialiśmy o projekcie książki "Rodzimy w domu" oraz na temat porodów domowych, zdaliśmy "wstrząsającą" relację z porodu Kajtka, bardzo mnie korciło, aby podkoloryzować opowieść np. przegryzieniem pępowiny, ale się powstrzymałam resztkami woli ;)  Natasza opowiedziała o swoich dalekosiężnych planach na przyszłość, a Frania została Frankiem. Ja pokazałam światu swój brzydszy profil, nie pozwoliłam Zbyszkowi "odbierać" porodów, (  wtrącanie się w czyjeś słowo było niegrzeczne, przepraszam, ). Mój mąż dzięki wystąpieniu u mojego boku, został od razu nobilitowany na "autora bloga i książki "Rodzimy w domu", zawsze mu powtarzam, żeby się trzymał blisko mnie to daleko zajdzie... Oczywiście wyczailiśmy okazję aby pozdrowić polską ikonę położnictwa domowego, kochaną Panią Irenę Chołuj  ;)

Tak na serio, było bardzo sympatycznie, atmosfera na planie bardzo przyjazna.  Zbigniew, jak sam przyznał, chyba równie zestresowany, co my, gdyż był to jego debiut jako prowadzącego w "Pytaniu na śniadanie". Monika jak zawsze, w pełni profesjonalna, oboje bardzo otwarci na rozmowę. Pewnie w tym temacie moglibyśmy przegadać i trzy godziny ;). Czasu było troszkę mało na rozwinięcie tematu, ale obejrzyjcie sami...
Oczywiście zapraszam cały czas do nadsyłania relacji z porodów domowych.

Przypominam, że jest to projekt niekomercyjny, książka zawierająca zbiór autentycznych relacji z porodów domowych, które nadesłały mi kobiety i podstawowe informacje o porodzie domowym będzie dostępna bezpłatnie .Stąd właśnie pieniądze na realizację zbierane od Was wszystkich- darczyńców.





czwartek, 4 kwietnia 2013

Życie jest cudem !

Opowieść Dominiki, długa, cudna... 
Cieszę się, że napisałaś o swoim można powiedzieć, wieloletnim ;) dojrzewaniu do porodu domowego, myślę, że takie doświadczenie jest nieobce wielu rodzącym w domu...


2 marca

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wydawało mi się, że nie lubię dzieci, a myśl o macierzyństwie była mi odległa jak marzenie o śniegu w środku lata, usłyszałam o porodach domowych. Pomysł, jako taki, nawet mi się spodobał - czysto teoretycznie. Wtedy jeszcze zakładałam (ba, cieszyłam się!), że jakby co, to cesarkę, ze względu na wadę wzroku, mam raczej pewną, co uznałam za słuszne i zbawienne.
Minęło kilka lat, mój zegar biologiczny kazał mi zrewidować poglądy na dzieci i widok maluchów w wieku niemowlęcym zaczął mnie podejrzanie rozczulać. Małżonek w pełni zaaprobował pomysł przedłużenia rodu i oto już za kilka miesięcy zostanę mamą. Wizja cesarskiego cięcia jako najlepszego sposobu na powicie dziecięcia, odeszła w siną dal jak kartki na mięso, kiedy dotarło do mnie, że to całkiem poważna operacja i nie ma takiej opcji, żebym się dobrowolnie pchała pod skalpel. Zwłaszcza, że stchórzyłam przed banalnym wycięciem migdałków. Za to ziarenko myśli o porodzie domowym zakiełkowało we mnie na początku ciąży i dojrzewa, dojrzewa spokojnie. Nie trzymam się jej kurczowo, obserwuję, czekam.

15 kwietnia

Im bardziej jestem w ciąży tym bardziej myśl o porodzie domowym jest mi bliższa. Zdaje się, że podświadomie zdecydowałam się gdzieś tak w okolicy drugiego miesiąca Teraz wiem już na pewno - chcę rodzić w domu. Chcę, żeby moje dziecko przyszło na świat w przyjaznej, intymnej, domowej atmosferze. Chcę, żeby po urodzeniu było tylko i wyłącznie ze mną i ze swoim tatą, otoczone naszymi, domowymi bakteriami, których, w przeciwieństwie do tych szpitalnych, wcale się nie obawiam. Nie wyobrażam sobie żebrania o to, aby pozwolono mi (tak jakby dziecko było własnością szpitala) trzymać moje maleństwo przy piersi po urodzeniu tak długo, jak będę miała taką potrzebę i ochotę. Moja przyjaciółka, której niemal siłą zabrano synka natychmiast po porodzie (bo rzecz jasna natychmiast trzeba było go zmierzyć, zważyć oraz ogólnie oporządzić), do tej pory wspomina to jako najgorszą chwilę w swoim życiu. Nie chcę, aby świecono maluchowi w oczy szpitalnymi lampami, kąpano, smarowano oczy metalem szlachetnym, niepotrzebnie dokarmiano, zatykano smoczkiem, zabierano na oddział noworodkowy „żebym sobie odpoczęła”. Odpocznę sobie po śmierci, jak mawia moja babcia. Chcę urodzić siłami natury, bez „wspomagaczy” medycznych, co w szpitalu jest mało prawdopodobne. Nie życzę sobie standardowych procedur szpitalnych - przebijania  pęcherza, wszechobecnej oksytocyny, nacinania krocza, rodzenia w pozycji „zaproponowanej przez personel”, czyli wiadomo jakiej. O atrakcjach w postaci naciskania na brzuch, kleszczach i próżnociągu nawet nie myślę. Nie chcę płacić za poród rodzinny, czy to w formie cegiełki, czy też ubranka dla tatusia za 150 zł.  Boję się szpitalnej rutyny. Chcę rodzić tak długo, jak długo będzie trzeba, nie wyobrażam sobie poganiania przez położne lub lekarzy, co spotyka wiele moich koleżanek. Nie dla mnie leżenie plackiem pod KTG, co po pierwsze nie ma sensu, a po drugie bywa szkodliwe. Nie chcę zależeć od humoru personelu medycznego - od pań w izbie przyjęć, poprzez lekarzy aż do salowych. W moim mieście poród najczęściej jest walką  pomiędzy ów wszechwiedzącym personelem medycznym i położnicami, pardon, „pacjentkami”, jak to się teraz nazywa - tak przynajmniej wynika z relacji moich koleżanek, wszystkich, co do jednej. Nie chcę walczyć. Sala porodowa nie powinna być polem bitwy. Położnica i tak jest w niej skazana na porażkę - słysząc słynne, niezmienne od lat hasło „to dla dobra dziecka” zgodzi się na wszystko, nie pytając nawet o sens wykonywanych czynności, badań czy nazwy podawanych leków. Znając mój niepokorny charakter byłaby to bitwa pod Grunwaldem, ale nie o to mi chodzi. Nie chcę walczyć, nie chcę również przeżyć porodu na zasadzie „zacisnę zęby i jakoś to będzie” - byle szybko, byle jak. Chcę urodzić naturalnie i pięknie! Rodzi się w dużej mierze „głową”, nie sądzę, abym w szpitalu mogła się wyciszyć i zaufać instynktowi. Nie jestem chora, nie idę do szpitala!
Pragnę znaleźć położną, której zaufam, której, jeśli powie cokolwiek „dla dobra dziecka”, posłucham i będę wiedziała, że ma rację i bynajmniej nie chodzi li i jedynie o jej wygodę. Pomijając to wszystko, poród w domu stał się dla mnie absolutnie naturalną koleją rzeczy. Instynktownie czuję, że to najlepsze, co mogę zrobić dla siebie i dla małej istotki w moim łonie.

