Opowieść tak optymistyczna jak wiosenne słońce za oknem :)
Bardzo dobrze pamiętam mój pierwszy
poród, dwa i pół roku wcześniej.
Krótko i szybko. Dojechaliśmy do szpitala na Żelaznej piętnaście minut przed tym, jak nasz syn pojawił się na świecie. Nie było czasu na żadne procedury, wenflony, lekarskie interwencje, ktg.
Weszłam do wanny i urodziłam, w towarzystwie męża i wspaniałej położnej, przy zgaszonych światłach, w ciszy. Potem dwie i pół godziny przebywaliśmy z dzieckiem. Wzorowo. Pobyt w szpitalu – w czystej sali z łazienką, w towarzystwie dwóch świetnych dziewczyn. Wymarzony poród kobiety, która planuje rodzić w szpitalu.
Krótko i szybko. Dojechaliśmy do szpitala na Żelaznej piętnaście minut przed tym, jak nasz syn pojawił się na świecie. Nie było czasu na żadne procedury, wenflony, lekarskie interwencje, ktg.
Weszłam do wanny i urodziłam, w towarzystwie męża i wspaniałej położnej, przy zgaszonych światłach, w ciszy. Potem dwie i pół godziny przebywaliśmy z dzieckiem. Wzorowo. Pobyt w szpitalu – w czystej sali z łazienką, w towarzystwie dwóch świetnych dziewczyn. Wymarzony poród kobiety, która planuje rodzić w szpitalu.
Cztery miesiące później ktoś
zaszczepił we mnie myśl – może następnym razem w domu? „Skoro
rodziłaś tak szybko, to następnym razem mogłabyś nawet nie
zdążyć do szpitala“. W domu? No tak, to przecież możliwe!
Wcześniej nawet o tym nie myślałam...
I przyszedł czas, żeby zacząć
myśleć bardziej intensywnie. Niecałe dwa lata później – dwie
kreski na plastikowej płytce. Wtedy od razu wiedziałam, że będę
chciała rodzić w domu. Research, rozmowy z położną, wielki
wywiad – czy rzeczywiście będę mogła. I moje przygotowania.
Chyba najwięcej dała mi lektura Ireny Chołuj i Iny May Gaskin.
Byłam tak podekscytowana tym, co czytałam, i przede wszystkim tym,
co mnie czeka, że prawie codziennie śniło mi się, jak rodzę.
Mniej więcej miesiąc przed terminem
umówiłam się z położnymi, że będę dawała znać OD RAZU, żeby
na pewno zdążyły dojechać – jeśli miałoby być tak szybko,
jak poprzednim razem. Modliłam się, żebym sama wiedziała, że to
JUŻ, a nie – skurcze przepowiadające. Męczył mnie już wielki
brzuch, coraz częstsze skurcze Braxtona – Hicksa, ale przede
wszystkim – potworne przeziębienie.
Pewnej nocy nie mogłam spać, z
zatkanymi zatokami i ciężką głową siedziałam na łóżku, mąż
masował mi nogi, a ja jęczałam, że muszę koniecznie wyzdrowieć
przed porodem, w przeciwnym razie nie będę miała siły. Nad ranem,
kiedy próbowałam się przespać, obudził mnie skurcz. Sześć
minut później pojawił się kolejny, po siedmiu minutach kolejny.
Czekałam podekscytowana na czwarty – ale nic. Udało mi się
zasnąć.
Kilka godzin później obudził mnie
tupot małych nóżek, których właściciel przybiegł na poranne
karmienie. Razem wręczyliśmy tacie prezent urodzinowy. Dużo
śmiechu, sto-lat-sto-lat, karmienia ciąg dalszy. I bolesny skurcz,
taki, jak te w nocy. Kilka sekund po nim – pęknięcie pęcherza
płodowego. Ucieszyłam się, że nie ma wątpliwości – rodzę!
Zaczęło się!
Wyskoczyliśmy z łóżka, mąż
ogarnął telefony do położnych i do swojej siostry, która w
czasie porodu miała się zająć starszakiem. Starszak chodził w
piżamie po domu i „pała buff, koła wjuch, pampemp powoli jak
ziuf ociemdziale...“, a ja realizowałam moje sny o porodzie.
Najpierw pod prysznic, bo choć nie
jestem wypoczęta po nieprzespanej nocy, to chcę być chociaż
czysta i pachnąca. Udał się akurat między skurczami. Jeszcze
tylko świeży ciuch i siadam na piłkę, którą ustawiam sobie w
drzwiach do dużego pokoju, pod drążkiem do ćwiczeń. Na drążku
zawieszam rebozo, żeby było na czym się oprzeć. Siedzę w samym
środku domu, stąd widzę wszystko: męża, który równocześnie
robi owsiankę, szykuje cytrynę i sodę do mycia wanny, woła
młodego na poranne zabiegi higieniczne.