23 kwietnia

Ja, która do niedawna na każdy, niewielki nawet ból, reagowałam, odruchowo wręcz, ibuprofenem, paracetamolem, ketonalem, w ogóle nie boję się porodu! Ból chorobowy - o tak, ten mnie przeraża. Ból porodowy wydaje mi się naturalny, akceptuję go, oswajam, wiem, że dam radę. Przeszłam kiedyś 12 km po śniegu, po górach, z kolką nerkową. Jeżeli przeżyłam tamto, przeżyję wszystko - nie wyobrażam sobie gorszego doświadczenia.

5 maja

Jedziemy na zajęcia. Szkoła Świadomego Macierzyństwa - jak ładnie to brzmi, o ileż więcej treści zawiera w sobie tak prosta w zasadzie nazwa, od popularnej „szkoły rodzenia”. Mówię mężowi, że chcę rodzić w domu. Musi to przemyśleć. OK, cieszę się, że nie podejmuje decyzji ad hoc, chcę aby miał pełną świadomość odpowiedzialności, jaką na siebie weźmiemy, aby rozważył wszelkie za i przeciw. Decyzja o wspólnym porodzie jest dla nas absolutnie naturalna i nie podlega żadnej dyskusji, ale inaczej wygląda poród rodzinny w domu, a inaczej w szpitalu. Bez Maria akceptacji mój pomysł nie ma racji bytu, bez niego nie urodzę w domu. Po zajęciach Mario nie ma żadnych wątpliwości - popiera mnie stuprocentowo. Hurra!

7 maja

Nie kryję się ze swoim pomysłem - informuję każdego, kto chce słuchać. Ciekawe, moje przyjaciółki - matki - są za, w zasadzie wszystkie popierają, chwalą moją odwagę. Dlaczego? Dla mnie odważne są kobiety decydujące się na poród w szpitalu!  Babcia reaguje entuzjastycznie, mama wie, że i tak postawię na swoim, akceptuje. Tylko K., która dziecka nie ma nawet w odległych planach, roztacza przede mną czarne wizje wykrwawienia się na śmierć, pięciokrotnego owinięcia dziecka pępowiną (i w konsekwencji rzecz jasna uduszenia), opowiada mi o holenderskiej karetce czekającej pod domem, słynnej prawie jak czarna wołga itp. Mam to gdzieś. Postępuję tak, jak każe mi instynkt.

12 maja

Miałam dziś próbkę działania „Pambuka Doktora”, ginekologa, do którego zawędrowałam po skierowanie na badania. Najpierw usłyszałam, że nie mam co się bać porodu (kto się boi?), bo „lekarze znają takie specjalne sposoby, które ułatwiają poród  (czyli nacięcie krocza) dzięki któremu dziecko wyskakuje jak piłka”. Czy ja mam cztery lata? Potem dowiedziałam się, że mam iść do okulisty, bo moja przerażająca wada wzroku (-3,0) może mnie kwalifikować do cesarki. Nie chcę cesarki? Ależ dlaczego, przecież każda kobieta chce! - Pan Doktór patrzy na mnie jak na istotę, delikatnie mówiąc, niespełna rozumu (chcę stąd wyjść!). Skierowanie na USG, termin za sześć tygodni, wcześniej nie ma miejsc. Nie potrzebuję badania w kierunku toksoplazmozy, jeżeli nie mam kota. Aha, mam. To powinnam się go pozbyć (dlaczego, Panie Doktorze, dlaczego???) Aha, robiłam już badania, wynik dodatni. Czyli antybiotyki. Do kiedy? Pan Doktór długo studiuje tajemniczą książeczkę – po chwili słyszę, że „tu piszą, że do końca ciąży” (CHCĘ STĄD WYJŚĆ NATYCHMIAST!). Żebrzę o skierowanie na awidność przeciwciał - nic z  tego, za drogo dla NFZ. No to chociaż do poradni chorób zakaźnych. Nie, antybiotyki wystarczą. Na koniec Pan Doktór pociesza mnie, że dzięki antybiotykom mam duże szanse urodzić „w miarę zdrowe dziecko”. Do niezobaczenia, drogi Panie Doktorze. Solidna dawka stresu, którą mi Pan zafundował - gratis do wizyty sponsorowanej przez literki NFZ.
Skierowanie do zakaźnych dostaję bez problemu od lekarza pierwszego kontaktu. Powtarzam badania w szpitalu, badam również awidność przeciwciał IgG. Wszystko OK. Trafiam na przesympatyczną panią doktor (patrzcie państwo, istnieją lekarze myślący!), która wyjaśnia mi, dlaczego w ciąży niektóre badania wychodzą przekłamane, rozwiewa raz na zawsze wszelkie wątpliwości i uspokaja. Przyznaję, że nie brałam antybiotyków. „No i bardzo dobrze, tylko by zaszkodziły. Proszę słuchać instynktu, on nigdy pani nie zawiedzie” - słyszę. Cudowna kobieta!


29 maja

Dzisiaj oznajmiłam mojej, tym razem już świadomie wybranej, ginekolog, że chcę rodzić w domu. Zapytała dlaczego i bardzo uważnie słuchała odpowiedzi. Wiem, że gdybym powiedziała, „bo tak” albo, że „to taka moda”, zniechęcałaby mnie z całych sił. Upewniła się, że Mario nie ma nic przeciwko i jest to również jego, świadomy, wybór. Na razie nie ma przeciwwskazań, ale ostateczny „wyrok” zapadnie tuż przed porodem.

20 lipca

    Na mojej półce z książkami zagościły nazwiska: Agrawal, Chołuj, Balaskas, Kitzinger, nocami zaczytuję się w ich słowach i po raz kolejny uświadamiam sobie, że ciąża to cudowny stan, a poród może być najpiękniejszym przeżyciem. To ciekawe - poza dr Agrawal, która prowadzi moją ciążę, i do której mam absolutne zaufanie, postrzegając ją jako wyjątkowo ciepłą, pełną empatii istotę - nigdy nie spotkałam pozostałych autorek, a jednak mam nieodparte wrażenie, że są moimi Przyjaciółkami, kimś bardzo bliskim.


2 sierpnia

Przyjechała położna. Rozmawiała głównie z Mariem, co mnie nieco zdziwiło. Wyjaśniła, że o mnie się nie obawia, natomiast zdanie przyszłego taty jest arcyważne - partner, który świadomie chce „rodzić” w domu, jest nieocenioną pomocą, natomiast partner, który wcale nie jest do tego przekonany, tylko na przykład zgadza się dla świętego spokoju, może poważnie zaszkodzić. Głównie rodzącej. OK. Mario popiera pomysł całym sercem, o ciąży i porodzie siłami natury wie już wszystko, co wiedzieć powinien, jesteśmy zespołem. Położna podkreśla, że ostateczna decyzja należy do lekarza, który mnie prowadzi. Omawiamy warunki.

6 sierpnia

Dzwoni K. Pyta, czy będę miała przygotowane ręczniki i gorącą wodę. Jezu, czy ta kobieta nie rozumie, że od XIX stulecia trochę się zmieniło?  Przypomina o tym, że w szpitalu jakby co, to sala operacyjna jest non stop przygotowana. Jasne, opowieści o sali operacyjnej w stanie gotowości bojowej niemal mnie rozczulają, zwłaszcza, kiedy czytam w mediach, że we Wrocławiu nie ma anestezjologów, którzy mogliby znieczulać rodzące kobiety, w związku o znieczuleniu można sobie pomarzyć - to niemal temat na powieść science fiction. No pewnie, skoro wszyscy anestezjolodzy czekają  w tych salach do cesarek…
Nie rozumiem - nikogo nie namawiam do porodów domowych, choć sama instynktownie wiem, że to najlepszy pomysł, na jaki wpadłam w życiu. Nie neguję porodów szpitalnych, cesarek - po prostu czuję, że to nie jest dla mnie. Kobieta powinna rodzić tam, gdzie czuje się bezpiecznie, z osobą, w której ma oparcie i w otoczeniu, w którym czuje się dobrze. Jeżeli będzie to szpital, jeżeli zaufa lekarzom - to fantastycznie. Jeżeli czuje, że najlepszym rozwiązaniem jest cesarka - to super. Nie mnie o tym decydować, co dla kogo najlepsze. Dla mnie najlepszy jest dom i czuję to całą sobą.

8 sierpnia

Czuję się doskonale. Szczęśliwie omijają mnie wszystkie ciążowe „atrakcje” - nie mam zgagi, bólów kręgosłupa, hemoroidów i rozstępów.  Nie puchną mi nogi. Hemoglobina, pomimo, że od 18 lat nie jadam mięsa, prawie w normie „przedciążowej”. Rozpiera mnie energia, najchętniej poprzenosiłabym kilka gór. Ćwiczę jogę, taniec brzucha, pływam. Chodzimy na spacery - codziennie 10 - 15 km. Nie czuję zmęczenia. Wyciągam Maria podstępem na rower  - obiecuję, że tylko na dziesięć marnych kilometrów. Szosą, żeby nie trzęsło. Po pięćdziesięciu, wśród pól i lasów czuję, że żyję.

10 września

Rodzę w domu!!!! Moja cudowna ginekolog wyraziła zgodę!!!  Jestem, obie jesteśmy, zdrowe jak konie i nie ma przeciwwskazań! Pani doktor przepytuje mnie i Maria z fizjologii porodu. Przypomina, że akcja porodowa może się w pewnym momencie uspokoić, że zaczynają wtedy działać mikroskurcze, co dziecko odczuwa nader silnie, ja natomiast niekoniecznie, że jest to absolutnie normalne i nie należy się tym przejmować - choć może to wyglądać jak zanik postępowania porodu, czy jak to się po „szpitalnemu” nazywa. Prosi mnie, żebym na „wszelki” wybrała sobie jakiś szpital. Baaaardzo prosi, abym nie nastawiała się „antyszpitalnie”, bo jeżeli jednak będę zmuszona jechać na porodówkę, może to być dla mnie poważny problem - nie poradzę sobie psychicznie. Staram się z całych sił, przekonuję samą siebie, że nikt w szpitalach nie ma złych intencji, nikt tam nie zamierza zrobić mnie i mojemu dziecku krzywdy, ale nie daję rady -  moja niechęć jest silniejsza. Ja po prostu MUSZĘ urodzić w domu. Szpital byłby porażką. Nie!

17 września

Dzwoni K. i zawiadamia mnie, że „koleżanki koleżanki koleżanki dziecko umarło na sepsę” i bardzo prosi, abym jednak zmądrzała. Czyli przestała się wygłupiać i pojechała na porodówkę. Dziecko co prawda miało dwa lata i urodziło się w szpitalu, w związku z czym nie widzę związku, ale K. najwyraźniej dostrzega jakiś ciąg logiczny. Mario dzwoni do niej i ostrym głosem proponuje, aby dała sobie spokój i przestała mnie denerwować. Co racja to racja - stres nie jest najlepszy, ale i tak jej informacje nie robią na mnie wrażenia. Ja naprawdę WIEM, co robię.