Kolejny skurcz. „Anusiu. Co chcesz,
żebym zrobił?“ „Przygotuj łóżko, może tam będę chciała
rodzić, włącz tę płytę, którą wczoraj kupiliśmy, włącz
lampki na choince, chcę, żeby było ładnie. Chcę, żeby w
sypialni było ciemno. Czy Twoja siostra już jedzie?“ P
Po chwili przybiega ubrany synek i
powtarzamy to, co ćwiczyliśmy na wypadek, gdyby jego ciocia nie
zdążyła dojechać: wyjemy jak słonie, muczymy jak krowy, warczymy
jak lwy, parskamy jak konie. Robimy głupie miny. On – udaje, ja –
robię to wszystko naprawdę. Tak mijają dwa skurcze. Są chyba co
jakieś cztery minuty, nie skupiam się specjalnie na mierzeniu
czasu.
Mąż już wymył wannę, kroi teraz z
młodym jabłka. Dzwoni domofon –dotarły położne. Śmieją się
ze mnie, że rodzę na wprost wejścia. Ja też się śmieję –
między skurczami są na tyle duże odstępy, że mogę spokojnie
odpocząć. Co ciekawe – nie ma śladu po katarze, który męczył
mnie przez ostatni tydzień, mogę spokojnie oddychać nosem, zatoki
nie bolą.
Wpada zziajana ciocia młodego i
przyłącza się do budowy trakcji kolejowej w jego pokoju.
Niechętnie wstaję z piłki na badanie – tak mi na niej wygodnie.
„No tak, tego się spodziewałam...“ „Ale co? Że dwa
centymetry, że dziewięć centymetrów?“ „Siedem centymetrów.
Ty do mnie pół godziny temu dzwoniłaś, że ci wody odeszły!“ O
tak, dziękuję mojemu ciału, że jest dla siebie takie łaskawe.
Kolejny skurcz, otwieram usta
najszerzej, jak mogę. I może ten skurcz byłby bolesny. Może. Ale
dziewczyny robią coś, co sprawia, że czuję tylko wysiłek mojego
ciała, a nie ból – ciepłe okłady na brzuch i równoczesny
przeciwucisk miednicy wprowadzają mnie w błogostan.
Jeszcze jeden skurcz i zaczynam czuć
napieranie. „Gdzie chcesz urodzić?“ Zastanawiam się chwilę –
na łóżku – chyba będzie mi jakoś za miękko. W pokoju –
nieee, za dużo miejsca. Jednak w wannie. Tak rodziłam młodego i
było super.
Idziemy do łazienki, mąż już zdążył
napełnić wannę wodą. Kucam w wodzie, robi mi się lekko (wreszcie
nie trzeba dźwigać tego brzucha!) i po chwili przychodzi skurcz.
Pamiętam, żeby nie przeć, nie robić
nic na siłę, że to się i tak stanie.
Nagle słyszę, jak krzyczę, wręcz
wrzeszczę, czuję, że robię to z całych sił, albo raczej – to
się robi samo. Przypominam sobie teraz stwierdzenie, że „wydawanie
dźwięków pomaga przy porodzie“. Ja nie wydaję dźwięków, ja
jestem jednym wielkim dźwiękiem, nad którym nie mam żadnego
panowania. On powstaje sam, jest tak długi, że w życiu nie
spodziewałabym się, że starczy mi na to powietrza w płucach. I
czuję niewyobrażalną siłę, jaka we mnie jest. To mi daje taką
satysfakcję, a równocześnie jest tak wyczerpujące, że kiedy fala
opada, prawie przysypiam ze zmęczenia, czekając z niecierpliwością
na kolejny przypływ.
Opieram się na rękach męża, między
skurczami zaczynam już wyć ze zmęczenia, w skurczach nie mogę
wyjść z podziwu dla tej siły, która we mnie działa. Dziewczyny
coś mówią: „pięknie rodzisz“, a ja się czuję jak
hochsztapler – bo to przecież nie ja, to się samo dzieje! Czuję,
że to już będzie ostatni skurcz.
I jest. Sara. Kładę się w wannie z
tym fioletowo-różowym stworzeniem na brzuchu tak, żeby było
zanurzone. Stworzenie najpierw chwilę pojękuje, a potem otwiera
szeroko oczy i pełznie na górę, jakby planowało i ćwiczyło tę
wyprawę w stronę piersi co najmniej od tygodnia. Pępowina jeszcze
tętni, Sara ssie i stęka, a my wszyscy czworo śmiejemy się z
niej, że nie traciła czasu, tylko od razu wzięła się do roboty.
Rodzę łożysko, oddaję Sarę tacie i
myję się z pomocą dziewczyn. Potem idziemy do sypialni, gdzie
obłożona poduchami i przykryta kołdrą leżę z mikrodziecięciem,
a położne mnie oglądają. Mąż karmi mnie niedojedzonym wcześniej
śniadaniem. Po kilkunastu minutach wpada Młody i
nie posiada się z radości widząc siostrę. Jest zachwycony jej
malutkimi rączkami, nosem. „O, Sala jest już na łóżku, a była
w brzufu mamy!“ .
![]() |
Anna z dziećmi |
Wstaniemy jutro rano – nie wiem, o
której godzinie. Jak się wyśpimy. Nikt nas nie zbudzi. Jest tak
normalnie – jak w normalne wakacje po wielkim wysiłku.
Autorka: Anna
Zdjęcie z archiwum domowego.
Dziękuję :)