20 września

Termin za dwa dni. Jest przepiękna pogoda, to ostatnie dni lata. Idziemy do lasu. Mam szwendacza, chcę chodzić, chodzić!!! Wybieramy nowe ścieżki, wędrujemy w nieznane, byle dalej i dalej. Czuję się absurdalnie szczęśliwa, zachwyca mnie wszystko, intensywnie czuję zapach lasu, od runa aż po czubki sosen, krowy pasące się na pastwisku rozczulają prawie do łez. Uwielbiam być w ciąży. Nie wiem, co produkuje mój mózg, ale gdybym umiała zsyntetyzować te substancje, prozac nie miałby racji bytu. Dzwoni moja mama. Z rozmowy nici, pada zasięg. Wieczorem wracamy do cywilizacji. Mario sprawdza trasę na Google Earth - 11km. Mama, dodzwoniwszy się wreszcie, krótko i treściwie tłumaczy mi, co sądzi o naszej szalonej lekkomyślności - wszak mogłam zacząć rodzić w środku lasu. Nic to, dziś mam w sobie tyle energii, że poród pod dębem byłby czystą przyjemnością!

22 września

Nie chce mi się spać, fizycznie czuję się doskonale ale znów mam nadmiar energii. Przekonuję przyjaciółkę, z którą uskuteczniam telefoniczne rodaków rozmowy, że to jeszcze potrwa. Umawiamy się na jutro, podwiezie mnie do ginekologa. Chyba usiłuję przekonać samą siebie - wcale mi się nie spieszy do macierzyństwa, które widzę jako białą plamę na mapie przyszłości. Całe życie mogłabym być w ciąży, nigdy nie czułam się lepiej. Nie mam pomysłu na bycie mamą, choć jednocześnie wiem, że będzie dobrze. Mam zamiar jeszcze porządnie się wyspać, tymczasem spędzam noc grając zawzięcie w absolutnie bezmyślną gierkę. Chętnie poszłabym na dłuuugi spacer - piękna, ciepła noc zaprasza.
          Mario śpi. Po piątej ruszam wreszcie do łóżka. Ciało zmęczone, umysł wręcz przeciwnie -  mogłabym teraz wziąć udział w narodowym dyktandzie. Mario wstaje, daje mi w przelocie całusa i idzie grzebać w swoim warsztacie piętro niżej. Kładę się w końcu, wiercę i moszczę, usiłując zająć względnie wygodną pozycję i nagle słyszę dziwny dźwięk, jakby gdzieś we mnie wystrzelił korek od szampana. Zamieram i już po chwili czuję, że nie jest dobrze - chyba właśnie odchodzą mi ów słynne wody płodowe! Jak to? Jak to? JAK TO??? Już??? Cholera, miałam się wyspać!!!!!! Ta błyskotliwa myśl szaleje mi po głowie kiedy dzwonię do Maria. Po chwili małżonek jest przy mnie, a ja zaczynam biegać po domu znacząc swoją ścieżkę mokrymi śladami. W głowie szaleństwo kłębiących się myśli - miałam ugotować rosół, który wzmacnia po porodzie! I posprzątać!  Podobno tylko 5% dzieci przychodzi na świat w wyznaczonym terminie, dlaczego akurat moje musi być tak obrzydliwie punktualne? Rzucam się do kuchni, nastawiam rosół, Mario chwyta za odkurzacz. Po chwili dociera do nas, że miotamy się po domu całkiem bezmyślnie i bez sensu. OK. Zwalniamy. Mario mnie przytula. Trwamy tak, po czym wracamy do swoich zajęć tyle, że już nieco bardziej racjonalnie. Nie czuję już zmęczenia, adrenalina dała mi niezłego kopa, działam siłą rozpędu.
             Pół godziny później pierwszy skurcz zgina mnie w pół, zaskakuje - jest bardzo silny!
„Jezu, jak to ma tak wyglądać, to ja nie dam rady!” - przelatuje mi przez głowę. Po chwili mija. Jest dobrze. Obieram marchewkę i znowu skurcz! Jak to? Tak szybko? Następny. I znowu. Biegam po domu gorączkowo szukając komórki. Jest! Trzęsącymi rękami szukam stopera. Mierzę czas. Siedem minut, pięć, trzy. Czuję się oszukana. Oszukana przez artykuły w prasie i w Internecie, opowiadające o tym, jak to długo trwa pierwsza faza porodu, o tym, że skurcze są na początku rzadkie, że można się między nimi zdrzemnąć… Umówiliśmy się z położną, że zadzwonię, kiedy skurcze będą się powtarzać co 20 minut. Ha ha! Siadam na krześle, ale wcale nie jest mi wygodnie. Piłka rehabilitacyjna, tak zachwalana przez przeróżne poradniki, tylko mnie denerwuje, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Muszę chodzić, chodzić, chodzić! Mario dzwoni do położnej i mówi jaka jest sytuacja. Stoję przy biurku, liczę długość skurczu. Dupel spogląda na mnie z wyżyn swojego nadbiurkowego tronu. Uspokaja mnie spojrzeniem, kocie oczy nadają kod  ”spokojnie, będzie dobrze”, pomrukuje. Wierzę mu, zdenerwowanie opada. Przytulam się do ciepłego futerka, mruczymy oboje. Ból, który powoli zaczynam oswajać, nie jest już tak dotkliwy - moje ciało zaczyna się przyzwyczajać, instynktownie zginając się przy kolejnych skurczach - to pomaga.
Położna przyjedzie za półtorej godziny, tymczasem radzi wziąć kąpiel w wannie, uspokaja, że na pewno nie potrwa to tak szybko, jak mi się w tej chwili wydaje.
Wchodzę zatem do wanny, Mario polewa mi plecy ciepłą wodą. Cudownie!!!!!! Słyszałam o znieczulającym działaniu wody, ale nigdy, przenigdy nie przypuszczałam, że tak bardzo mi pomoże! Działa rewelacyjnie, czuję zdecydowaną ulgę! Skurcze wyciszają się i są odrobinę rzadsze. „Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój!” - śpiewam dziarsko, myśląc o nagrodzie Nobla dla pana Vincenta Priessnitza i rachunku za wodę. Mario polewa mi plecy wciąż i wciąż. „Za każdy kamień twój, stolico damy krew!!!!” - ryczę pełną piersią. Śpiewanie dobrze mi robi i nastawia zdecydowanie bojowo. Dam radę! „Za Śląsk, za WKS! Pójdziemy aż po życia kres!”  Mario wybucha śmiechem słysząc mój repertuar - nie jestem kibicem piłkarskim, ale właśnie ów pieśń stadionowa kołacze mi w głowie i szuka ujścia przez struny głosowe.
Nie mówimy dużo, rozmawiają nasze oczy. Czuję się bezpiecznie, psychicznie jestem już całkiem wyluzowana.  „Nie myśl” - słyszę najmądrzejszą radę w tym dniu. Wyłączam więc myślenie, poddaję się intuicji. Zaprzyjaźniam się z bólem, oswajam go. Moje ciało samo szuka odpowiednich pozycji w chwilach skurczów i znajduje je. Nie boję się  niczego, mam  absolutną pewność, że wszystko będzie dobrze. Czuję w sobie moc, zdolną zbudować w dwa tygodnie wszystkie zaplanowane w Polsce autostrady. Czuję siłę, która mogłaby pokonać Wielką Pardubicką, nawet bez konia. Czuję potężną energię, zdolną rozwiązać światowy kryzys energetyczny. Czuje mądrość i spokój wszystkich matek od zarania ludzkości - coś niesamowitego!

Wychodzę z wanny, mieszam w kuchni rosół, przegryzam jabłko. Jak zwykle rano nie mam apetytu, ale najwyraźniej moje ciało domaga się energii. Jest dziewiąta. Pukanie do drzwi - to  położna, witana przez Maria okrzykiem ulgi (zdaje się, że ma silniejszego „stresa”, niż to okazuje), przeze mnie zaś okrzykiem radości. Krótka rozmowa, badanie. Tętno Małej idealne, moje ciśnienie jak zwykle nie za wysokie, rozwarcie na cztery palce! Stanowczo żądam kawy - adrenalina trochę mi opadła i skutki nieprzespanej nocy dają się we znaki. Mario robi kawę dla wszystkich, gawędzimy sobie jak na przyjęciu towarzyskim, wygląda to dość absurdalnie i wprawia mnie w szampański wręcz humor. Do skurczów przyzwyczaiłam się już tak bardzo, że nie zwracam na nie uwagi, automatycznie zajmuję najwygodniejszą pozycję, oddycham sobie głęboko i wracam do konwersacji.
Nagle znów czuję nieodpartą potrzebę chodzenia - wydeptuję więc ścieżki w całym domu, zaglądam w każdy kąt. Mario z Położną chodzą za mną krok w krok, zapewne wyglądamy jak procesja. Klękam przy narożniku, tu mi dobrze, chcę tu zostać! Mario siada przede mną, Położna za mną, masuje mi plecy. Skurcze stają się silniejsze, już nie mogę ich ignorować, ból znowu zaczyna przygłuszać mi rzeczywistość. Wydaję z siebie gardłowe, wibrujące, prawie kocie pomruki. Ściskam dłonie męża. Nie zdjął obrączki, na bank będzie miał ślady. Boli! Odruchowo spinam ramiona, wyginam się nienaturalnie. Położna próbuje masować mi i barki, przewidując, że będę miała zakwasy nie do ogarnięcia. Mario próbuje wyjść do toalety, obiecuje, że wróci za sekundę.
- Idź - mówię. Robi ze dwa kroki.
- WRACAAAJ!!!!!! - krzyczę rozpaczliwie - bez niego tracę grunt pod nogami, poczucie bezpieczeństwa i całą pewność siebie. Jest już przy mnie, jest tam, gdzie być powinien, moja równowaga wraca na swoje miejsce, jest dobrze.
- To nie był dobry pomysł, ja bym jednak chciała cesarkę - jęczę przy następnym skurczu, zaczynam tracić siły. Chcę do wanny! Wiem, że być może woda spowolni poród, że będzie trwał dłużej, ale ja MUSZĘ do wanny!
Cudowny to dzień, w którym moje życzenia są natychmiast spełniane - siedzimy w łazience, Mario polewa moje plecy wodą, Położna masuje. Rewelacja! Odzyskuję siły, wracamy do konwersacji, Położna opowiada nam anegdotki porodowe. Zaczynam się zastanawiać, czy będzie miała odciski na palcach od masowania moich obolałych pleców, ale przypominam sobie, że miałam nie myśleć. Nie myślę więc, nawiązuję kontakt wzrokowy z małżonkiem.
Chcę powrotem pod narożnik. Nie wiem, ile czasu się pluskałam, straciłam jego poczucie gdzieś w okolicy dziesiątego skurczu. Wracamy do pokoju. Kładę się do badania.
- Tętno Bianki idealne - oznajmia Położna.
 Nagle czuję ból, jakiego nie doznałam nigdy w życiu! Rozrywa mnie na kawałki, dociera do każdej komórki mojego ciała, poraża mi umysł! Jak oszalałe zwierzę odruchowo zwijam się w kłębek i ląduję na podłodze, ciężko dysząc. Nie mam pojęcia, jak kobiety, rodzące w szpitalu w pozycji leżącej, są w stanie przeżyć taki koszmar! Następny skurcz, już w mojej, instynktownie wybranej pozycji, jest bez porównania lżejszy!  Nigdy więcej - nie położę się za żadne skarby świata! Klękam pod narożnikiem, kątem oka dostrzegam Dupla, który najwyraźniej postanowił sprawdzić co się dzieje i przycupnął w kącie pokoju.
- No, kochana, dziesięć centymetrów! - oznajmia radośnie Położna.
- Dziesięć? Już dziesięć? - nie dowierzam. Wszystko wskazuje na to, że przeszłam ów słynny kryzys siódmego centymetra! Hurraaaa!!!!!!!! Dostaję przypływu nowych sił, choć wydawałoby się, że zużyłam już wszystkie. Dziesięć! Nie ma dla mnie przeszkód! Dałam radę! Mogę wszystko!
Nagle zaczynam tracić świadomość. Rzeczywistość dociera do mnie przez mgłę, rozmywa się - jakbym miała za słabe okulary. Ból jest trochę inny, za to mam wrażenie, że trwa nieustannie, nie mam czasu na odpoczynek. Nie docierają do mnie słowa Położnej, choć słyszę, że coś mówi. Przestaję myśleć, przestaję czuć, jestem zwierzęciem, jestem instynktem, jestem oddzielona od świata szklanym kloszem. Tracę świadomość własnego ciała, znikam i znika wszystko, co mnie otacza. Widzę tylko oczy Maria - wielkie, niebieskie, skupione na mnie. Hipnotyzują mnie, nie mogę przestać w nie patrzeć. Są całym moim światem, poczuciem bezpieczeństwa - reszta nie istnieje. Ściskam jego dłonie z całych sił, choć ledwo to sobie uświadamiam. Oczy coś do mnie mówią -  nie rozumiem słów, ale automatycznie wykonuję polecenia. Mój umysł rejestruje obraz w zwolnionym tempie, dźwięki docierają jak przez grubą warstwę wody, pierwszy raz w życiu całkowicie przestaję myśleć. Wzrok mojego męża jest teraz  moim jedynym kontaktem ze światem, nitką świadomości, oparciem i bezpieczeństwem. Nie mogę zamknąć oczu, nie mogę mrugnąć, nie mogę przerwać kontaktu, bo zniknę. Jak przez grubą warstwę szkła dociera do mnie nowy rodzaj bólu - pojawia się i znika. Opary gęstej mgły rozsuwają się powoli, zaczynają do mnie docierać myśli, choć jeszcze ich nie rozumiem. Czuję, że jakaś nowa siła zaczyna rządzić moim ciałem, ciągnie mnie w dół!
- Teraz kochanie! - słyszę Maria. Robię więc to, co każe mi mąż i moje ciało. Prę z całej siły, odpoczywam chwilę i znowu prę. I nagle ból znika, jakby ktoś włączył światło! Obracam się całkowicie bezmyślnie w stronę Położnej, która trzyma w rękach COŚ. Nie wiem co TO jest, kompletnie nie uświadamiam sobie, że właśnie widzę moją córeczkę.
- Jejku, jejku - kwilę absolutnie bez sensu i czuję, że natychmiast muszę to COŚ przytulić! Po chwili trzymam w ramionach absurdalnie małe, spuchnięte, czerwone ciałko, które co od razu czepia się mnie jak małpka i zaczyna obwąchiwać moją pierś, po czym usiłuje ją polizać. Nie myślę. Coś spływa mi po twarzy, może pot, może łzy. Całkiem nowa emocja rodzi się gdzieś wewnątrz mnie i wypełnia wszystkie zakamarki mojego jestestwa, czuję ją w każdej komórce mojego ciała, w paznokciach, włosach, rzęsach - składam się wyłącznie z tego nowego uczucia. Nie wiem nawet, czy jest przyjemne - po prostu jest i ogarnia mnie całą. Nie umiem nazwać tej emocji i w ogóle się nad tym nie zastanawiam -  jeszcze nie myślę, ale nie potrafię oderwać wzroku od małej istotki przytulającej się do mojej piersi. Nie odrywam więc i tak sobie trwamy.
Po jakimś, nieuświadomionym przeze mnie, czasie znowu czuję skurcze i zanim cokolwiek zdążę pomyśleć znów coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Położna, która teraz jawi mi się niczym Anioł, ogląda coś z uwagą, a mój mąż z przerażeniem. Aha, to łożysko. Mario myślał, że będzie wielkości fasolki… Świat powoli zaczyna do mnie docierać. Łożysko w porządku, pępowina przestaje pulsować, biorę ją do ręki - bardzo dziwny twór, jakby żywy, ciepły kabel. Położna zaciska pępowinę, ostrożnie, „żeby Bianka nie miała później pretensji, jak będzie chciała nosić bikini”. Mario odcina. Jesteśmy teraz  osobnymi istotami. Kładę się z Małą, która zasypia natychmiast i dopiero teraz czuję, jak bardzo jestem zmęczona. Idę za przykładem mojej córeczki.
Budzę się po dwóch godzinach. Mario siedzi przy nas, oczy ma podejrzanie wilgotne, uśmiech od ucha do ucha. Położna wypełnia papiery. Bierze Biankę do zbadania, Mario pomaga mi wziąć prysznic i dostępuje honoru pierwszego przewijania i ubierania małej Istotki. Kładę się, a Bianka uczy się ssać. Położna żegna się z nami, uprzedzając, że jakby co, jest pod telefonem. Będzie za trzy dni - pobierze krew do badań, sprawdzi, czy wszystko w porządku, uspokoi nawał pokarmu, który niewątpliwie mnie czeka, nauczy nas kąpać Małą. Anioł.
Zostajemy sami. Nie rozmawiamy, nie potrzebujemy słów, znowu nasze oczy prowadzą dialog. Wpatrujemy się w naszą śpiącą córeczkę. Chyba dopiero teraz zaczyna do nas docierać, że naprawdę jest. Maleńka, taka do schrupania, cała nasza! Krucha i silna zarazem. Doskonała. Przychodzi Dupel, chce poznać to nowe Coś, co spowodowało, że spokojny dotąd dom stanął na głowie. Pozwalamy mu obwąchać Biankę. Bada ją dokładnie, z nieufnością, od stóp do głów, ale najwyraźniej wszystko jest w porządku, bo udeptuje ją dookoła i kładzie się obok. Zaakceptowana.

Obdzwaniam gabinety lekarskie. Mamy problem - nikt nie chce przyjechać. Pediatrzy i neonatolodzy, którzy jeżdżą do dzieci urodzonych w domu, mają za daleko, a ci pobliscy najwyraźniej boją się takiego malucha - jakby miała trzy głowy. Proponują wizytę w szpitalu. Za nic! Wiem, że z Bianką wszystko w porządku, widzę to i czuję, ale wydaje mi się, że powinien potwierdzić to lekarz. Wreszcie podstępnie zwabiam panią doktor, mówiąc, że to wizyta patronażowa, że chodzi tylko o zbadanie ogólnego stanu zdrowia. Będzie jutro. 

Wieczór. Obdzwoniliśmy tylko najbliższą rodzinę, nie chcemy wysyłać setek esemesów, prowadzić rozmów, tłumaczyć, wyjaśniać, opowiadać. Jeszcze nie teraz. Teraz skupiamy się na sobie, wyciszamy, kontemplujemy. Mario kładzie sobie Małą na klacie - Bianka zasypia natychmiast, nie wydawszy nawet dźwięku. Pełne zaufanie.

Bianka

Budzę się w środku nocy. Mała śpi obok mnie, Dupel w nogach łóżka, Mario na materacu pod łóżkiem - wygląda jak strażnik. Cieszę się, że był ze mną, że nie zostawił mnie chociażby „ze względów estetycznych”. Gdyby tak było, już na zawsze tliłaby się we mnie iskierka niepewności, że zostawi mnie również na przykład w przypadku ciężkiej choroby - wszak osoby chore rzadko bywają „estetyczne”. Naturalnia non sunt turpia, jak mawiali starożytni Rzymianie. Na szczęście decyzja o porodzie rodzinnym była dla Maria naturalna i bezdyskusyjna. Kocham go.
 Bianka przez sen kombinuje coś wokół mojej piersi, uczy się ssać, choć na razie wychodzi jej to raczej nieporadnie. Już miałam próbkę dobrych rad w stylu: „natychmiast daj jej butelkę, zagłodzisz dziecko!” „Koniecznie podaj glukozę bo opadnie z sił!” I tak dalej. Położna wyjaśniła mi, że dziecko po porodzie ma wystarczająco dużo składników odżywczych jeszcze z łożyska, wszystko jest w porządku. Wierzę jej. Odrzucam wszystkie „dobre rady”, ufam wyłącznie swojej intuicji - przyszłość pokaże, że to najlepsza nauczycielka rodzicielstwa. Mała nie płacze, przytula się do mnie ufnie, pofukuje pod nosem, szuka piersi. Głaszczę ją po główce i uświadamiam sobie, że dotąd nie słyszałam jej płaczu - tylko pojedyncze dźwięki i pofukiwania.
Myślę sobie, że następne dni będą dla nas trudne - nie mamy nikogo do pomocy, cała rodzina kilkadziesiąt kilometrów dalej, moja zagrypiona mama zgłasza się do pomocy jak wyzdrowieje. Nie mogę zanieść dziecka do sali dla noworodków „żebym sobie odpoczęła”, jesteśmy razem non stop. Jestem zmęczona. Dociera do mnie, jaka ze mnie szczęściara - od pierwszych regularnych skurczów aż do finału minęło zaledwie 6,5 godziny. Obyło się bez przebicia pęcherza płodowego, nacinania, pęknięć, czyszczenia macicy, KTG, oksytocyny i innych medycznych wynalazków. Urodziłam sama - tak jak chciałam, tam, gdzie chciałam, z osobą, z którą chciałam i bez której niewątpliwie nie dałabym rady -  z moim mężem. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym go pozbawić tego doświadczenia. Urodziłam w swoim tempie, nikt mnie nie poganiał, nie zmuszał ani nie namawiał do czegokolwiek. Położna naprawdę tylko (i zarazem aż!) asystowała i czuwała nad całością, reszta była czystą naturą.
Nikt mi nie zabierał mojej córeczki do ważenia i takich tam, nie świecił jej w oczy, nie wtykał smoczka, nie dopajał sztucznymi specyfikami. Ba, wykąpiemy ją dopiero za trzy dni, na razie przyjmuje naturalne przeciwciała zawarte w mazi płodowej. Obce jej są  szpitalne bakterie i wirusy. Leży cały czas przy mnie. Nie mogłabym znieść myśli, że jest gdzieś na sali wśród innych noworodków, z dala od mamy, która „odpoczywa”. Nie chcę odpoczywać. Wiem, że nie będzie łatwo, ale cieszę się intymności, miłości i szczęścia, które nas otaczają.
Życie jest cudem. Życie JEST.

Dominika z Bianką


Autorka: Dominika,
zdjęcia z archiwum domowego Dominiki. 

Dziękuję Dominiko <3

      Spodobała Ci się ta opowieść i chciałabyś, żeby ukazała się w bezpłatnej książce wesprzyj projekt

piątek, 29 marca 2013

Święta Wielkanocne 2013r.


          Niech ten świąteczny czas będzie czasem dla rodziny, w pełni bliskości, 
w cieple domowego ogniska...   zdrowych, pogodnych Świąt !!!



ps. Może niektórzy oczekujący znajdą w domowych pieleszach świąteczne "zajączki" ;),


tego życzymy: Hanna z Rodziną.



czwartek, 28 marca 2013

Helenka


Małgorzata, podobnie jak ja, urodziła pierwsze dziecko w szpitalu i pomimo, że był to jak sama pisze, dobry poród, kolejny chciała mieć już w domu. Poród bliższy naturze, w  zaufaniu do swego ciała... to,  " tak proste, tak naturalne jak tylko można sobie wyobrazić"...
Dziękuję Małgorzato <3 



Długo myślałam, jak zacząć? Jak opisać coś, co było tak piękne dla mnie, tak ważne dla naszej rodziny a jednocześnie tak proste i naturalne? Jak przekazać sens żeby w technicznym opisie szczegółów- a kiedy się zaczęło, a co ile skurcze, a czy bolało - nie zgubić tego, co najważniejsze? Wiadomo, kilka podstawowych informacji jest potrzebnych, ale tylko jako ogólny pogląd.

Będzie prosto i krótko. Nasza córka Helena urodziła się w naszym warszawskim mieszkaniu 27 stycznia 2011 roku o godzinie 9.48, trafiając w opiekuńcze dłonie Ireny Chołuj. Poród rozpoczął się o godzinie 6.08 odejściem wód płodowych, Irenka dotarła trochę po ósmej, niedługo po niej przyjechała druga położna mająca nam towarzyszyć-Mariola Sienkiewicz. Mój mąż – Hubert - do końca niepokoił się, czy położne zdążą dojechać, a ja do końca miałam nadzieję, po ekspresowym pierwszym porodzie, że jednak nie zdążą i będę miała okazję urodzić sama…

Helena jest naszym drugim dzieckiem. Pierwsza córka Anna przyszła na świat w szpitalu (17 VIII 2009). Nie był to zły poród (tak naprawdę był dobry), ale wtedy za mało po prostu wiedziałam – człowiek uczy się całe życie. Wtedy nie wiedziałam, co można zrobić więcej i lepiej. Nie było tak, że przez 9 miesięcy ciąży moja psychika dojrzała do bycia matką. W powszechnym rozumieniu-pewnie tak, ale teraz widzę, jakie to było powierzchowne.

Tu słowo do Ani –Aniu, mimo że nie przyszłaś na świat w domu, też jesteś „dobrze urodzona”, pamiętaj.

Nie wiem dokładnie, kiedy zaczęły się skurcze-chyba ok. 6.45, ani co ile występowały. Nie liczyłam ani nie zapisywałam. Planowałam urodzić w sypialni, więc przetarłam tam jeszcze raz podłogę z kurzu na mokro, żeby było czysto. Mąż do dziś to wspomina ze śmiechem. Trzeba było też dać śniadanie Ani i zaprowadzić ją do mieszkania obok, do mojej siostry. Z racji wieku Ani nie chcieliśmy, żeby była obecna podczas porodu, byłaby za bardzo absorbująca.

Przyjechały położne, Hubert pomógł Irenie wnieść rzeczy, napompował piłkę, był zdenerwowany. Ja chodziłam, trochę siedziałam na piłce, piłam wodę. Skurcze bolały, ale do wytrzymania. Rozmawiałam z położnymi, Mariola mi ciśnienie w pewnym momencie zmierzyła, Irena zbadała. Hubert co jakiś czas zaglądał do Ani i akurat nie było go w mieszkaniu, gdy stało się jasne, że Helena za kilka minut będzie na świecie. Ja już nie miałam siły przejść do sypialni (ach te nasze plany życiowe…), kolejny silniejszy skurcz kazał mi po prostu uklęknąć przy kanapie. To było poza mną, po prostu zadziało się samo, nie miałam absolutnie możliwości wyboru innej pozycji. Mariola zadzwoniła po męża. Hubert do dziś wspomina, że szedł pewien, że zobaczy drugą córkę-tymczasem jeszcze było za wcześnie. Urodziłam oparta o niego, na piankowych puzzlach przy kanapie w dużym pokoju. Odczytałam szybko godzinę z komórki leżącej obok. Kilkanaście minut po porodzie sama zaniosłam Helenkę do sypialni na łóżko, nakarmiłam ją niedługo potem.

Małgorzata i Helenka

Tyle szczegółów technicznych. Czas popłynął bardzo szybko. Kontinuum. Nic nie musiałam robić. Helena urodziła się po prostu sama. Nie bałam się ani trochę. Fakt, byłam w najlepszych możliwych rękach (dziękuję Irenko), ale spokój wewnętrzny też czułam. Opatrzność? Na pewno też czuwała, ale akurat w tamtym momencie czułam bardziej odwieczną siłę natury, też w końcu dzieło Boga. Nic na siłę, wszystko spokojnie, nie bolało jakoś szczególnie. Śmiałam się i uspokajałam męża, który mimo świadomości decyzji porodu w domu i poparcia pomysłu, denerwował się. Teraz sobie myślę – on po prostu do końca tego nie czuł. Nie miał w sobie tej potężnej mocy rodzącej kobiety, tego potencjału. Choć nie wiem, czy to dobre słowo. Gdy myślę o tamtym zimowym poranku, najbardziej pamiętam wszechogarniający spokój i naturalność porodu dziecka, że to jest właśnie tak proste – nie trzeba nigdzie jechać, nie trzeba się niczym denerwować, dziecko wie, jak ma się rodzić, kobieta wie, jak urodzić. To nie do końca potencjał kobiety, raczej natury. Oczywiście byliśmy bardzo szczęśliwi, ale we mnie przede wszystkim było to przekonanie, że to jest tak proste, tak naturalne jak tylko można sobie wyobrazić. Aż byłam zdziwiona. Kontinuum płynęło.

Ania zobaczyła siostrę kilka godzin później. Dotknęła delikatnie jej czoła, po czym dotknęła mojej głowy. Chciała chyba stwierdzić, czy to ten sam materiał. Upewniwszy się, że tak, spokojna poszła się sama bawić. Tak po prostu, nawet ona nie odczuła narodzin Helenki jako rewolucji, tylko jako coś, co naturalnie się stało i zostało wpisane w rytm naszego życia. Dziecko, które wtedy miało rok i 5 miesięcy zachowało się w sposób właściwy, rozumiejąc i czując wszystko lepiej niż niejeden dorosły…

Nie ma sensu pisać o ważeniu, mierzeniu, ubraniu Helenki. Nie ma znaczenia ile ważyła ani w co była ubrana. Po porodzie poszłam pod prysznic, po czym odgrzałam Irence zupę i zjadłyśmy sobie razem, ale to też chyba nie jest istotne. Wypełnianie dokumentów? No fakt, obowiązek, ale tylko tyle. Tamten poranek był po prostu naturalną konsekwencją wydarzeń. Mam męża i go kocham, pragniemy dziecka i ono się poczyna, po czym rodzi w domu. Tak właśnie, aż tak proste.

Większość poczęć ma przecież miejsce w domu, a jeśli nie, to w środowisku intymnym i przyjaznym, jak dom. I dom jest też najlepszym miejscem, żeby dziecko urodzić. Oczywiście dla kobiet, które tego chcą i mogą. Sytuacja idealna, owszem – nie zawsze powyższe warunki są do spełnienia, ale można i trzeba się starać! Dom jest też najlepszym miejscem, żeby umrzeć. Fakt, miało być o porodzie. Ale przecież piszę też o kontinuum? O naturalnym porządku świata. Poczęcie-narodziny-śmierć.

Mój instynkt macierzyński nie rozkwitł po porodzie pierwszego dziecka. Mało tego, mam wrażenie, że i po urodzeniu Heleny pozostaje nieco uśpiony, choć coraz bardziej świadomie przeżywam każdy dzień i każdą sytuację, ucząc się bezwarunkowej akceptacji swoich dzieci, ucząc się bycia matką. Nie czuję się jednak jeszcze do końca w głębi kontinuum, choć ciągle się staram.

Przyznaję, do porodu domowego trzeba dojrzeć. Trzeba i wiedzy, i wiary w sens naturalnego, ponadczasowego porządku świata. Obu tych czynników zabrakło mi przy narodzinach Ani. Słyszałam raczej głos świata i ogólnie przyjętych standardów. Myślę, że to wspólne dla większości współcześnie żyjących kobiet, niestety. Stąd chociażby to powszechne „Nie bałaś się?” jako reakcja na to, że rodziłam w domu. Teraz staram się być bardzo otwarta na moje dzieci, słuchać tego, co mówi mi serce i intuicja, choć czasem (a nawet często) jest to sprzeczne z ogólnie przyjętymi trendami, normami, opiniami. Nie, nie bałam się absolutnie rodzić w domu. Teraz też niczego się nie boję. A przede wszystkim nie boję się ufać sobie i swoim dzieciom, nawet jak moje pomysły czy działania budzą zdziwienie. Zawsze poza tym mam wsparcie Huberta, czuję to codziennie.

Helenka ma dziś 2 lata i 2 miesiące. Jest wspaniałą, mądrą, śliczną dziewczynką. Ania ma 3 lata i 7 miesięcy. Ostatnio zapytała: „Mamo, a gdzie ja byłam, jak mnie jeszcze nie było w twoim brzuchu i na świecie?” Planujemy z mężem trzecie dziecko i poród w domu, z Irenką. To nasze trzecie dziecko kocham już teraz.

Małgorzata z mężem Hubertem, córkami Anią i Helenką



Autorka: Małgorzata, żona Huberta, mama Ani i Helenki,
zdjęcia z archiwum prywatnego Małgorzaty



Spodobała Ci się ta opowieść i chciałabyś, żeby ukazała się w bezpłatnej książce wesprzyj projekt